Czego przestraszyli się Niemcy? „Smoleńsk” i tak zostanie tam pokazany

mat. pras.

Waldemar Maszewski (korespondencja z Hamburga)

Kontakt z autorem

Rzecznik prasowy polskiej ambasady w Berlinie Jacek Biegała w rozmowie z portalem niezależna.pl zapewnił, że film „Smoleńsk” – mimo chwilowych kłopotów z dystrybucją – na pewno zostanie pokazany w Niemczech, m.in. w Berlinie, Monachium czy Hamburgu. Argumenty kina, które odmówiło pokazania filmu są niespójne i nielogiczne. Polonia jest oburzona faktem stosowania cenzury nie tylko w mainstreamowych mediach, ale także w szeroko pojętej niemieckiej kulturze.

Zupełnie nieoczekiwanie dyrekcja berlińskiego kina Delphi odwołała premierę filmu w reżyserii Antoniego Krauze „Smoleńsk”. Kierownictwo kina w piśmie do ambasady RP stwierdza, że film jest tak kontrowersyjny, iż ze względów bezpieczeństwa i dla ochrony gości oraz obiektu rezygnuje z pokazu. W rozmowie z nami rzecznik prasowy polskiej placówki Jacek Biegała potwierdził, że decyzja kina bardzo organizatorów – pokaz organizowała ambasada RP pod przewodnictwem ambasadora Andrzeja Przyłębskiego – zaskoczyła.

Pismo podpisane przez dyrektora kina Delphi o wycofaniu się z pokazu polskiego filmu „Smoleńsk” do nas dotarło w czwartek wieczorem, więc niewiele nam pozostało czasu, aby jeszcze w ten weekend załatwić na sto procent pokaz w innym berlińskim kinie. Jednak nie mamy zamiaru załamywać rąk i robimy wszystko, aby uroczysty pokaz filmu jednak odbył się w wyznaczonym na 7 listopada terminie. Mamy na uwadze kilka alternatywnych wyjść z tej niezbyt ciekawej sytuacji 

– mówi nam Biegała.

Portalowi niezalezna.pl udało się dowiedzieć, że jeszcze w poniedziałek będą prowadzone rozmowy polskich dyplomatów z dyrekcją kina Delphi, ale równolegle realizowana jest także druga opcja, czyli pokaz filmu w innym kinie, które znajduje się w niewielkiej odległości od Delphi.

– Jeszcze w poniedziałek będziemy rozmawiać z przedstawicielami kina Delphi – zaznacza w rozmowie z nami rzecznik polskiej ambasady. – Będziemy próbowali ich przekonać, że zastrzeżenia opisane w piśmie do nas i podane, jako powód wycofania się z umowy są nieprawdziwe, a pokaz dotyczyłby przecież tylko filmu fabularnego. Polska strona nie widzi problemu związanych z podniesieniem przez kino ewentualnym zagrożeniem bezpieczeństwa – dodał polski dyplomata.

Natomiast przedstawiciele hamburskiej Polonii, z którymi rozmawialiśmy, nie kryją oburzenia zastosowaniem wobec filmu „Smoleńsk” tak bezczelnej cenzury. Anna Halves z Klubu „Gazety Polskiej” Hamburg-Stadt w rozmowie z niezalezna.pl stwierdziła, że do tej pory nie słyszała, aby jakieś niemieckie kino z tak wydumanych powodów odmówiło pokazu premierowego filmu fabularnego.

Czego tak boją się Niemcy, że nawet w ogólnie pojętej kulturze masowej stosują cenzurę? – pyta Halves i dodaje: – A może niemiecki autor Jürgen Roth w najnowszej książce jednak opisał prawdę, skoro temat ten wzbudza w Niemczech tyle już nawet nie emocji, a zwykłego strachu. Dlaczego komuś przeszkadza film Antoniego Krauze, a może ktoś nagle zdał sobie sprawę, że dociekanie i  dążenie do prawdy i rzetelne działanie śledcze może znacznie przybliżyć faktyczne przyczyny katastrofy, które będą raczej niekorzystne dla całego liberalnego establishmentu, a nawet mogą okazać się obciążeniem dla poprzedniej polskiej władzy – podkreśla.

Janusz Nowak, także z Hamburga, dodaje, że dziwnym i niezrozumiałym staje się fakt tak ostrej cenzury wobec polskiego filmu fabularnego. – Wyraźnie widać, że ludzie odpowiedzialni w Niemczech za masową kulturę, w tym wypadku kino, nie chcą, aby tutejszy widz dowiedział się o innej wersji katastrofy smoleńskiej niż ta propagandowa, przedstawiana w niemieckich mediach. Ciekawe, kto się boi prawdy o katastrofie w Smoleńsku. Kino woli zakazać projekcji, aby później ewentualnie nie tłumaczyć się przed swoimi jakimiś mocodawcami – powiedział nam Nowak jednocześnie zadając pytanie: – Czy tak właśnie ma wyglądać kulturalna współpraca polsko-niemiecka, o której się tak głośno mówi? Czy przyjaźń z Niemcami ma się odbywać tylko na zasadach uznanych przez stronę niemiecką za poprawną? A może to Berlin powinien decydować o polskiej polityce, polskiej gospodarce, no i o polskiej kulturze?

Także Jacek Biegała jest zdania, że powód podany przez dyrekcję kina, który posłużył do odwołania premiery, jest raczej pretekstem. – Wszystko wskazuje raczej na to, iż do kina wpłynęły jakieś pisma lub coś w tym rodzaju ostrzegające przed filmem i być może to był faktyczny powód odwołania premiery polskiego filmu – powiedział nam rzecznik ambasady. Oczywiście nie ma dowodów na takie działania, ale dość liczne wpisy w internecie po informacjach o odwołaniu premiery „Smoleńska” autorstwa osób raczej przeciwnych Prawu i Sprawiedliwości, sugerują, iż tak właśnie mogło być. Zwolennicy PO oraz KOD nie kryją zadowolenia z takiego obrotu rzeczy.

Berliński dziennik „Tagesspiegel”, który informuje o wycofaniu się kina z pokazu filmu z wyraźną satysfakcją podkreśla, że „ledwo ambasador Polski w Niemczech Andrzej Przyłębski zdołał wydrukować i rozesłać 800 zaproszeń na uroczysty pokaz filmu „Smoleńsk” w berlińskim kinie Delphi, a już zaproszenia te stały się makulaturą”. Informacje z ochotę powiela rządowe Deutsche Welle oraz inne niemieckie media.

Warto przypomnieć, że niemieckie media nigdy nie chciały poznać prawdy o katastrofie w Smoleńsku. Dziesiątki niemieckich komentarzy i artykułów na ten temat zawsze powielało kłamstwa pochodzące z raportów Anodiny i Millera. Już w pierwszych minutach po tragedii niemieckie media informowały, że winni katastrofy są niedoświadczeni piloci, później w eter poszła wiadomość, że do lądowania zmuszał ich pijany generał, a wszystkiemu winny był prezydent Lech Kaczyński. Jakiekolwiek zmiany takiej wersji wzbudza wśród Niemców zwykły i powszechny strach.
Źródło: niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze
Największy naród bez państwa zakończył…

Największy naród bez państwa zakończył…

Uczciwi znalazcy. Tysiące złotych wróciły…

Uczciwi znalazcy. Tysiące złotych wróciły…

Podczas próby ujęcia chciał potrącić…

Podczas próby ujęcia chciał potrącić…

Zwolnienie dyscyplinarne za czytanie „Mein…

Zwolnienie dyscyplinarne za czytanie „Mein…

Arkadiusz Milik już po operacji

Arkadiusz Milik już po operacji

Piotr Lisiewicz: bez przełomu, zmiany niewielkie i co gorsza wymuszone na prezydencie

fot. Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

Piotr Lisiewicz

Szef działu „Kraj” w tygodniku „Gazeta Polska”. Na jej łamach publikuje m.in. całostronicowe felietony o charakterze satyry politycznej.

