Pogłoski o upadku Ameryki są mocno przesadzone

Szturm na waszyngtoński Kapitol ma być ostatecznym dowodem na upadek Ameryki. Symboliczne obrazy człowieka-bizona w samym centrum amerykańskiej demokracji mają być dowodem także na upadek amerykańskiej państwowości. Stany Zjednoczone rzeczywiście znalazły się w kryzysie. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na fatalne statystyki epidemii koronawirusa. Ale kryzys amerykański nie jest gorszy od francuskiego, niemieckiego czy rosyjskiego. Nie oznacza on, że Ameryka jest u progu utraty statusu supermocarstwa. 

Tak jak nie była na tym etapie po wojnie w Wietnamie, Iraku, po kryzysie finansowym w 2008 r. czy po rządach Baracka Obamy. Nie oznacza to, że pozycja USA na świecie nie słabnie. Choć okres hegemonii tego kraju na świecie pewnie się kończy, to nie przestanie on odgrywać kluczowej roli. I trzeba amerykańską potęgę wciąż brać pod uwagę.

Jeśli nie Pax Americana, to co?

Jest dosyć oczywiste, że żyjemy w czasach wielkich geopolitycznych przemian. USA nie mają już takiej przewagi nad innymi państwami świata, jaką miały przez ostatnie 30, a nawet 70 lat. Chiny już wyprzedziły Amerykę pod względem PKB. Chińczycy zaczynają też wyprzedzać Amerykanów w wielu obszarach rozwoju technologicznego, a nawet kosmicznego. Na domiar złego w Azji zaczyna wyrastać kolejny rywal Ameryki. Do połowy wieku USA mogą zostać wyprzedzone pod względem PKB również przez Indie. A przecież pojawienie się po raz pierwszy od stu lat tak silnych rywali nie wyczerpuje listy problemów Ameryki. Szczególnie niepokojące są problemy wewnętrzne: rosnące nierówności, podziały rasowe i etniczne oraz wzrost znaczenia marksizmu kulturowego. 

Jednak Stany Zjednoczone nie są wcale na drodze do spektakularnego rozpadu, jaki był udziałem Związku Sowieckiego 30 lat temu. Proces spadku znaczenia mocarstwa trwa dziesięciolecia. Proces gnicia imperium rosyjskiego, bo przecież ZSRS był tylko jego nową formą, zaczął się kilkadziesiąt lat przed 1991 r. Tymczasem Stany wciąż mają atuty, których nie miał ZSRS. Po pierwsze, wciąż są celem migracji milionów wykształconych i przedsiębiorczych ludzi. Po drugie, nadal posiadają wielkie, światowe koncerny. Po trzecie, amerykańska pop­kultura wciąż wpływa na cały świat. Po czwarte, jest to wciąż młode społeczeństwo o dużej dynamice demograficznej. To wszystko pozwala Amerykanom stawiać czoła rosnącym potęgom Azji. Można oczywiście zaryzykować twierdzenie, że Pax Americana, okres dominacji Stanów Zjednoczonych na świecie, się kończy. Nie zmienia to jednak faktu, że USA wciąż pozostają jednym z najsilniejszych supermocarstw, mogących wpływać na cały świat.

Jeśli nie sojusz z USA, to z kim?

Spadek znaczenia USA na świecie jest prawdopodobny. Nie będzie on jednak oznaczał, że USA przestaną być supermocarstwem, z którym można tworzyć sojusz polityczny. W Polsce jest jednak dużo ośrodków, które starają się przekonać Polaków, że Ameryka przestaje już być potęgą i że trzeba z nią jak najszybciej zerwać. Co ciekawe, zazwyczaj te ośrodki przy okazji wzywają do podporządkowania się Niemcom lub Rosji. Nie od dzisiaj przecież wiadomo, że Polska ze wsparciem amerykańskim znacznie utrudnia wzmocnienie pozycji Berlinowi i Moskwie. Dlatego trzeba uważnie przyglądać się hasłom o „odwróceniu” sojuszy. Czy za hasłami o budowaniu „samodzielności” Europy nie stoi służenie interesom niemieckim. Bo przecież Niemcy najbardziej zyskają na „uniezależnieniu” się Europy od USA. Albo czy za hasłami „dogadania się” z Rosją nie stoi służenie interesom rosyjskim. Wszak Rosja pod pozorami „dogadywania się” forsuje swoje interesy kosztem słabszych.

Wszyscy przeciwnicy sojuszu polsko-amerykańskiego podkreślają potrzebę prowadzenia polityki działania zgodnie z interesami, a nie sentymentami. Ale sojusz polsko-amerykański wynika właśnie z polskich interesów, a nie z sentymentów. Ze wszystkich dostępnych wariantów to właśnie sojusz z USA daje nam najlepszą relację zysków do kosztów. Postulowana „polityka wielowektorowa” mogłaby się okazać dużo bardziej kosztowna. Trzeba pamiętać, że mistrz „polityki wielowektorowej”, czyli wiktoriańska Anglia, dysponował olbrzymimi środkami finansowymi na prowadzenie polityki zagranicznej. Potrzeba ciągłej zmiany sojuszy i każdorazowego dogadywania się z którąś z potęg mogłaby przekraczać nasze możliwości. Nie trzeba też dodawać, że każdy „jednorazowy sojusz” wiązałby się z każdorazowym ustępowaniem z części naszego interesu.

Przez Waszyngton do Trójmorza

W trakcie dyskusji o opcji proamerykańskiej trzeba pamiętać o jednym fakcie: interesy Polski i USA są w wielu punktach zbieżne. Przede wszystkim ani Warszawa, ani Waszyngton nie chcą wzrostu znaczenia Rosji na świecie. Dla USA oznaczałoby to wzmocnienie starego rywala geopolitycznego. Dla Polski oznaczałoby to bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. USA i Polska starają się więc wzmacniać niezależność Ukrainy względem Rosji i wyciągać Białoruś z orbity wpływów rosyjskich. W interesie Warszawy i Waszyngtonu jest też niedopuszczenie do powstania „superpaństwa europejskiego”. Dla USA oznaczałoby to powstanie silnego gospodarczo rywala na arenie światowej. Dla Polski oznaczałoby to utratę suwerenności i groźbę zrujnowania kraju regulacjami płynącymi z Brukseli. Zarówno więc Polacy, jak i Amerykanie działają na rzecz utrzymywania niezależności narodów europejskich względem instytucji unijnych.

Potencjalne osłabienie USA wcale nie musi oznaczać, że sojusz polsko-amerykański przestanie się nam opłacać. Wręcz przeciwnie, wycofujący się ze świata Amerykanie mogą potrzebować silnych sojuszników w najważniejszych punktach globu. Waszyngton może więc zechcieć wzmocnić Polskę jako kraj leżący w strategicznym miejscu między Europą a Azją. Lepsza przecież silna Polska, która sama blokuje sojusz niemiecko-rosyjski, osłabia wpływy Moskwy w Europie Wschodniej czy hamuje zapędy federalistyczne Brukseli, niż bezpośrednie zaangażowanie USA we wszystkich tych obszarach. A my możemy w takiej sytuacji uzyskać więcej. Możemy np. zaapelować o większe środki i wsparcie dyplomatyczne dla inicjatywy Trójmorza. W ten sposób w naszym regionie powstałby ośrodek wpływu, alternatywny wobec Moskwy, Berlina i Brukseli. Dzięki temu zwiększylibyśmy swoją niezależność, a Amerykanie zyskali spokój w kwestii Europy.

Działać zgodnie z interesem

W przypadku każdego narodu celem polityki zagranicznej powinno być wzmacnianie, a nie osłabianie swojej niezależności. Pogłębienie integracji europejskiej oznaczałoby osłabienie naszej niezależności, więc jest ono sprzeczne z naszym interesem narodowym. Sojusz z Rosją oznacza podporządkowanie się jej interesom, bo Moskwa nigdy inaczej nie patrzy na sojusze, więc to również oznacza osłabienie naszej niezależności. Tak naprawdę naszą niezależność zwiększyłoby tylko powstanie sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej. Podobnie jest z innymi krajami regionu. Na przeszkodzie w powstaniu takiego sojuszu stoją jednak Rosja i Niemcy. Dla Moskwy i Berlina zwiększenie niezależności krajów Europy Środkowo-Wschodniej oznaczałoby zmniejszenie ich wpływów w tych krajach. Dlatego robią wszystko, żeby do takiego sojuszu nie dopuścić.

Jednym z ważniejszych działań Moskwy i Berlina jest budowanie w Polsce i w innych krajach regionu ośrodków wpływów. Te ośrodki służą forsowaniu propagandy działającej na rzecz interesów Rosji lub Niemiec. Najnowszą odsłoną tego typu propagandy jest wmawianie Polakom (ale też Czechom, Rumunom czy Ukraińcom), że Ameryka właśnie upada. A jako że upada mocarstwo zainteresowane zbudowaniem sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej, to należy jak najszybciej o takim sojuszu zapomnieć. Mądry polski patriota nie powinien nabierać się na taką propagandę. Ludzie, którzy nie uważają się za polskich patriotów, nie powinni być w ogóle w Polsce słuchani (analogicznie w Czechach czy na Ukrainie). Natomiast jeśli jakiś „patriota” powtarza propagandę rosyjskich czy niemieckich ośrodków wpływów, możemy mieć do czynienia z „patriotą niemądrym”, czyli mówiąc inaczej, pożytecznym idiotą Moskwy lub Berlina. 

 


Źródło:

Bartosz Bartczak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo