Sprawę zrelacjonował nam Andrzej Woda, przewodniczący Klubu "Gazety Polskiej" w Paryżu.

Rozmawiałem dzisiaj z księdzem Stanisławem. Wczoraj odprawiał on mszę św. w zastępstwie księdza, którego nie było, w jednym z kościołów w Wersalu. Przekazałem mu ulotki wyborcze prezydenta Dudy, aby zostały rozłożone przed kościołem, żeby wierni mogli z nich skorzystać

- mówił.

Szef Klubu GP w Paryżu wskazał, że "w czasie mszy św. ksiądz Stanisław mówił o patriotyzmie, konieczności wyboru, o obowiązku wyboru między dobrem a złem, padło też hasło >>Bóg, honor, ojczyzna<<".

Nie było tam słowa agitacji za konkretnym kandydatem, mówił dyplomatycznie i nie było to nic złego. W pewnym momencie podbiegł do księdza zdenerwowany mężczyzna i wyrwał mu mikrofon, padły niekulturalne słowa w stylu, aby ksiądz wynosił się z kościoła

- dodał.

Andrzej Woda ocenił, że "to już szaleństwo, co ci ludzie wyprawiają".

Ksiądz zachował się spokojnie, wierni zaczęli interweniować, po czym ten mężczyzna z żoną i dzieckiem wyszli z kościoła

- opowiadał.

Przewodniczący Klubu GP w Paryżu zauważył ponadto, że "stopień agresji jest nieprawdopodobny".

Rozmawiałem z księdzem, mówił, że przez tyle lat posługi nigdy mu się nie zdarzyło, aby ktoś wyrwał mu mikrofon podczas mszy św. Był tym zbulwersowany

- mówił.

Rozdawaliśmy ulotki również przed innymi kościołami i przez 35 lat, kiedy to mieszkam we Francji, nie zdarzyło mi się, żebym widział taką agresję wśród ludzi, który z kościołów wychodzą. Podchodziłem do ludzi, jak widzieli, że mamy ulotki Andrzeja Dudy to kazali nam iść, wracać do Polski i tam głosować. Takich rzeczy jeszcze nie było

- zrelacjonował. 

Ks. Stanisław Jeż pytany o to, który był to konkretnie kościół, wyjaśnił, że "to był kościół, którego Polacy używają na nabożeństwa".

W związku z epidemią koronawirusa, msza św. odprawiana była na świeżym powietrzu, bo kościół jest za mały, to ośrodek katolicki, który nazywa się L'Hermnitage

- mówił.

Poprosiłem zakrystianina, aby na placu przed kościołem umieścił ulotki Andrzeja Dudy. Mężczyzna, który mnie zaatakował, najpierw przyniósł mi te ulotki i zaczął mówić, że robię "propagandę polityczną na człowieka, który nie jest godny zaufania i na niego nie będzie głosował". Odpowiedziałem mu, że to jego sprawa i to kwestia tolerancji - kto będzie chciał, to weźmie ulotkę. Wierni relacjonowali mi, że jeszcze przed mszą ten człowiek robił propagandę

- powiedział nam ks. Stanisław Jeż.