Znany z radykalnego języka i skrajnych poglądów Prof. Wojciech Sadurski opublikował właśnie list do dziekana Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego z żądaniem natychmiastowego rozprawienia się z Panem i to bez jakiegokolwiek postępowania dyscyplinarnego, bo – jak pisze – takie procedury są przewlekłe.
Oj, tak. Są przewlekłe, zwłaszcza gdy chodzi o postępowanie dyscyplinarne wobec samego Wojciecha Sadurskiego. Niedawno napisałem pismo do Rzecznika Dyscyplinarnego UW z pytaniem, co uczynił przez dziesięć miesięcy, które upłynęły od wszczęcia na UW postępowania wyjaśniającego w jego sprawie i czy czas ten wystarczył Rzecznikowi na zbadanie, czy publiczne używanie przez jednego profesora UW wobec drugiego określeń „zero” i „nieudacznik” narusza godność nauczyciela akademickiego, czy nie. Przez cały ten czas p. Sadurski utwierdzał się w przekonaniu, że wszystko mu wolno, każdego może bezkarnie obrażać i zniesławiać, więc ustawicznie rzuca inwektywami na lewo i prawo, choć ściślej mówiąc, to raczej na prawo niż na lewo, bo jego manifestacje sytuują go jasno w polityczno-ideologicznym ekstremum, z którym się afiszuje. Ostatecznie Rzecznik Dyscyplinarny UW już raz nie wszczął wobec niego postępowania dyscyplinarnego, gdy ów napisał, że jestem „zeświniony”. Wtedy chodziło o to, że ośmieliłem się skorzystać z moich obywatelskich praw i zgłosiłem, w gronie ponad setki konkurentów, swą kandydaturę do Sądu Najwyższego. Nie wiedziałem wówczas, że to taka myślo-zbrodnia.
To dość dehumanizujący język, zwłaszcza w ustach profesora wykładającego na Uniwersytecie Warszawskim.
A zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że jest to wykładowca praw człowieka. Proszę się nie śmiać. Naprawdę! Niby „ornitolog nie musi fruwać”, ale zastanawiam się, czy jego studenci mają czerpać praktyczną wiedzę na temat poszanowania godności ludzkiej z jego tweetów? A może to samo głosi na wykładach? W każdym razie wówczas Rzecznik Dyscyplinarny nie wszczął wobec niego postępowania dyscyplinarnego, bo uznał, że w środowisku profesorów UW społeczna szkodliwość tego czynu jest znikoma (art. 17§1 pkt 3 kpk). Ciekaw jestem, jak by się poczuł będący wówczas Rektorem Marcin Pałys, gdyby to na nim jakiś pracownik UW wypróbował taki nowy „standard” języka akademickiego? Zresztą doczekał się, wystarczy przeczytać, co na jego temat wypisywano niedawno w związku z tym, że ośmielił się nie otworzyć bram UW na żądanie aktywisty ruchów LGBT Jakuba Urbanika z Wydziału Prawa, gdy pod Uniwersytetem szaleli zadymiarze od tzw. Margota szarpiący się z policją. Wówczas padły bardzo drastyczne wypowiedzi pod jego adresem. Chyba b. Rektor Marcin Pałys nie uważa ich za nowy „standard” uniwersytecki. A jeśli tak by uważał, to niech cierpi i czeka, gdy to towarzystwo pojawi się na jego Wydziale Chemii i posiłkując się jego ostatnimi dyrektywami rektorskimi, zażąda dla siebie miejsc w gremiach nadających stopnie naukowe w imię nowych parytetów i nowych zasad niedyskryminacyjnych. I niech się wtedy nie dziwi. Rewolucja zanim zje własne dzieci, pozjada najpierw swych wyrozumiałych opiekunów.
Ale teraz potępiają Pana także niektórzy koledzy z Wydziału Prawa UW, m.in. jedna z liderek „Strajku Kobiet” Monika Płatek i wspomniany Jakub Urbanik. Napisali list otwarty, że Pan gwałci wolność słowa. Co Pan właściwie takiego zrobił?
