TYLKO U NAS! Ahmed Zakajew: ​Kreml korzysta na tragedii w Bostonie

Zamach terrorystyczny w Bostonie pokazał, że USA bez względu na swoją siłę mają także słabości. To dobra okazja dla Moskwy, by przekonać Waszyngton, że potrzebuje wsparcia rosyjskich władz i rosyjskich służb specjalnych w walce z międzynarodowym terr

Paweł Supernak / PAP
Zamach terrorystyczny w Bostonie pokazał, że USA bez względu na swoją siłę mają także słabości. To dobra okazja dla Moskwy, by przekonać Waszyngton, że potrzebuje wsparcia rosyjskich władz i rosyjskich służb specjalnych w walce z międzynarodowym terroryzmem. Czyli z mieszkańcami Kaukazu Północnego – mówi Ahmed Zakajew, przedstawiciel Czeczeńskiej Republiki Iczkerii w Londynie w rozmowie z Olgą Alehno („Codzienna”).
 
Młodszy z braci Carnajewów - 19-letni Dżochar - przyznał się do udziału w zamachu w Bostonie. W rozmowie ze śledczymi obwinił starszego brata o jego organizację, mówił, że Tamerlan chciał chronić islam. Media, szczególnie w Rosji, mówią o „zamachowcach z wyboru” i czeczeńskim pochodzeniu braci Carnajewów. Dokonali zamachu, by pomścić Czeczenów?
Naród czeczeński nie żywił i nie żywi wrogich uczuć w stosunku do Stanów Zjednoczonych i ich obywateli. Ponadto bracia Carnajewowie nigdy nie mieli żadnych związków z siłami ruchu wyzwoleńczego Czeczenii, które reprezentuję. Skoncentrowanie się mediów na etnicznym pochodzeniu braci Carnajewów przypomina mi okres sowiecki. Wówczas Moskwa ciągle wypominała Czeczenom ich rzekomą współpracę z faszystami. Mimo że wojska Trzeciej Rzeszy zdołały opanować zaledwie skrawek Czeczenii w latach 1942-1943, Stalin wykorzystał to jako pretekst do oskarżenia całego narodu o współpracę z Niemcami. Wynikiem były masowe deportacje Czeczenów. Te argumenty przejęli alianci Stalina, bowiem zależało im na dobrych stosunkach z Moskwą. Podobne skojarzenia wywołuje u mnie reakcja mediów w związku z tragedią w Bostonie. Zadziałała tu wieloletnia antyczeczeńska propaganda Kremla. Rosji udało się wmówić światu, że wojny przeciwko narodowi czeczeńskiemu prowadzone w latach 1994-1996 oraz 1999-2009 były przeciwko międzynarodowemu terroryzmowi. I zachodni liderzy, którzy również i dziś są zainteresowani dobrymi stosunkami z Federacją Rosyjską, to łyknęli. Po wybuchach w Bostonie władze rosyjskie wskrzesiły więc stereotyp „terrorystów z Kaukazu Północnego”. I nikt nie zadał sobie pytania, dlaczego ponad 200 tys. Czeczenów musiało opuścić kraj i znaleźć schronienie w krajach zachodnich.
 
Amerykańscy śledczy wciąż błądzą co do motywów zamachu. Nie udało się ich jasno ustalić. Kto mógł Pana zdaniem skłonić dwóch młodych mężczyzn do takiego czynu?
Tego nie wiem, ale wiem, kto najbardziej na tym korzysta. Jest to Rosja. I to z dwóch powodów. Po pierwsze - to rodzaj zemsty za uchwalenie przez władze w Waszyngtonie listy Magnickiego. Po drugie - zamach terrorystyczny w Bostonie pokazał, że USA bez względu na swoją siłę mają także słabości. To dobra okazja dla Moskwy, by przekonać Waszyngton, że potrzebuje wsparcia rosyjskich władz i rosyjskich służb specjalnych w walce z międzynarodowym terroryzmem. Czyli z mieszkańcami Kaukazu Północnego. Podobnie było w 2001 r. po zamachach na World Trade Centre w Nowym Jorku. Putin wystąpił wówczas z oświadczeniem, że Rosja jest gotowa wziąć udział w koalicji międzynarodowej do walki z terroryzmem, równocześnie domagając się, by sytuacja w Czeczenii była rozpatrywana właśnie w tym kontekście. Dziś, po wydarzeniach w Bostonie, kto pierwszy zadzwonił do prezydenta Baracka Obamy i zaproponował pomoc w walce z terroryzmem? Władimir Putin.

Są tacy, którzy mówią wprost, że bracia Carnajewowie otrzymali zadanie do wykonania od rosyjskich służb.
Nie wykluczam takiej możliwości. Starszy z braci - Tamerlan Carnajew - dwa razy jeździł do Rosji w 2012 r., gdzie otrzymał nowe dokumenty tożsamości. I to mimo że rok wcześniej FSB wysłała prośbę do FBI, by sprawdziło jego związki z jakimiś organizacjami islamistycznymi na Kaukazie. Nie jest tajemnicą, że ci, którzy wspierają czeczeński ruch oporu albo zwyczajnie współczują Czeczenom, nierzadko są poddawani torturom i są mordowani. Ten los prawdopodobnie spotkałby także Tamerlana Carnajewa, gdyby nie miał jakichś związków z rosyjskimi służbami. Możliwe, że namówiono go do przeprowadzenia zamachu w Bostonie. Tak FSB zwykle postępuje. Werbuje człowieka, którego prowadzą potem agenci Kremla, pochodzący ze środowiska kaukaskich mudżahedinów - ogłosili oni Emirat Kaukaski [islamistyczne quasi-państwo proklamowane 31 października 2007 r. przez Doku Umarowa] i wypowiedzieli wojnę Rosji, Stanom Zjednoczonym, Wielkiej Brytanii, Izraelowi, ba, całemu światu. Na te pytania powinno odpowiedzieć FBI. Wierzę w kompetencję amerykańskich służb.

Obecnie ojciec Carnajewów pozostaje w Rosji. Jaki może być jego dalszy los?
Myślę, że wydarzenia w Bostonie w żaden sposób nie wpłyną na życie ojca Carnajewów. Ten człowiek nigdy nie miał żadnego związku z ruchem narodowo-wyzwoleńczym Czeczenii. Jest oficerem etatowym, pułkownikiem rosyjskiej policji, który wyrósł i wychował się w okresie sowieckim. On wrócił w latach 90. z Kirgizji nie do Czeczenii, lecz do Dagestanu. I myślę, że ani on, ani reszta członków rodziny nie miała i nie ma żadnych problemów z Rosją. Przypadek rodziny Carnajewów trzeba rozpatrywać w szerszym kontekście ogólnej sytuacji uciekinierów z Czeczenii. Dziś każdy Czeczen (niezależnie od tego gdzie znajdował się podczas dwóch wojen czeczeńskich) już tylko na podstawie swojego pochodzenia etnicznego ma prawo prosić o azyl polityczny na Zachodzie i ma duże szanse go otrzymać. To daje olbrzymią możliwość specsłużbom Rosji, aby pod płaszczykiem uciekinierów z Kaukazu Północnego wprowadzać swoich agentów do krajów Europy. W efekcie, agenci rosyjscy są utrzymywani przez rządy krajów zachodnich, którzy w dobrej wierzy pomagają im. I ta sytuacja nie jest czymś nowym dla rosyjskich specsłużb. Zwłaszcza, że Kreml ma doświadczenie z czasów „białej emigracji” [ruch emigracyjny rosyjskiej ludności o największym nasileniu między rokiem 1917, a latami dwudziestymi XX wieku w wyniku wojnie domowej w Rosji – przyp. red.]. Wówczas wykorzystywano rosyjską inteligencję, która uciekła na Zachód, do wykonania zadań nowych komunistycznych władz w Moskwie. Myślę, że podobnie mogło być w przypadku rodziny Carnajewów. Nie myślę, że Carnajewowie w ogóle mieli jakiś problem z rosyjskimi władzami, aby mogli prosić o azyl polityczny w innych krajach. I dlatego uważam, że ojciec braci Carnajewów nie będzie zmuszony opuścić kraju. Absolutnie to wykluczam.

Czy do Pana już docierają informacje o tym, że inni Czeczeni, mieszkający dziś na Zachodzie, mają problemy w związku z aktem terrorystycznym w Bostonie?
Paradoksalnie, ale Czeczeni, którzy przyjeżdżają do Europy uzgodniwszy wcześniej swój wyjazd z Rosją, nie mają żadnych problemów przy uzyskaniu azylu. Wówczas gdy inni, którzy faktycznie potrzebują schronienia i takiego cichego przyzwolenia Rosji nie mają, muszą czekać na azyl latami. Czasami nawet otrzymują odmowę. Rozumiem, że napływ uciekinierów z Czeczenii jest problemem dla Unii Europejskiej. Jednak nadal wśród Czeczenów są tacy, którzy faktycznie potrzebują pomocy. Dlatego uważam za stosowne, aby służby emigracyjne krajów europejskich, do których przyjeżdżają uciekinierzy z Czeczenii lub innego kraju Kaukazu Północnego, kontaktowali się przedstawicielami władz czeczeńskich za granicą. To może przynieść dobry efekt dla obu stron – dla samych uciekinierów i dla krajów, które ich przyjmują.
 

 

 



Źródło: niezalezna.pl

Olga Alehno
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo