Kultura polityczna w Polsce: jak ktoś nie ma nic ciekawego do powiedzenia, ucieka się do wulgaryzmów

Poziom debaty politycznej w Polsce cały czas drastycznie spada. Obserwując politykę można odnieść wrażenie, że dla części elity politycznej coraz większe znaczenie od walki na program wyborczy ma prymitywna walka przy pomocy wulgarności czy tez prymitywnych „happeningów”. – Szczególnie środowiska lewicowe z premedytacją obniżają poziom dyskusji politycznej. Dzieje się tak ponieważ, jeżeli ktoś nie ma niczego ciekawego do powiedzenia, to ucieka się właśnie do wulgaryzmów i happeningów – podkreśla ekspert ds. wizerunku Zbigniew Lazar.

fot. Aleksiej Witwicki | GAZETA POLSKA

Polska polityka w ostatnich latach staje się coraz bardziej wulgarna i nastawiana na nakręcanie emocji. Niestety, w publicznej debacie także ze strony polityków coraz częściej padają wyzwiska, czy nawet wulgaryzmy wobec swoich oponentów. 

Zapytaliśmy doktora Tomasza Herudzińskiego, socjologa Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego o to, jak ocenia współczesną polityczną debatę i czy jego zdaniem ulega ona wulgaryzacji. – Zauważa się takie zjawisko i prawdopodobnie jest ono nośne, wnioskując po tym, że nie są to tylko incydentalne zachowania. Faktycznie mamy do czynienia z jakąś zmianą jakościową i to taką, którą w kategoriach dotychczas uznawanej hierarchii, jednoznacznie można określić zmianą na gorsze – ocenia.

- Posługiwanie się wulgaryzmami, czy synonimami takich wulgaryzmów – mam tu na myśli wygwiazdkowania słów, które są po prostu obelżywe – w jakimś stopniu przyjęło się i jest sposobem przekazywania nie tylko treści, co emocji, który zaczyna być akceptowany. Niestety ta akceptacja wiąże się z przyzwoleniem części elit, które ze względu na zajmowane przez siebie stanowisko, czy pozycję powinny tego typu sposoby wyrażania jednoznacznie potępiać. W sytuacji kiedy mamy do czynienia z posługiwaniem się wulgaryzmami przez osoby, które są uważane za zajmujące wysokie pozycje społeczne, nie powinno dziwić, że ten sposób wulgarnego wypowiadania się w debacie publicznej nie znika, a wręcz wyrobił sobie trwałe miejsce 

- dodaje Tomasz Herudziński.

Coraz częściej obserwujemy ponadto absurdalne happeningi polityczne, które nie mają nic wspólnego z polityczną debatą, czego najnowszym przykładem jest na przykład akcja posłanki Koalicji Obywatelskiej Klaudii Jachiry, która podczas zaprzysiężenia Adama Glapińskiego na prezesa NBP, rozrzucała po sejmowej sali sztuczne banknoty. Do podobnych ekscesów dochodziło już jednak wcześniej. Zapytaliśmy Zbigniewa Lazara, eksperta ds. wizerunku politycznego o to, czy jego zdaniem jest to odpowiednia metoda do prowadzenia poważnej dyskusji politycznej.

– W samych happeningach nie ma niczego złego i mogą służyć czemuś naprawdę pożytecznemu, ale muszą odbywać się w odpowiednim miejscu. Są miejsca takie jak Sejm, czy na przykład miejsca kultu, gdzie po prostu nie godzi się robić cyrku. To tak jakby robić happening na pogrzebie, tego się nie robi, bo to niegodziwe, chociaż to też się zdarzało na przykład podczas uroczystości pogrzebowych pary prezydenckiej na Wawelu

  – stwierdza.

- Jeżeli mówimy o tym, co ostatnio działo się w Sejmie, to trudno mówić o tym, jako o happeningu. To było po prostu chuligaństwo. Gdyby na przykład pani Jachira wtargnęła na jakieś zebranie partii rządzącej i tam rozrzuciłaby fałszywe banknoty, krzycząc swoje hasła, to z punktu widzenia marketingu politycznego byłoby dopuszczalne. Natomiast przeistaczanie Sejmu w cyrk jest po prostu niegodziwe

- zaznacza.

Zbigniew Lazar zauważa ponadto, że środowiska skrajnie lewicowe już od wielu lat postępują w ten sposób.

– One z premedytacją obniżają poziom dyskusji politycznej. Dzieje się tak ponieważ, jeżeli ktoś nie ma niczego ciekawego do powiedzenia, to ucieka się właśnie do takich sztuczek

– podkreśla.

Duży wpływ na to, jak wygląda debata polityczna wywiera Internet. Dr Piotr Łuczuk, medioznawca UKSW, ekspert Instytutu Staszica w rozmowie z Niezalezna.pl ocenia, że wizerunek polityczny kreowany w sieci ma coraz większe znaczenie niż koncepcje wyborcze.

- Grzegorz Schetyna powiedział kiedyś, że „wybory wygrywa się w Końskich, a nie w Wilanowie”. Problem polega jednak na tym, że Grzegorz Schetyna nie do końca miał rację. Wybory bowiem, coraz częściej wygrywa się… w Internecie. Obok programu partii, wizerunek ugrupowania oraz poszczególnych polityków jest tym, co wyróżnia poszczególne formacje na scenie politycznej. Coraz częściej to właśnie wizerunek polityczny, a nie koncepcje zawarte w programie wyborczym decydują o poparciu wyborców i głosie oddanym w wyborach

– ocenia. - Grupa ponad 30 mln polskich internautów stanowi dość łatwy cel dla specjalistów od propagandy. Począwszy od reklamy i marketingu, przez medialną dezinformację, aż po świat wielkiej polityki internauci praktycznie codziennie narażeni są na różne formy manipulacji – dodaje. 

 

 


Źródło: niezalezna.pl,

Adrian Siwek
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo