Rządowy prezent dla rosyjskiej mafii. Państwo straci miliardy, a zarobią przemytnicy

Tomasz Adamowicz/Gazeta Polska

Grzegorz Wierzchołowski

Współzałożyciel portalu niezależna.pl, którego jest redaktorem naczelnym. Publikuje również w tygodniku „Gazeta Polska”, dzienniku „Gazeta Polska Codziennie” i miesięczniku „Nowe Państwo”.

Kontakt z autorem

Rząd Ewy Kopacz, wbrew własnym planom, drastycznie ograniczył rozbudowę systemu viaTOLL, który przynosi państwu ogromne dochody. Na decyzji tej ucierpią niemal wszyscy: podatnicy, wykonawcy systemu, budżet i bezpieczeństwo narodowe. Beneficjent będzie jeden: rosyjska mafia przemytnicza i stojące za nią służby - pisze w najnowszym numerze „Gazeta Polska”.

Krajowy System Poboru Opłat viaTOLL to elektroniczny system pobierania opłat za przejazd drogami krajowymi, który działa jak na razie na wybranych odcinkach. Ogromne wpływy z niego zasilają Krajowy Fundusz Drogowy, będący jednym z głównych źródeł finansowania budowy dróg w Polsce.

Elektroniczny system poboru opłat to z pewnością najsprawiedliwsze i najwygodniejsze dla kierowców rozwiązanie. Po pierwsze, płacą ci, którzy naprawdę korzystają z dróg („darmowe” drogi to oczywiście mit, bo i tak trzeba je utrzymywać z budżetu). Po drugie, opłaty pobierane są automatycznie podczas przejazdu obok bramownic – nie trzeba zatrzymywać się przy bramkach, w związku z tym nie tworzą się korki. Podobny system z powodzeniem funkcjonuje w Czechach i Austrii, a częściowo również we Francji, Szwajcarii, Holandii i Wielkiej Brytanii.

Sieć bramownic służących do elektronicznego poboru opłat ma też duże znaczenie dla bezpieczeństwa państwa. Korzystają z niego policja oraz służby specjalne, m.in. CBA, ABW i CBŚ. Komuś jednak najwidoczniej zależało, by ta sytuacja się zmieniła.

Stracimy 10 miliardów?

W marcu 2015 r. minister infrastruktury i rozwoju Maria Wasiak zadecydowała niespodziewanie, że rozbudowa viaTOLL zostanie ograniczona, a wprowadzenie całościowego elektronicznego systemu poboru opłat zostanie przesunięte dopiero na rok... 2018, gdyż konieczne jest rzekomo zbudowanie od podstaw nowego systemu. To decyzja niezrozumiała ekonomicznie, bo pozbawia budżet gigantycznych środków i skazuje kierowców na stanie w korkach przed bramkami na autostradach. Informując o stanowisku minister Wasiak, Polska Agencja Prasowa pisała:

„Kolejne lata korków – to według Adriana Furgalskiego z Zespołu Doradców »Tor« efekt najnowszych planów minister infrastruktury Marii Wasiak. [...] Część ekspertów wskazuje, że czekając ze zmianami do 2018 r., państwo straci wielomilionowe zyski z poboru opłat”.


Słowo „wielomilionowe” powinno zostać raczej zastąpione przymiotnikiem „wielomiliardowe”. ViaTOLL funkcjonuje bowiem od 2011 r., a wpływy z poboru opłat – przekazywane bezpośrednio do Krajowego Funduszu Drogowego – wyniosły dotychczas ponad 5 mld zł, i to przy stosunkowo niewielkim rozbudowaniu systemu. Co więcej, koszty jego wdrożenia zwróciły się po zaledwie 18 miesiącach, co jest ewenementem na skalę światową wśród projektów infrastrukturalnych.

Zgodnie z pierwotnymi założeniami viaTOLL miał być systematycznie rozbudowywany aż do końca 2018 r., a szacowane przychody z systemu miały do tego czasu wynieść (według Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad) aż 20 mld zł. Ale teraz – przy zmodyfikowanym tempie prac, gdy z niewiadomych przyczyn rozbudowa systemu została drastycznie ograniczona – całościowe przychody z systemu mogą do końca 2018 r. nie przekroczyć 10 mld zł. Oznacza to, że rząd, zwykle tak łakomy na pieniądze podatników, rezygnuje z łatwego pozyskania 10 mld zł!

– To zarzynanie kury znoszącej złote jajka, zwłaszcza że koszt dostosowania systemu viaTOLL, tak aby elektronicznie pobierał opłaty na wszystkich autostradach w Polsce, także tych koncesyjnych, to nie więcej niż 20 mln zł. Najważniejsze wydatki na infrastrukturę, około miliarda złotych, zostały już przecież poniesione

– mówi „GP” osoba powiązana z Ministerstwem Infrastruktury i Rozwoju.

