Kiedy słyszę nazwisko Lubos, to natychmiast przychodzi mi na myśl bohater nietuzinkowy, skomplikowany, przechodzący przeobrażenie. Jaki zatem jest Kosa, Twój najnowszy bohater?

Właśnie taki, jak powiedziałaś. On się nie napina, bierze to, co jest, podejmuje decyzję i zaczyna dojrzewać. Wyobrażasz sobie, żeby taki twardziel, zawodnik MMA, płakał? Zapewne nie, bo mamy wdrukowany bardzo powierzchowny wizerunek fightera. I w tym filmie ten wizerunek zostaje złamany.

Czyli mistrz, heros ukazany jest jako człowiek?

Nie będziesz mistrzem, jeśli nie będziesz człowiekiem.

A na ile ten film jest wzięty z życia? Czy opowiada o konkretnym bohaterze?

Reżyser Maciek Kawulski [także promotor MMA, współwłaściciel organizacji KSW – przyp. red.] jest osobą decyzyjną. Lata tworzenia przez niego KSW zaowocowały właśnie taką historią. To nie jest kolaż. Pojawiają się tu autentyczni bohaterowie, np. Mamed Chalidow to Mamed. Gra mistrza. Nie gra samego siebie, bo nie można zagrać siebie. Kombinowaliśmy, wymyślaliśmy, kłóciliśmy się na planie, ale w cudowny sposób. Robienie kina to nie są wyrzeczenia, to jest przygoda. Hejterzy zawsze będą. Jedni nas zniszczą, innym będzie się podobało. Kino niepokoju już było. To jest kino gatunkowe. To ma być historia, która zakręci.

Jan Jakub Kolski powiedział o Tobie, że jesteś aktorem, który dla dobra roli jest gotów zrobić wszystko. Czego wymagała od Ciebie ta rola? Co było trudne?

Nie umiem potrójnego salta do tyłu z ewolucją wsteczną, jednocześnie zadając obrotową mawachę (śmiech).

Ale na zdjęciach z filmu widać ekstremalne ujęcia i leje się krew.

Ma się lać krew, to jest krwawy sport.

Od wielu lat trenowałeś boks, zatem MMA chyba jest Ci bliskie?

Absolutnie nie. MMA jest za trudne. Pięściarze nie mają szans w klatce. Bokserzy mają inny dystans. W MMA trzeba się dostosowywać do warunków szybkozmiennych – to jest artyzm. Oglądałem wszystkie walki Mameda. Każda była inna, bo w tym sporcie nic nie da się zaplanować.

Ale boksowanie ułatwiło Ci z pewnością pracę przy tej wymagającej roli.

Tak, bo pewnych rzeczy nie da się na szybko przygotować. Niektórzy koledzy opowiadali historie, że przez pół roku przygotowywali się do roli, wylewali pot na sali, ale proszę mi wierzyć – nie da się.
Po prostu to jest zdecydowanie za mało. Aktor po takim treningu nie będzie miał odruchów. Gdybym nie ćwiczył od ponad 20 lat, to prawdopodobnie bym tu nie zagrał. Kawul nie da się oszukać. Oni w MMA naprawdę się biją. Nie ma żadnych ustawek. Unikałem jak mogłem parteru, ale musiałem. Nie chciałem udawać jakiegoś wielkiego zawodnika, ale jak się staje w klatce z Mamedem, to już trzeba. To jest maszyna. To wielki artysta w branży MMA. 

Kiedy więc wszedłeś do klatki i spojrzałeś w oczy Mamedowi, to pojawiły się obawy?

To było piękne przeżycie – wytrzymać wzrok Mameda. On ma taką przepaść w sobie.

To filmowy debiut Macieja Kawulskiego. Jak sobie poradził za kamerą?

To jest osobowość, to jest promotor, który od wielu lat buduje markę KSW. Mogę go opisać jednym słowem – decyzyjność. To jest absolutnie decyzyjny twórca i wizjoner.

Z Erykiem Lubosem rozmawiała Anna Krajkowska.