W szkołach wojskowych kadeci czytają pisma wielkich wodzów i strategów: Sun Tzu, Juliusza Cezara, Stefana Żółkiewskiego, króla Sobieskiego, Clausewitza. Również w najbardziej militarnej z ksiąg Starego Testamentu, Księdze Machabejskiej, jest fragment, który winien być jednym z fundamentów strategii wojny obronnej. Juda Machabeusz mówi do swoich oficerów:
„Bardzo łatwo wielu można pokonać rękami małej liczby, bo Niebu nie czyni różnicy, czy ocali przy pomocy wielkiej czy małej liczby. Zwycięstwo bowiem w bitwie nie zależy od liczebności wojska; prawdziwą siłą jest ta, która pochodzi z Nieba. Oni przychodzą do nas pełni pychy i bezprawia po to, aby wytracić nas razem z żonami naszymi i dziećmi i aby nas obrabować. My zaś walczymy o swoje życie i o swoje obyczaje” (1 Mch 3; 18-21).
Geniuszem Wodza, męstwem żołnierza, wysiłkiem narodu
Józef Piłsudski był wprawdzie militarnym konserwatystą, jednak potrafił doceniać nowoczesne metody prowadzenia wojny. Na przykład zaakceptował – choć niechętnie – pomoc doświadczonych amerykańskich pilotów Meriana C. Coopera, Cedrika Fauntleroya i ich kolegów, sprowadzonych do Polski przez gen. Tadeusza Rozwadowskiego. Generał Rozwadowski był dobrze wykształconym i doświadczonym oficerem sztabowym umiejącym myśleć i planować strategicznie, na poziomie wielkich jednostek: jak armie i fronty. Dlatego w lot zrozumiał, twórczo rozwinął i precyzyjne zaplanował ogólną koncepcję Józefa Piłsudskiego.
Obaj – i marszałek, i generał – bazowali na koncepcji zaczepnego zwrotu armii francuskich i brytyjskich, które we wrześniu 1914 roku przeszły z pełnego odwrotu do działań zaczepnych. Ta pierwsza bitwa nad Marną, która zdecydowała o przebiegu Wielkiej Wojny na froncie zachodnim, została nazwana „cudem nad Marną”, bowiem nie tylko złamała niemiecką ofensywę, ale de facto zniweczyła błyskotliwy plan Schlieffena, który – w razie powodzenia – doprowadziłby do zajęcia Paryża i być może upadku Francji.
Generał Rozwadowski opracował plan polegający na maksymalnie głębokim wciągnięciu wojsk sowieckich i pełnym ich zaangażowaniu w walki pod Warszawą.
Kluczowe dla losów wojny polsko-bolszewickiej było utworzenie w czerwcu 1919 roku najtajniejszej z tajnych komórki Sztabu Generalnego: Sekcji Szyfrów. Na jej czele stanął kpt. Jan Kowalewski, który w sierpniu tegoż roku złamał szyfr radiowy armii bolszewickiej. Od tej pory Naczelnik Państwa mógł praktycznie na bieżąco czytać o zamiarach i planach wroga. „Nasz radio-wywiad przejął wielostronicowy szyfrowy telegram 16 Armii bolszewickiej. Był to rozkaz operacyjny, przy tym musiał być ważny, skoro użyto do jego przekazania nowego szyfru. Możecie sobie wyobrazić, z jakim napięciem zabraliśmy się do roboty. Szczęśliwie w niespełna godzinę szyfr zaczął się rozwiązywać. Jeszcze depesza ta nie była w pełni odczytana, gdy już wiedzieliśmy z fragmentów, że jest to wielki rozkaz o decydującym natarciu na samą Warszawę. (…) Jeszcze gorączkowo kończyliśmy »rozwiązywanie« szyfru, lecz już podaliśmy jego zasadniczą treść do Belwederu, zapytując, czy mamy go przetłumaczyć. Marszałek Piłsudski zadowolił się jednak tekstem rosyjskim i wyraził zadowolenie z zamiarów przeciwnika, gdyż chodziło właśnie o to, by jak najbardziej związać bolszewików na froncie warszawskim. (…) Sztab nasz zadecydował: uniemożliwić bolszewikom łączność radiową przez 48 godzin od chwili naszego uderzenia. Marszałkowi chodziło teraz tylko o to, by bolszewicy nie zmienili za wcześnie swego pierwotnego planu. Cały nasz aparat musieliśmy przestawić na to nowe wówczas w technice wojennej zadanie. (…) Nasz podsłuch, znając na pamięć fale i sygnały wywoławcze wszystkich stacji bolszewickich, pozwalał im tylko wywoływać siebie nawzajem i nawiązywać łączność. Lecz z chwilą, gdy tylko rozpoczynali nadawanie depesz, nasze stacje nadawcze rozpoczynały zagłuszanie na tej samej fali”. Tę radiową, najnowocześniejszą formę walki, Polacy prowadzili, czytając nieustannie fragmenty Biblii. Czy mogło być coś bardziej symbolicznego, jak uniemożliwienie bezbożnym bolszewikom komunikacji przy pomocy natchnionych słów Starego i Nowego Testamentu?
Si Deus pro nobis, quis contra nos
„Gdy Bóg z nami, któż przeciw nam?” – pytał retorycznie św. Paweł w Liście do Rzymian (Rz 8; 31). Tę prostą, choć nie zawsze oczywistą prawdę, doskonale znali polscy monarchowie i wodzowie. Zdanie to, umieszczone na wiodącej na dziedziniec arkadowy Bramie Berrecciego, mógł – i może do dziś dnia – przeczytać każdy wkraczający do wawelskiej siedziby polskich królów.
Gdy sowieckie armie zbliżały się do Warszawy, jej mieszkańcy coraz liczniej stawiali się w punktach poborowych. Nie było czasu na szkolenie – ledwie umiejący trzymać karabin młodzi kierowani byli do oddziałów obsadzających okopy na przedpolu stolicy Polski.
Zapełniały się też kościoły. Mężczyźni, kobiety i dzieci dniami i nocami trwali na modlitwie za ojczyznę i jej obrońców. Od 6 sierpnia dwa razy dziennie odprawiano nowenny.
W niedzielę, 8 sierpnia, we wszystkich kościołach stolicy odbyła się całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu, a po jej zakończeniu 100-tysięczna procesja z relikwiami bł. Andrzeja Boboli i bł. Władysława z Gielniowa przeszła ulicami miasta.
Szczególnie mocno modlili się warszawiacy do patronki stolicy, Matki Bożej Łaskawej. Żarliwa pobożność cechowała nie tylko lud. Generał Józef Haller organizował najpierw Armię Ochotniczą, potem dowodził Frontem Północnym. Każdą chwilę wolną od obowiązków wojskowych spędzał na modlitwie.
Wraz z ludem modlił się nuncjusz Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI), jedyny z ambasadorów, który w obliczu zbliżającej się bolszewickiej nawały pozostał w Warszawie. Kardynał Aleksander Kakowski, pamiętając o słowach Jezusa, że owce się rozpraszają, gdy braknie pasterzy, zwrócił się do kapłanów: „Całemu podwładnemu duchowieństwu polecam z jak najbardziej wytężoną gorliwością spełniać wszystkie obowiązki pasterzowania nie tylko za siebie, lecz i za tych, co obsługiwać będą zastępy ochotnicze obrońców ojczyzny”. Ochotniczo do armii wstąpiło około 500 księży. Wśród nich Ignacy Skorupka, 27-letni kapelan 236. ochotniczego pułku Legii Akademickiej, złożonego głównie z gimnazjalistów i studentów. Gdy 14 sierpnia, w walce o Ossów, niedoświadczeni, nieostrzelani ochotnicy zaczęli się cofać, ksiądz Ignacy stanął w pierwszej linii. Po bitwie dowodzący 1. Armią gen. Latinik napisał w meldunku: „Bohaterską śmiercią poległ kapelan 1. Baonu ks. Ignacy Skorupka, który w stule i z krzyżem w ręku poprowadził tyralierę do ataku”. Nieoczekiwanie nacierający na Ossów krasnoarmiejcy, weterani z brygady Grigorija Chachaniana, zatrzymali się, a potem rzucili do ucieczki.
Jak pisał we wspomnieniach kardynał Kakowski:
W nocy 15 sierpnia porucznik Stefan Pogonowski, dowódca batalionu w pułku strzelców kaniowskich, wbrew otrzymanym rozkazom zdecydował się pod Radzyminem uderzyć na tyły mijających jego oddział, a idących na Warszawę brygad bolszewickich. Mówił gen. Lucjan Żeligowski: „W samorzutnej inicjatywie śp. kapt. Pogonowskiego leży wielkość jego czynu. Był to… moment zwrotny w historii tej wojny. Psychologia klęski, cofania się, ciągłych odwrotów została nareszcie przełamana. Odwróciła się karta historii”. Udział w odwróceniu się karty dziejów miała też Matka Boska. Wzięci do niewoli krasnoarmiejcy z przerażeniem opowiadali, że zobaczyli na niebie ogromną postać kobiecą osłaniającą Warszawę, „mówili, że miasta nie zdobyli, ponieważ zobaczyli nad stolicą Matkę bożą i… nie mogli z Nią walczyć. Mówili też, że pod Warszawą KTOŚ zabrał im zdolność dowodzenia i chęć do walki”.
Czwarta Armia nad Wieprzem
Francuski generał Maxime Weygand w 1920 roku był członkiem Międzysojuszniczej Misji w Warszawie. Brał udział jako doradca w pracach polskiego Sztabu Głównego. Sympatyzował raczej z endecją, nie ufał Piłsudskiemu. W propagandzie antypiłsudczykowskiej to jego próbowano kreować na autora zwycięstwa w bitwie o Warszawę. Jednak Weygand wiedział, że wojny wygrywają na polach bitew wodzowie cieszący się zaufaniem żołnierzy, nie sztabowcy pochyleni nad mapami. Zawsze twierdził, że to marszałek Piłsudski „w ciągu trzech dni spędzonych pośród wojsk IV Armii, zelektryzował je, przelał ze swej duszy w dusze walczących swoją ufną wiarę i swoją wolę tryumfalnego pokonania wszystkich trudności. Nikt inny poza nim nie mógł się o to pokusić. Pod żadnym dowódcą wojska polskie nie dokonałyby z tym uniesieniem zażartym ofensywy, która miała doprowadzić je w ciągu kilku dni aż do niemieckiej granicy, przedzierając się z boku i rozbijając siły czterech armii sowieckich, które dopiero co miały się za zwycięzców”. Oceniając kontrofensywę znad Wieprza dostrzegł, że „wyzyskanie powodzenia było prowadzone mistrzowską ręką, diabelskim rozpędem i z namiętną energią przez marszałka Piłsudskiego, który nie dał zaskoczonemu nieprzyjacielowi ochłonąć i na miejscu go unicestwił”.
Aleksandra Piłsudska wspominała:
„Gdy żegnał się z nami, przed wyjazdem do Puław, był zmęczony i posępny. Ciężar olbrzymiej odpowiedzialności za losy kraju przygniatał go i sprawiał mękę (…), pożegnał się z dziećmi i ze mną. Tak, jak gdyby szedł na śmierć…»Rezultat każdej wojny – powiedział przed rozstaniem – jest niepewny aż do jej skończenia. Wszystko jest w ręku Boga«”.
Ręka Boga i ludzkie starania
Jedną z przyczyn upadku Polski szlacheckiej był prowidencjalizm – wiara, że Boża Opatrzność będzie zawsze i wszędzie wspierać Polaków, bez konieczności wysiłku z ich strony. Lecz każdy katolik winien wiedzieć, że wprawdzie „łaska Boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna”, lecz obowiązkiem człowieka, obdarzonego wolną wolą, jest z tą łaską współdziałać. Rozumieli to już żołnierze wojny polsko-rosyjskiej z 1830 roku, rozumieli powstańcy styczniowi, rozumieli legioniści wyruszający w sierpniu 1914 roku z podkrakowskich Oleandrów. Rozumieli to także powstańcy wielkopolscy i żołnierze Wojska Polskiego wyruszający na wyprawę kijowską. A najbardziej chyba wiedzieli o tym ochotnicy broniący Warszawy przed bolszewikami w sierpniu 1920 roku i żołnierze czekający nad Wieprzem na rozkaz do kontrataku na przeważające i zwycięskie oddziały Czerwonej Armii.
Wiedzieli wszyscy, od generałów po ochotników z przysiółków Podlasia – nawet nie czytając świętego Augustyna – że „jeżeli Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko znajdzie się na właściwym miejscu”. Polityczne spory, czy ważniejszy był Piłsudski, czy Rozwadowski, czy Haller, tracą na znaczeniu, gdy zrozumiemy, że dla nich to Matka Boża była Hetmanką. A wszyscy nasi bohaterowie tej wojny byli jej żołnierzami. Jak wiosną 1920 roku powiedział Naczelny Wódz: „Losy wojny są w ręku Boga, ale ludzie są po to, aby wojnie dopomóc”.
Minister sponsorów zagranicznych - czytaj najnowszy numer tygodnika #GazetaPolska!
— Gazeta Polska - w każdą środę (@GPtygodnik) August 12, 2026
Więcej na https://t.co/OnIeddfVvX oraz wygodnej prenumeracie dostępnej na https://t.co/4iBN2D7fFX pic.twitter.com/9FGyONco3d