Jerzy Polaczek, były minister transportu w rządzie PiS, uważa, że działania rządu Ewy Kopacz w tej sprawie są karygodne. – Brak ujednoliconego systemu poboru opłat powoduje m.in. zwiększenie kolejek przy bramkach wjazdowych na autostrady. Tymczasem rząd, zamiast nadrobić te zaniedbania, woli rozwiązywać problem weekendowych korków w wakacje poprzez otwieranie bramek. A taka operacja na jednej tylko autostradzie w trakcie wszystich weekendów kosztowała w tym roku aż 50 mln zł – podkreśla.

Skorzysta rosyjska mafia

Prawdziwym wyjaśnieniem niezrozumiałej pozornie decyzji rządu może być kwestia, na którą zwraca uwagę rozmówca „GP” z Centralnego Biura Śledczego.

– Z viaTOLL korzystają służby: CBA, ABW i oczywiście CBŚ. Informacje pozyskiwane z bramownic systemu służyły już do wykrywania poważnych prób przemytu oraz do odnajdywania sprawców przestępstw. Można by jednak zrobić dużo więcej. Proszę spojrzeć na mapę dróg objętych viaTOLL i zastanowić się, komu zależy na tym, by pewne odcinki pozostały poza kontrolą

– mówi.

I faktycznie: w oczy rzuca się, że poza systemem viaTOLL z niewiadomych względów pozostaje praktycznie cała „ściana wschodnia”. A na drodze krajowej nr 92, równoległej do autostrady A2, bramownice stoją tylko na odcinku z Warszawy do Poznania. Potem, z Poznania aż do granicy z Niemcami, systemu nie ma. W 2014 r. „Dziennik” pisał: „Dlaczego akurat ten wjazd do Polski nie jest wciągnięty do viaTOLL – tego nikt nie wie. Szacowane wpływy z tego odcinka to 7,6 mln zł miesięcznie”. Podobnie jest w okolicy niemal wszystkich przejść granicznych. Bezledy, Gołdap, Kuźnica, Terespol, Dorohusk, Hrebenne, Medyka, Świecko – tu systemu viaTOLL, który wydatnie pomógłby walczyć z przemytnikami, nie ma.

Informacje o wykorzystywaniu bramownic viaTOLL przez policję i służby specjalne potwierdza operator systemu. – Do dziś mieliśmy ponad 4,6 tys. zapytań od różnego rodzaju służb. Otrzymaliśmy także wiele podziękowań, w tym od policji, za pomoc w udaremnieniu przemytu papierosów na bardzo dużą skalę – mówi „GP” rzecznik systemu viaTOLL Dorota Prochowicz. Jak odbywa się ta współpraca? – Standardowa procedura w wypadku zapytań od policji lub innych służb wygląda następująco: prośby o informacje o przejazdach bądź o dane osobowe kierowane są przez służby do GDDKiA jako właściciela systemu i administratora danych osobowych, która to z kolei zleca nam wyszukanie i udostępnienie potrzebnych informacji – wyjaśnia Dorota Prochowicz.

Jak widać, pobieranie informacji przez służby jest u nas dość skomplikowane. Tymczasem w ramach istniejącego systemu można by praktycznie bezkosztowo podłączyć policję oraz inne instytucje do viaTOLL i umożliwić im bezpośrednie „zasysanie” potrzebnych informacji z systemu – tak jak w Austrii i Czechach. Umożliwiłoby to i tańszą, i skuteczniejszą walkę z przestępcami. Niestety, nikt w rządzie na to nie wpadł albo wpaść nie chciał.

Tymczasem przemyt przez polskie granice kwitnie. Chodzi tu zarówno o narkotyki i paliwo, jak i o alkohol oraz wyroby tytoniowe. Tylko w 2014 r. wykryto ok. 108 tys. przypadków przemytu papierosów przez naszą granicę – to wzrost o ok. 25 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Kilka miesięcy temu Polskie Radio informowało, że np. w województwie warmińsko-mazurskim udział nielegalnych papierosów w obrocie zwiększył się w ostatnim roku z 36 do prawie 60 proc.! Podano też, że ponad 80 proc. nielegalnych wyrobów tytoniowych w Polsce zostało przemyconych z Rosji, Ukrainy i Białorusi.

Korzystając z „kryszy”

Przemytnicy chwytają się rozmaitych metod, by przewieźć towar przez granicę. Jeśli chodzi o papierosy, najbardziej popularnym ostatnio sposobem jest ukrywanie ich w kołach samochodów. Pod koniec września na przejściu w Gronowie zatrzymano Rosjanina, który przewoził w ten sposób 1500 paczek. Biznes jest bardzo intratny, a straty dla budżetu idą rocznie w setki milionów złotych – gdy trzy lata temu policja rozbiła międzynarodową grupę przestępczą przemycającą papierosy z Rosji, wyliczono, że państwo straciło w wyniku jej działania 10 mln zł.

