Na film Kapadiego - reżysera, który dał się zapoznać szerszej publiczności dokumentami poświęconymi Amy Winehouse oraz Ayrtonowi Sennie - składają się dwie godziny (z małym hakiem) szerzej nieznanych dotąd nagrań, w których mamy możliwość obserwować życiowe zmagania Maradony. Pod szczególną lupę trafił okres, w którym argentyński magik futbolu trafił dość niespodziewanie do Neapolu, gdzie podniósł tamtejszy klub z dołu tabeli do największych w historii sukcesów. Te kilka lat spędzone przez Argentyńczyka we Włoszech to widowiskowa jazda rollercoasterem: wszyscy spodziewają się, że Maradona przybywa do drużyny, by odcinać kupony od swojej sławy, ale ten zaskakuje niemal wszystkich. Dzięki wielkiej zaciętości, uporowi, a przede wszystkim olbrzymiemu talentowi Napoli trafia na szczyt włoskiej piłki, a narodowa drużyny Maradony zdobywa upragniony tytuł mistrzów świata. 

Myliłby się jednak ten, kto sprowadziłby "Diego" wyłącznie do zgrabnie nakręconej historii piłki nożnej końcówki lat 80. Owszem, mamy tu piękne ujęcia słynnej "ręki Boga" (czyli gola Maradony strzelonego Anglikom ręką podczas mundialu), są wzloty i upadki, jest sporo kulisów i ujęć z szatni, ale tak naprawdę to tylko - albo aż - punkt wyjścia do opowieści o tym niezwykłym Argentyńczyku. Tytułowego Diego poznajemy nie tylko jako wielkiego piłkarza, ale także, a może i przede wszystkim, jako pokiereszowanego syna i ojca, jako pogubionego człowieka, dla którego boisko było ucieczką od problemów trapiących go na co dzień. To nie przypadek, że mottem filmu, powtarzanym w jego trakcie dwukrotnie, są słowa Maradony o tym, że wychodząc na murawę i dryblując kolejnych przeciwników, zapominał o całym swym życiu, zostawiając go za murami stadionu. 

Do pewnego momentu się to udawało. Ale taki, a nie inny tryb życia, wzmocniony sporą emocjonalnością głównego bohatera i huśtawką nastrojów mieszkańców Neapolu (a może przede wszystkim tamtejszych elit) musiały przynieść smutne efekty. Ponurym zakrętem, z którego Maradona wciąż próbuje wychodzić, było dla niego uzależnienie od narkotyków, powiązanie z lokalną mafią, wreszcie - samotność i niezrozumienie, które stały się nieodłącznymi kompanami wielkiego piłkarza. Wszystkie te blaski i cienie Maradony są ukazane bardzo dobrze - może dlatego, że reżyser nie zaniedbał podstawowego obowiązku przy tego rodzaju produkcjach. Chodzi o wytłumaczenie widzom - zwłaszcza tym dalekim od piłkarskich emocji - tego, czym jest futbol w życiu społeczności: miejskiej, narodowej, globalnej. 

Kapadi na tyle umiejętnie prowadzi fabułę (wzmocnioną kapitalną muzyką, która świetnie oddaje klimat kolejnych epizodów), że widz bez problemu zrozumie scenę - a może nawet wzruszy się nią - w której mieszkańcy Neapolu po zdobyciu pierwszego w historii tytułu piłkarskiego mistrza Włoch wieszają na ogrodzeniu cmentarza transparent z napisem: "Nawet nie wiecie, co przegapiliście". Takich pięknych, choć momentami groteskowych chwil, jest więcej: jak wtedy, gdy lokalny sanitariusz zanosi ampułkę z krwią Maradony do miejscowego kościoła, a wierni budują argentyńskiemu piłkarzowi ołtarzyki, stawiając go na równi ze świętym patronem miasta. Te wielkie emocje mają jednak i drugie oblicze: po tym, jak Argentyńczyk z zimną krwią wyrzuca Włochów z mundialu w roku 1990, miłość do Maradony w jednej chwili zamienia się w nienawiść. Dotychczasowe patrzenie przez palce na nałogi i problemy Diego obraca się o 180 stopni, a piłkarz trafia na ławę oskarżonych, do aresztu, a wreszcie - zostaje zdyskwalifikowany. 

Czy smutny koniec kariery Maradony musiał mieć taki, a nie inny przebieg? Czy gdyby gwiazdor reprezentacji Argentyny szybciej opuścił Neapol, nie skończyłby w szpitalu psychiatrycznym, zmagając się z nałogiem narkotykowym? Czy gdyby uznał od razu swojego syna, nie targałyby nim wyrzuty sumienia, na które Maradona znał tylko dwie odpowiedzi: futbol i kokainę? Z szeregiem takich pytań widz opuszcza kino, wspominając olbrzymi talent wielkiego piłkarza, ale i szybką, stromą drogę w dół, którą przebył na życzenie własne, ale i osób, które miał dookoła siebie. Bo "Diego" to także film o tym, co w życiu najważniejsze, a co niekoniecznie wydaje się najwięcej warte na pierwszy rzut oka. Produkcja Kapadiego, a przede wszystkim życiorys samego Maradony to także gorzka lekcja i ponura przestroga. Ale i wiele momentów wzruszeń, radości i pysznej zabawy. Czy warto pójść do kina na "Diego"? Obowiązkowo! Nawet jeśli nie wie się, czym jest spalony.