Kino musi wciągać. Czy najnowszy Batman wciąga? I tak, i nie. Nolan dobrze zaczyna i dobrze kończy, jednak środkowe sekwencje „Mrocznego Rycerza” są totalnie przegadane. I sentymentalne. Aż żal patrzeć na staruteńkiego Michaela Caine’a. Wygłaszając swoje monologi, musiał męczyć się tak, jak ja się męczyłem, by ich wysłuchać.
Obsada jest imponująca. Christian Bale, Anne Hathaway, Morgan Freeman, Gary Oldman. Choć aktorstwo nie porywa.
Z filmów zapamiętuje się obrazy. I nastrój. Czy zapamiętam film Nolana? Może. Są dwa obrazy, które rokują nadzieję. Pierwszy otwiera cały film brawurową sekwencją. I powiem tylko tyle: czegoś takiego nie widziałem nigdy. Ale ten obraz jest odrobinę „techniczny”. Nie niesie ze sobą znaczeń. Natomiast drugi zastanawia. Bandycka intryga sprawiła, że miasto zostaje postawione do góry nogami. Policjanci stają się zwierzyną łowną, bandyci zorganizowani w niby-milicję reprezentują „prawo” i „porządek”. Niezwykłe wrażenie zrobiła na mnie właśnie scena ataku kilkuset policjantów na siedzibę bandytów. W świecie odwróconych znaczeń policjanci zachowują się jak tłum…
Choć zło w „Mrocznym Rycerzu” przybrało postać nieciekawą, geniusza o posturze tępego osiłka, to Nolan uchwycił jego istotę. Chcąc z mieszkańców Miasta zrobić barbarzyński, zrewoltowany tłum, geniusz-osiłek mówi: po prostu róbcie, co chcecie. Mówi cytatem z satanistycznej czarnej biblii: człowieku, niech twoja wola będzie jedynym prawem. To przepis na rozpad każdej wspólnoty.
Nolan pyta, czy zachodnią cywilizację da się uratować. Czy przetrwa permanentny kryzys. A odpowiedź jest banalna. Nawet jak na popkulturę. „Ocalenie to duch”. Ale nie mam o to do reżysera pretensji. Ta bajka, mimo że momentami absurdalna, gdzieś w najgłębszej warstwie mówi prawdę. Prawdziwą siłę daje miłość. I dlatego happy end na zakończenie nie razi. Wszystko wskazuje na to że Batman się ożenił.
Christian Bale, wcielający się w filmie w postać człowieka-nietoperza, odwiedził ofiary strzelaniny w Aurorze w stanie Kolorado. Fikcja zetknęła się z rzeczywistością. Pytanie nie brzmi, czy popkultura prowokuje szaleńców. Prawdziwe pytanie brzmi: czy można sprawić, żeby popkultura nie kształtowała ludzi, którym wirtual miesza się z realem. Ja nie znam na nie odpowiedzi.