Ten aktyw z Moniką Płatek, Marcinem Matczakiem i Jakubem Urbanikiem potępia mnie systematycznie już od kilku lat. Nic nowego. Teraz chodzi o to, że w związku z obecnymi gwałtownymi wydarzeniami w kraju poinformowałem, iż na prowadzonych przeze mnie zajęciach akademickich na UW, ze względu na ich cel i charakter, nie będą tolerowane jakiekolwiek manifestacje studentów o charakterze politycznym lub ideologicznym, bez względu na to, jaką formę by one przybrały (słowną, tekstową, graficzną, w tym odwoływanie się do symboliki o takim charakterze itp.) i bez względu na to (co warto podkreślić), jaki kierunek w toczących się sporach politycznych lub ideologicznych reprezentowałyby one. Zaś osoby, które naruszą tę zasadę, muszą się liczyć z usunięciem z tych zajęć ze wszystkimi tego formalnymi konsekwencjami. O tym stanowisku poinformowałem też niezwłocznie Rektora, Dziekana itd. Krótko mówiąc: każdy może sobie myśleć, mówić i demonstrować, co chce, ale na wykładzie żadnych manifestacji nie będzie. Wykłady mają się odbywać w spokoju, a nie zamienić się w utarczki słowno-graficzne między uczestnikami, z pewnością reprezentującymi rozmaite poglądy. Z powodu pandemii prowadzę teraz wykłady on-line. W rezultacie mojego komunikatu kilkoro aktywistów tzw. Strajku kobiet skrzyknęło się w internecie, żeby przeprowadzić swoisty „atak” na mój wykład. Zorganizowali taktykę przesyłania linku do wykładu poza naszą grupę, stąd zaczęły się pojawiać także osoby niezapisane. Wykład usiłowano mi kilkakrotnie przerwać, pojawiała się także symbolika o jednoznacznie polityczno-ideologicznym charakterze widoczna dla wszystkich uczestników wykładu. Na koniec jedna z aktywistek zaatakowała mnie słownie wobec innych studentów. Postąpiłem oczywiście zgodnie z zapowiedzią i stąd teraz ten straszny krzyk.
A jaka była reakcja studentów?
Rozmaita. Większość zachowała stoicki spokój. Natomiast część przysłała mi e-maile z podziękowaniami, za to, co zrobiłem i oświadczeniami, że interesują ich zajęcia, na które się zapisali, nie zadymy na wykładzie. Byli też tacy, którzy poszli dalej. Od kilku osób niezależnie otrzymałem informacje o szczegółach organizacji „ataku” na moje zajęcia i kopie wpisów, typu: co tu zrobić, żeby „wkur..ić Majchrowskiego”. Inni z kolei zapewniali mnie o nienaganności obyczajów studentów i ich chęci jedynie do wyrażania swych poglądów. W tym zestawieniu takie zapewnienia wyglądały niezbyt szczerze.
Prof. Sadurski oraz sygnatariusze listu z Moniką Płatek i Jakubem Urbanikiem na czele piszą, że to właśnie Pan Profesor naruszył wolność słowa, że usuwa Pan ze swojego wykładu za poglądy, terroryzuje, straszy, grozi itd. Co Pan na to?
Konstytucja zapewnia każdemu wolność słowa i prawo do wyrażania poglądów. Nie jest to jednak prawo absolutne. Nie ma w Konstytucji przepisu: „Róbta, co chceta”, mimo że autor tego znanego i wyjątkowo niepedagogicznego sloganu otrzymał onegdaj tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. (To też niezły przyczynek do dyskusji o kondycji naszego szkolnictwa wyższego). Niektórzy jednak wolność utożsamiają ze swawolą. Tak było w Rzeczypospolitej szlacheckiej, tak jest i dzisiaj. To, że możemy manifestować politycznie, czy ideologicznie nie oznacza, że można to robić wszędzie i zawsze. W przypadku wykładu akademickiego to prowadzący ten wykład w pierwszej kolejności jest zobowiązany do tego, by podjąć kroki uniemożliwiające zamienienie wykładu w wiec, w manifestację, w której nie wszyscy chcą uczestniczyć, zwłaszcza gdyby nastąpić mogło promowanie i epatowanie treściami i symboliką odwołującą się do treści bardzo kontrowersyjnych, mogących ranić uczucia innych. Wojciech Sadurski nie uzyskał habilitacji prawniczej na Wydziale Prawa i Administracji UW; odmówiono mu otwarcia przewodu, choć się o to starał. Mimo to powinien to jednak rozumieć. Także Jakubowi Urbanikowi Rada Wydziału Prawa i Administracji UW odmówiła habilitacji, którą uzyskiwać musiał gdzie indziej. Mimo to także powinien to zrozumieć. To nie jest jakaś prawnicza abrakadabra. Mam prawo o tym wspomnieć, choćby dlatego że moje kolokwium habilitacyjne na WPiA UW (wtedy obrona habilitacji była nie lada wyzwaniem) zostało przyjęte jednogłośnie, co zdarzało się u nas bardzo rzadko.
Panie Profesorze, ale czy tzw. zwykli ludzie, niebędący prawnikami, zrozumieją, o czym Pan mówi?
W dzisiejszych czasach pokładam większe nadzieje w zdrowym rozsądku tzw. zwykłych ludzi niż w niejednym z profesorów… Pozwolę sobie wobec tego na drastyczne, ale obrazowe porównanie: Jeśli odprawiający mszę ksiądz wyrzuciłby z kościoła małżonków, którzy dokonywaliby tam właśnie aktu seksualnego, nie oznacza to, że zakazuje prokreacji. Wszystko ma po prostu swój czas i miejsce.