Kontakt z autorem

Te negocjacje to był nieładny obrazek. Oto Jarosław Kaczyński negocjuje z prezydentem, żeby ten łaskawie zgodził się na zmiany w wymiarze sprawiedliwości. Prezes PiS naciska, prezydent stawia opór, w końcu negocjują kompromis, który my, wyborcy PiS i Dudy, mamy przyjąć. Ale przecież nie po to wybieraliśmy Dudę na prezydenta. Wybieraliśmy go po to, żeby jako polityk młody, dynamiczny, rozumiejący nowe narzędzia komunikowania, nadał zmianom nowe tempo, może nawet przeprowadził je głębiej i bardziej zdecydowanie od starszych – Kaczyńskiego czy Macierewicza.

Tymczasem po raz kolejny okazuje się, że to Kaczyński i Macierewicz są „młodzi”, a Duda zachowuje się nie jak prezydent wspierany w kampanii przez młodzież w koszulkach „Red is bad”, a jak wychowanek Unii Wolności, który wprawdzie zmienił poglądy polityczne, ale mentalnie tkwi na poziomie tamtego myślenia o polityce jako małych grach o własny wizerunek i sfery wpływów.

Grach, w których w imię własnego interesu zawiera się kompromisy z silnymi, nawet jeśli owi silni to postkomuna. A nie jak mąż stanu, myślący w kategoriach interesu Narodu.

Polska znowu trochę nowa, a trochę postkomunistyczna

Do konkretów. W wyniku polityki „grubej kreski” stan wymiaru sprawiedliwości jest dziś koszmarny. I co gorsza, nie ma żadnego idealnego wyjścia z tej sytuacji. Rewolucja kadrowa, którą przewidywały projekty ustaw przygotowane przez młodego wiceministra sprawiedliwości Marcina Warchoła, notabene autora świetnego przemówienia na majowym kongresie prawników, to było najlepsze z możliwych niedoskonałych rozwiązań. Zakładała ona rozbicie dwóch newralgicznych ośrodków, najsilniejszych bastionów postkomunistycznego.

Pierwszy to koszmarny Sąd Najwyższy, w którym ukoronowanie swoich karier znaleźli sędziowie zaczynający – statystycznie rzecz biorąc – swoją pracę w sądach w stanie wojennym. Trudno wyobrazić sobie gorszą sytuację niż ta, w której najważniejszy i najsilniejszy sąd jest jednocześnie najbardziej zdegenerowany.

Według reformy zawetowanej przez prezydenta, skład SN miał zostać zasadniczo zmieniony, tylko niektórzy sędziowie mieli dostać propozycję pozostania w nim. Według reformy zaproponowanej teraz przez prezydenta Dudę, wymieniona zostanie tylko niewielka część jego składu.

Drugim takim ośrodkiem jest Krajowa Rada Sądownictwa, odpowiedzialna za reprodukowanie układu, wprowadzona – jak przypomniał niedawno Jarosław Kaczyński - zaraz po „okrągłym stole”, jeszcze przez komunistyczny parlament po to, żeby nie można było dokonać zmian w sądownictwie.

Zawetowana przez prezydenta reforma przewidywała, że obóz niepodległościowy może rozbić tę sitwę. Nowa reforma prezydenta wymusza uzgodnienie jej składu z częścią „ubekistanu”. Być może w przyszłości wybór członków KRS 3/5 głosów mógłby być do przyjęcia. Ale dopiero po rozbiciu postkomunistycznej sitwy.

Teraz zamiast tego będziemy mieli z typowym dla III RP od 1989 r. rozmyciem zmian. Polska znowu ma być trochę nowa, a trochę postkomunistyczna. Znamy to na pamięć i do bólu.

