Panie profesorze, Wojskowe Biuro Historyczne ujawniło przypadki bezprawnego niszczenia milionów stron dokumentów w archiwach wojskowych w Gdyni, Nowym Dworze Mazowieckim i Rembertowie. Do niszczenia kluczowych dokumentów dochodziło w latach 2000–2009, a prawdopodobnie i później. Jest Pan zaskoczony tym odkryciem?

Jestem zaskoczony nie samym faktem zniszczenia dokumentów, bo tego się mogłem domyślać, ale tym, że robiono to aż do 2009 r. Przynajmniej na dzisiaj takim stanem wiedzy dysponujemy. Dziwi mnie także to, że sprawcy zostawili sporo śladów tego przemysłowego procederu, oficjalnie podpisując się pod listami brakowania akt, wymieniając tytuły teczek, daty chronologiczne i ilość stron zniszczonych akt. Dzięki temu wiemy, co zostało zniszczone. Jeśli jest napisane w tych spisach: „Zarząd II Sztabu Generalnego” czy „Wojskowa Służba Wewnętrzna”, albo „zakup broni z ZSRR”, to jest to dla nas kapitalna informacja o tym, co było w archiwum i co zostało zniszczone.

Wiemy, że to np. akta Szefostwa Wojsk Ochrony Pogranicza z lat 1975–1985, materiały archiwalne Wojskowej Służby Wewnętrznej z lat 1976–1978 oraz dokumenty Zarządu II Sztabu Generalnego z roku 1973 czy dokumenty dotyczące „Złotego Funduszu”, o którym niedawno pisała „Gazeta Polska”…

Wiemy znacznie więcej, ale fakt, że był tam „Złoty Fundusz”, to bardzo ważna sprawa. Właśnie dzięki temu wpadliśmy na ślad całego procederu zniszczeń. Zainteresowałem się sprawą „Złotego Funduszu”, czyli Funduszu Przyspieszonego Rozwoju oficerów. W Nowym Dworze Mazowieckim kazałem zrobić kwerendę. Jedna z archiwistek przyniosła spisy, na których widniała informacja, że teczka „Złotego Funduszu” z lat 80. została zniszczona już w latach 2000. Postanowiłem przeanalizować wszystkie spisy brakowania akt w całej sieci archiwum. Warszawę, Toruń, Oleśnicę, Nowy Dwór. I tak wpadłem na ten proceder. Ale proces weryfikacji jeszcze trwa i jest dynamiczny. 

Ale może skoro jest tak, jak Pan mówi, to zniszczył to ktoś w ramach czynności brakowania, nie zdając sobie sprawy…

To dla mnie bez znaczenia. To jest kwestia odpowiedzialności urzędniczej. Urzędnik musi działać zgodnie z prawem i z tego jest rozliczany, a nie z tego, czy miał świadomość szkodzenia. Rozlicza się z decyzji, a fakty są takie, że zniszczono dokumenty, które nigdy nie powinny być niszczone. I zapewniam Pana, że dysponujemy obfitym materiałem dowodowym, bo pod każdym protokołem niszczenia akt widnieją podpisy osób realizujących to zadanie, a także szefów CAW. 

Jak przebiegał ten proceder?

Najpierw dokumenty przekwalifikowano z kategorii „A” na „B”, czyli z archiwalnych na niearchiwalne, by umożliwić ich zniszczenie. Całe zestawy tych dokumentów wciągnięto na listę brakowań i niszczono według własnego uznania. Tymczasem archiwa wojskowe nie działają w próżni prawnej, obowiązują je także ustawa archiwalna i ustawa o IPN…

Właśnie. Dokumenty powinny być przekazane do IPN. Dlaczego tak się nie stało? IPN powstał w 1999 r., tu mówimy o procederze z pierwszej dekady XXI w.

Tego nie wiem. Wiem natomiast, że popełniono dwa przestępstwa: nie przekazano akt do IPN po jego powstaniu, a później zniszczono należne mu dokumenty. Trzeba też podkreślić, że po 2016 r. znalazłem w archiwach wojskowych dziesiątki jednostek archiwalnych nieprzekazanych do IPN. Tak było przecież z teczką osobową Marka Dukaczewskiego. Tak było z materiałami nieewidencjonowanymi, których nie ma w spisach, bo były schowane w kartonie lub szafie w magazynie. Okazywało się potem np., że wśród nich są raporty por. Czesława Kiszczaka z okresu jego pracy w Londynie. Natomiast to, co odkryliśmy w ostatnich trzech tygodniach, przekracza racjonalne wytłumaczenie. Nie wierzę w takie przypadki, gdyż mamy do czynienia z przemysłową akcją niszczenia dokumentów. 

Jaka jest skala zniszczeń?

Nie mówimy o jednostkowych sprawach. To olbrzymia liczba archiwaliów, można wręcz powiedzieć, że pokaźna część archiwum wojskowego w Polsce została na zawsze stracona. Przykładem może być zniszczenie akt partyjnych, teczek personalnych, rozkazów Sztabu Generalnego, broni atomowej czy obrotu specjalnego ze Związkiem Sowieckim – to są miliony stron dokumentów. Proszę sobie wyobrazić, że tylko jeden spis brakowania – właśnie ten dotyczący współpracy militarnej z Sowietami – liczy ponad 550 zniszczonych teczek, z których każda miała średnio 500 stron. Daje to łącznie ponad 250 tys. stron zniszczonych dokumentów!

Czy możemy wskazać osoby, które są za to odpowiedzialne? To dyrektorzy archiwów? Centralnym Archiwum Wojskowym kierowali w latach 2001–2007 kmdr Waldemar Wójcik i w 2007–2016 Czesław Andrzej Żak. 

Nie chcę teraz wyrokować, bo zrobi to prokuratura. Wszystkie osoby odpowiedzialne są znane i zostawiły sporo dowodów na swoje zaangażowanie w ten przestępczy proceder. Wszystko mamy udokumentowane i zabezpieczone. Niektóre z tych osób są na emeryturze, niektóre uciekły w momencie, gdy przyszedłem do pracy w archiwum. Poza tym cztery osoby z tych, które przewijają się w protokołach, zostały przeze mnie dyscyplinarnie wyrzucone z pracy. I tak będę zawsze postępował, bo nie chcę, by w polskich archiwach pracowali ludzie odpowiedzialni za niszczenie akt. 


Całość wywiadu ze Sławomirem Cenckiewiczem w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”