Przykład podany przez Pana byłby przekonujący jeszcze przed kilkoma miesiącami, ale teraz aktywiści „Strajku kobiet” niejednokrotnie atakują właśnie kościoły, symbole religijne, przeszkadzają w trakcie nabożeństw, wykrzykują i wypisują ordynarne hasła, szokują. Symbolem tego wszystkiego stała się czerwona błyskawica. Ale na Pana uczelni została ona porównana do znaczka Solidarności…
Tak. Czytałem te kuriozalne „Rekomendacje rzeczniczki akademickiej i głównej specjalistki ds. równouprawnienia na UW”. Zacznijmy od tego, że nie są one żadnym prawem wobec nikogo, nie tylko dlatego, że nazwano je wykrętnie „rekomendacjami”, lecz dlatego, że panie zatrudnione na stanowiskach „rzeczniczek” i „specjalistek” nie są żadną władzą ani uniwersytecką, ani publiczną i nic nikomu nie mogą polecać ani na nic zezwalać. Mimo to pewien znany polskojęzyczny portal już obwieścił, że „władze UW” wypowiedziały się ich słowami i to właśnie niejako w odpowiedzi na mój komunikat do studentów. A co tam można przeczytać w tych „rekomendacjach”? Ano, że „solidarność z wartościami wpisanymi w ruch Strajku Kobiet mieści się w obszarze wartości, jakie reprezentuje nasza uczelnia”. W reakcji grupa profesorów UW zapytała więc na łamach „Tygodnika Solidarność” Rektora UW, czy rzeczywiście wartościami Uniwersytetu Warszawskiego, są „wartości” tzw. Strajku kobiet, który „posługując się językiem skrajnie wulgarnym”, „pochwala agresję, napaści i akty wandalizmu dokonywane wobec obiektów świeckich i kultu religijnego (pomniki i świątynie), wzywając do społecznego wykluczenia tych grup politycznych i religijnych, które organizacja ta zdefiniowała jako swoich wrogów, w szczególności wiernych Kościoła katolickiego?” Nie podpisuję się pod powyższym pytaniem moich Kolegów Profesorów, bo znam na nie odpowiedź. Brzmi ona: Nie, to nie są wartości Uniwersytetu Warszawskiego. A jeśli się mylę, to spodziewam się, że zamiast słów pieśni „Gaudeamus igitur” na najbliższej inauguracji roku akademickiego społeczność uniwersytecka będzie wykrzykiwać jednym głosem: „Wypier…ać!”. Oczywiście bez kropek, bo byłyby one świadectwem wstecznej pruderii. Może ktoś też zaproponować, by wpisać to hasło do godła naszego Uniwersytetu obok czerwonej błyskawicy, albo od razu – dwóch? Ostatecznie tyle już zrobiono w przeszłości, by usunąć z niego krzyż wieńczący koronę orła uniwersyteckiego. Zastępowano go a to gwiazdą, a to kulą, a nawet całą koronę – czapką. Widać dla niektórych nie mieścił się w „wartościach” Uniwersytetu Warszawskiego.
Przemawia przez Pana gorycz czy złość?
Pewnie i jedno, i drugie. Ale przede wszystkim smutek, że doszliśmy do tak potwornego upadku, do czasów gdy – jak to przewidział mój ulubiony pisarz G.K. Chesterton – ludzie będą walczyć o prawdy oczywiste; do czasów gdy – jak to przewidział Ionesco – ludzie będą się zmieniać w nosorożce, a ich ryk stanie się pociągającym śpiewem dla ostatnich przedstawicieli ludzkiego gatunku. Los Uniwersytetu Warszawskiego nie może mnie nie obchodzić. Ukończyłem (zresztą z wyróżnieniem) dwa fakultety na UW. Pracuję tu nieprzerwanie od trzydziestu lat. Na Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim w XIX wieku zatrudniony był już mój pradziadek – biolog Władysław Majchrowski. Tu został kandydatem nauk. Tu wykładał. Pozbyli się go, bo nie chciał przejść na prawosławie. W 1990 r. porzuciłem pracę w departamencie zagranicznym centrali jednego z największych polskich banków, gdzie dyrektor wróżyła mi błyskawiczną karierę i chciała wysłać do Luksemburga – żeby przyjąć ofertę bardzo nędznie płatnej pracy nauczyciela akademickiego. Właściwie było to naraz kilka ofert z Wydziału Prawa i z Wydziału Zarządzania, wybrałem jedną i do tej pory tego nie żałowałem. Nie wiedziałem wówczas, że za 30 lat pani rzeczniczka Cybulko zdefiniuje wartości Uniwersytetu Warszawskiego. Myślę, że ogromna część naszych studentów i pracowników też o tym nie wiedziała, gdy wiązała się z UW. Lepiej, by Wydział Promocji uprzedzał teraz o tym zawczasu kandydatów na studia w murach naszej Alma Mater.