Sędziowie dostali sygnał, że będzie jak było

To, co obserwujemy, to bardzo zły sygnał dla samych sędziów. „Wierchuszka” korporacji sędziowskiej, która protestowała przeciwko reformom PiS w czasie protestacyjnych kongresów, to mniej więcej 10 proc. środowiska. Od tego „betonu”, który będzie bronił postkomuny za wszelką cenę, więcej jest jednak sędziów konformistów, którzy skłonni są zgodzić się na pewne zmiany, byle sami nie musieli się wychylać.

Dla nich najpierw fatalne prezydenckie weta, a teraz zapowiedź, że na samej górze zmiany kadrowe nie będą głębokie, to jasna wskazówka: będzie tak jak było, trzeba się słuchać się tych, co rządzili korporacją dotychczas i potulnie podpisywać listy w obronie odwoływanych prezesów, nawet jeśli prywatnie mamy złe zdanie na temat ich uczciwości i kompetencji. Bo to oni nadal będą decydować o naszych dalszych karierach. W ten sposób, paradoksalnie, prezydent utrudnił wielu z nich przejście na dobrą stronę mocy.

W projekcie są dobre propozycje, ale nie chce mi się o nich pisać, bo one nie zmieniają zasadniczo systemu.

Prezydent chce więcej władzy. Ale po co?

Prezydent prosi PiS o więcej władzy dla siebie. Gdyby poprosił o to jeszcze pół roku temu, przyjęlibyśmy to ze zrozumieniem. Ale wetując reformę wymiaru sprawiedliwości oraz blokując zmiany w armii prezydent podważył zaufanie do siebie u zdecydowanej większości najbardziej oddanych sobie wyborców, którzy bezinteresownie pracowali na rzecz jego prezydentury. Teraz więcej zadajemy sobie pytanie: więcej władzy? A po co? Po to, żeby prezydent używał jej do rozmywania zmian? Żeby robił ustępstwa wobec obrońców status quo, bo urządzili widowisko ze zniczami?

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Największy naród bez państwa zakończył referendum

/ Kurdishstruggle \ CC BY 2.0

Olga Alehno

Szefowa działu „świat” w „Gazecie Polskiej Codziennie”. W tygodniku „Gazeta Polska” kieruje działem „Światowa prasa o Polsce”.

Kontakt z autorem

Frekwencja w dzisiejszym referendum niepodległościowym w irackim Kurdystanie sięga 76 proc. Lokale wyborcze były otwarte o godzinę dłużej niż planowano, czyli do godziny 19 czasu lokalnego (godz. 18 w Polsce) - podał Reuters.

Reuters powołuje się na Niezależną Wysoką Komisję ds. Wyborów i Referendum w Kurdystanie (IHERC), która zorganizowała plebiscyt.

Referendum rozpoczęło się o godzinie 7 rano czasu lokalnego. Od 23 września trwa też głosowanie drogą elektroniczną, które ma umożliwić oddanie głosów licznej diasporze kurdyjskiej.

Na kartach do głosowania umieszczone zostało jedno pytanie, napisane w czterech językach używanych na obszarze głosowania: kurdyjskim, arabskim, asyryjskim i turkmeńskim. Brzmi ono: „Czy chcesz by Region Kurdystanu oraz kurdyjskie tereny poza administracją Regionu, stały się niepodległym państwem?”.

Referendum zorganizowano w czterech prowincjach, tworzących Region Kurdystanu w Iraku (Irbil, As-Sulajmanijja, Dahuk, Halabdża) oraz w części czterech innych prowincji, tj. w Sindżarze i Równinie Niniwa w prowincji Niniwa, niemal całej prowincji Kirkuk (poza dystryktem Hawidża), dystrykcie Tuz Churmatu w prowincji Salah ad-Din oraz w dystryktach Chanakin i Kifri, a także w mieście Mandali w prowincji Dijala. Głosowanie poza Regionem Kurdystanu wywołuje szczególny sprzeciw władz centralnych w Bagdadzie.

Według informacji podanych przez władze Regionu Kurdystanu na wybory miało przybyć ponad 130 obserwatorów międzynarodowych, a także akredytowało się około 120 dziennikarzy zagranicznych.

 

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl