Zdarzenie o którym w USA jest coraz głośniej miało miejsce w niewielkim (ok. 24 tysiące mieszkańców) hrabstwie Antrim w Michigan. Elektroniczne maszyny głosujące błędnie policzyły głosy oddane na Donalda Trumpa do puli Joe Bidena. To samo miało miejsce w wypadku głosów oddanych na republikańskiego kandydata na senatora Johna Jamesa, którego głosy dostały się Demokracie Johnowi Jamesowi.

Przewodnicząca stanowego oddziału Partii Republikańskiej Laura Cox powiedziała na konferencji prasowej, że chodzi o tysiące głosów. 

Na razie nie jest jasne gdzie nastąpił błąd. Cox stwierdziła, że jeden z urzędników odpowiedzialnych w tym hrabstwie za organizację wyborów przyznał, że nastąpił błąd w oprogramowaniu. Zauważono go w zasadzie przypadkiem. Hrabstwo Antrim jest mocno prawicowe i któryś z urzędników zwrócił uwagę, że tak duża ilość głosów na Demokratów jest w tym miejscu podejrzana. Ręczne przeliczenie głosów potwierdziło, że zostały one przekazane Demokratom. 

Wiele osób zadaje sobie teraz pytanie w ilu miejscach nastąpiły podobne błędy, które nie zostały zauważone. Maszyny i oprogramowanie w tym hrabstwie zostały dostarczone przez firmę Dominion Voting System (DVS). W całym stanie produkty tej firmy są używane w 47 z 83 hrabstw.  

Na tym jednak nie koniec – DVS dostarcza je do ogromnej ilości lokali wyborczych. Razem z Election Systems and Software i Hart Intercivic praktycznie zmonopolizowali ten rynek, sama firma twierdzi, że 40% populacji USA korzysta z ich usług podczas wyborów. Ich maszyny i oprogramowanie były używane we wszystkich stanach które budzą teraz wątpliwości: Michigan, Północnej Karolinie, Nevadzie, Georgii, Arizonie i Pensylwanii. 

Do tego incydentu nawiązał ostatnio senator Ted Cruz, który zwrócił uwagę, że przy takiej ilości nieprawidłowości Donald Trump ma nadal szanse na zwycięstwo dzięki protestom wyborczym. Powiedział, że ten incydent i wszystkie podobne powinny zostać dokładnie wyjaśnione i porównał sytuację do  wyborów w 2000 roku, kiedy to wyrok Sądu Najwyższego dał zwycięstwo Bushowi.

„Spodziewałbym się teraz podobnego procesu, pomimo tego, że media mówią wszystkim: poddajcie się, idźcie do domów. To tak nie działa. Musimy przestrzegać prawa, a to oznacza, że proces prawny musi dojść do końca”

- podkreślił

To nie jest pierwszy raz kiedy DVM wywołał kontrowersje. W połowie 2020, podczas prawyborów w Georgii, przedstawiciele firmy musieli naprawić 20 części w ok. 30 tysiącach maszyn. Wtedy nawet stanowi Demokraci żądali zerwania z nimi kontraktu. Wątpliwości budził również fakt, że w swoich maszynach używają części produkowanych w Chinach.

Przedstawiciel firmy tłumaczył jakiś czas temu podczas przesłuchania przed kongresem, że chodzi o części nie mające wpływu na bezpieczeństwo wyborów – jak ekrany LCD czy ich szklane osłony – których po prostu nie udało im się kupić nigdzie indziej. Oprogramowanie DVM zostało również odrzucone trzykrotnie przez władze Teksasu z powodu obaw o bezpieczeństwo, w innych stanach również pojawiły się wątpliwości. 

Portal Heavy.com zwraca również uwagę na liczne powiązania tej firmy z przeciwnikami Donalda Trumpa. W 2009 na przykład DMV rozpoczęła lukratywną współpracę z firmą Smartmatic, której dostarczyła skanery optyczne do użycia podczas wyborów na Filipinach. Jednym z jej dyrektórów jest brytyjski lord Mark Malloch Brown, były wicedyrektor funduszu inwestycyjnego Georgea Sorosa i członek rady jego fundacji. Jakiś czas temu firma została nabyta przez fundusz hedgingowy Staple Street Capital, w którego radzie zasiada William Earl Kennard, były ambasador Obamy przy UE. Firma współpracowała również w przeszłości z fundacją Clintonów i przekazywała im dotacje. 

Oczywiście na razie nie da się stwierdzić ani tego, że incydent z Antrim faktycznie nie był błędem ani tego, w ilu innych miejscach mogły mieć miejsce. Pozostaje mieć nadzieję, że pozwy sądowe kampanii Trumpa do końca to wyjaśnią.