Jak widać, pieniądze to nie wszystko. Zresztą poza pracą na UW ma Pan za sobą wyjątkowo bogaty życiorys, który można wyczytać z not biograficznych w Pana książkach: wojewoda, podsekretarz stanu, delegat rządu, doradca ministra, Marszałka Sejmu, Prezesa TK, członek Kolegium NIK i mnóstwo innych funkcji i aktywności w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Teraz sędzia Sądu Najwyższego. Jak Pan to godzi?
Staram się. A co do pieniędzy… Gentelmani o pieniądzach podobno nie mówią, dlatego Wojciech Sadurski mówi – ale o moich, publicznie i to od kilku lat. Zaczęło się od tego, gdy byłem Koordynatorem Zespołu Ekspertów ds. Trybunału Konstytucyjnego w 2016 r. Wówczas wyczytałem w prasie, że ja i Koledzy zarabiamy krocie, dieta wynosiła bowiem 300 zł za godzinę posiedzenia Zespołu. Jedna z posłanek wyliczyła te zarobki na ok. 80 tys. zł na głowę. Wojciech Sadurski grzmiał, że on jako polski podatnik domaga się informacji o tych zarobkach. Odpowiadam: otrzymywaliśmy po ok. 2500 zł miesięcznie. W trzecim miesiącu z własnej inicjatywy odmówiliśmy przyjęcia wynagrodzenia. To była jedna z moich najgorzej płatnych prac eksperckich w życiu. Ale tego też nie robiliśmy dla pieniędzy. Zastanowiło mnie natomiast wówczas, dlaczego Wojciech Sadurski przedstawia się jako polski podatnik, skoro pracuje na Uniwersytecie w Sydney w Australii, ale pomyślałem, że pewnie chodzi mu o podatek akcyzowy, którym zasila nasz budżet, gdy zawita do Starego Kraju. Dopiero później zorientowałem się, że pracuje on jednocześnie na uniwersytecie w Australii i na moim uniwersytecie w Polsce. Taka bilokacja. Ciekawe, czy tak jak inni musiał otrzymywać na to corocznie zgodę Rektora? Ciekawe też, na jakich warunkach finansowych i faktycznych dokonywała się ta praca na UW. Może zdalnych? Warto, by ktoś to skontrolował pod kątem równego traktowania Wojciecha Sadurskiego i innych pracowników UW. Bo pod pozostałymi względami widać, że ma on szczególną pozycję. Obecnie zajmuje się zresztą publikowaniem tweetów z podawaniem całkowicie zmyślonych informacji o moich zarobkach w Sądzie Najwyższym, przy czym zawyża je przynajmniej dwukrotnie. Pewnie ma to wzmóc efekt słusznej nienawiści ludu do mojej osoby. Tu także rozczaruję. Jestem najsłabiej wynagradzanym sędzią Izby Dyscyplinarnej SN: nie pobieram żadnych dodatków funkcyjnych, żadnych pieniędzy z innych tytułów i nie pobieram 40 proc. dodatku do pensji – właśnie dlatego, że pracuję jednocześnie na Uniwersytecie. A że UW płaci mi znacznie mniej niż wyniósłby ten dodatek, de facto z tytułu pracy na UW nie mam nie tylko żadnych dochodów, ale miesiąc w miesiąc dopłacam do tego z własnej kieszeni, by móc spotkać się z moimi studentami. Ale nie narzekam i nie jestem zmuszony, by na własnym profilu społecznościowym reklamować jak kramarz sprzedaż ciągle tej samej swojej książki, z coraz to większym rabatem. Może w Sydney takie rzeczy wypadają profesorom? U nas – to po prostu wstyd.
Panie Profesorze, pytanie na koniec: Jak Pan znosi te wszystkie ataki na siebie po Pana komunikacie dla studentów w sprawie braku zgody na manifestacje na wykładach? Media „głównego nurtu” są od dawna, ale zwłaszcza w ostatnich dniach, pełne nieprzychylnych Panu tekstów.
Dostaję bardzo, ale to bardzo dużo e-maili, SMS-ów i telefonów od znajomych, koleżanek i kolegów z UW, od byłych studentów. Jedni gratulują, inni popierają, ale najwięcej z nich mówi coś, co mnie trochę martwi. Mianowicie mówią i piszą o jakiejś rzekomej mojej odwadze. Że się przeciwstawiłem itd. Myślę, że źle z nami, jeśli zachowanie, które powinno być oczywistą normą urasta w oczach ludzi do rangi odwagi. Cóż na to rzec? Odwagi!