Lider zespołu U2 od lat przedstawia się jako osoba zatroskana losem najbiedniejszych i rozwojem państw Trzeciego Świata. Kilka dni temu Bono przestrzegał amerykańskich senatorów przed „hipernacjonalizmem w Polsce i na Węgrzech”. Muzykowi filantropowi nie przeszkadza to jednak w przyklaskiwaniu praktykom komunistycznego reżimu w Chinach czy prowadzeniu tam biznesu, mimo że państwo to jest siedliskiem tzw. fabryk potu (sweatshops).

W ostatnich dniach do polskich mediów przebiły się słowa lidera zespołu rockowego U2 Bono, który, występując przed amerykańskimi kongresmenami, niespodziewanie stwierdził, że takie kraje jak Polska i Węgry przesuwają się na prawo, co określił jako „hipernacjonalizm”. Jak dodał, „Amerykanie powinni być bardzo tym zaniepokojeni”.

„Bono walczy z biedą” – tak przez lata pisano o irlandzkim muzyku. Ten wizerunek bojownika o los biednych został jednak nadszarpnięty w 2010 r. przez brytyjskie media. Ujawniły one jego dość szokujący sposób wspierania potrzebujących. Otóż okazało się, że lider U2 przekazał tylko niewielki procent swoich dochodów dla potrzebujących. Założona przez muzyka w 2002 r. w Wielkiej Brytanii fundacja ONE w 2008 r. dostała od darczyńców 9,6 mln brytyjskich funtów. Na pomoc potrzebującym przeznaczyła jednak tylko 118 tys. funtów – czyli 1,2 proc. swoich przychodów. Za to 5,1 mln funtów pochłonęły pensje ponad stu pracowników fundacji.

W tym samym czasie Bono żalił się w mediach, że powinien zarabiać więcej, ale okradają go osoby pobierające za darmo jego muzykę w internecie. Na to, jak twierdził muzyk, jest rozwiązanie. Przedstawił je w komentarzu na łamach „New York Timesa”, sugerując że wystarczyłoby kontrolować internet choćby tak, jak robią to chińskie władze. Cenzura w Chińskiej Republice Ludowej, na którą powołuje się muzyk, to największy i najpotężniejszy aparat tego typu na świecie, zatrudniający ok. 300 tys. ludzi, m.in. internetowych policjantów. Chiński reżim skutecznie reglamentuje dostęp do internetu, a także blokuje wiele serwisów informacyjnych i społecznościowych, a wyniki wyszukiwania w wypadku wybranych fraz, np. „Tiananmen” (plac w Pekinie, na którym w 1989 r. odbyły się protesty studentów) czy „demokracja”, przedstawiają wyłącznie treści akceptowane przez władze. Bono stwierdził co prawda, że chiński sposób kontroli sieci jest „niecny”, ale pokazujący, „że śledzenie treści [w internecie] jest jak najbardziej możliwe”.

Poza walką z biedą Bono działa również jako przedsiębiorca. „Wizerunek etyczny to wartość” – mówił w 2006 r. Christian Kemp-Griffin, dyrektor firmy odzieżowej Edun, której założycielami i głównymi udziałowcami są Bono i jego żona. Właśnie względami etyki tłumaczono to, że Edun będzie szył ubrania w Afryce, m.in. w Lesotho, Tanzanii czy Kenii. Miało to pomóc „zmienić życie obywateli państw Trzeciego Świata”.

W książce pt. „Hollywoodzcy hipokryci” konserwatywny dziennikarz Jason Matter, pisząc o afrykańskiej przygodzie Bono, przytacza wypowiedź Charlesa Johnsona, byłego sekretarza zdrowia USA. Polityk stwierdził, że Bono „nigdy nie kwestionował poczynań tych rządów [afrykańskich], ponieważ nie chce wywoływać ich gniewu. Bono, zawsze kulturowy relatywista, nie chce denerwować bezpośrednio odpowiedzialnych za afrykańską biedę”.

Irlandzki muzyk nie chciał też denerwować swoich klientów, którzy zaczęli narzekać na jakość odzieży produkowanej w Afryce przez jego firmę. Edun i udziałowcy spółki przenieśli większość produkcji z Afryki do Chin, czyli państwa słynącego m.in. z tekstylnych „fabryk potu” („sweatshops”).

Więcej na ten temat w dzisiejszym wydaniu „Gazety Polskiej Codziennie”.