Wokół nielegalnego biznesu produkcji i przemytu papierosów pojawiają się znane nazwiska ludzi związanych z obecnym obozem władzy. W marcu 2015 r. w Belsku pod Grójcem – w siedzibie firmy Luxor – wykryto największą nielegalną fabrykę papierosów w Europie. Portal Kulisy24.com opisuje, co działo się w trakcie akcji: „Do Belska, zaraz po wejściu straży granicznej, przyjeżdża mecenas Roman Giertych, pełnomocnik firmy Luxor, polityczny komentator i dziś kandydat na senatora. [...] Na miejscu adwokat Giertych walczy jak lew, by pogranicznicy nie weszli do domu znajdującego się na tej samej posesji. Próbuje przekonywać, iż prokuratorski nakaz dotyczy tylko miejsca, gdzie produkowane są papierosy. Funkcjonariusze nie chcą ustąpić. W prokuratorskim nakazie stoi, że mają przeszukać całą posesję, a więc również dom, który się na niej znajduje. W końcu wchodzą i tam. Znajdują 33 miliony złotych w gotówce”. Giertych, zapytany przez Kulisy24.com o stosunek do kwestii nielegalnego obrotu papierosami, w który zaangażowane są międzynarodowe grupy przestępcze, nie odpowiedział.

Tajemnicą poliszynela jest, że mafie zajmujące się po naszej wschodniej granicy produkcją i przemytem papierosów, alkoholu, paliwa oraz narkotyków działają pod opieką rosyjskich służb specjalnych. W amerykańskich depeszach ujawnionych przez WikiLeaks dyplomaci mówią jasno: niemal cała przestępczość zorganizowana w Rosji korzysta z „kryszy”, czyli osłony FSB i policji. W zamian za to musi dzielić się ze służbami zyskiem z mafijnej działalności. Profity czerpane z kontrabandy przez polską granicę, to zatem dla rosyjskich specsłużb i powiązanych z nim ludzi ważne źródło dochodu. Jeżeli roczne straty budżetu państwa polskiego z tytułu przemytu samych tylko wyrobów tytoniowych wynoszą aż 4,6 mld zł, łatwo sobie wyobrazić, ile zarabiają przemytnicy na kontrabandzie wszystkich towarów – i jak ogromne zyski oznacza to dla „kryszy”, a więc rosyjskich służb specjalnych.

Skalę tego zjawiska z pewnością można by ograniczyć za pomocą systemu viaTOLL, zwłaszcza że po doposażeniu bramownic w odpowiednie urządzenia można by kluczowe odcinki dróg kontrolować za pomocą punktów tzw. dynamicznego pomiaru masy. Punkty te służą przede wszystkim do kontroli ciężaru przejeżdżających pojazdów, więc mogłyby w znacznym stopniu wyeliminować problem przeładowanych, przeciążonych aut – co korzystnie wpłynęłoby na bezpieczeństwo ruchu i stan dróg. Ale byłyby one również nieocenionym narzędziem do walki z przemytem; po ich zainstalowaniu informacja o pojeździe, który wiezie podejrzanie ciężki ładunek (choć na przejściu granicznym jego kierowca deklarował wwóz znacznie lżejszego towaru), natychmiast trafiałaby do właściwych służb.

Jak sprawdziła „GP”, w 2012 r. GDDKiA zapowiadała, że w ciągu kolejnych trzech lat powstanie 300 punktów dynamicznego pomiaru masy. Obecnie rok 2015 dobiega końca i nie powstał ani jeden! Co więcej, przez ten czas nie wprowadzono nawet zapisów, które umożliwiłyby służbom wykorzystywanie punktów pomiaru do walki z przestępczością. Dlaczego? Zapewne z tych samych powodów, dla których rozbudowa systemu viaTOLL, wbrew planom i zdrowemu rozsądkowi, stanęła w miejscu.
 
Źródło: Gazeta Polska

Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze
Pomnik generała Sosabowskiego odsłonięty w…

Pomnik generała Sosabowskiego odsłonięty w…

Demonstracja przeciw reformie Macrona

Demonstracja przeciw reformie Macrona

Tysiące rezerwacji na wystawę Caravaggia

Tysiące rezerwacji na wystawę Caravaggia

"Anglicy od nas uczyli się…

"Anglicy od nas uczyli się…

Już ponad 150 interwencji straży pożarnej

Już ponad 150 interwencji straży pożarnej

Narodowy Kongres Trzeźwości: Zakazać reklamy alkoholu

/ LauritaM/pixabay.com

Całkowita abstynencja kobiet w ciąży, wychowanie oraz edukacja dzieci i młodzieży w kulturze trzeźwości, a także zakaz reklamy napojów alkoholowych podobny do tego, który od lat obowiązuje w Polsce w przypadku wyrobów tytoniowych i cieszy się poparciem społecznym – to główne punkty przesłania Narodowego Kongresu Trzeźwości.

Uczestnicy kongresu podkreślają, że jest on szansą na przebudzenie społeczeństwa do aktywnej i wytrwałej troski o trzeźwość własną i swoich bliskich. Szczególna uwaga została zwrócona na konieczność abstynencji kobiet w ciąży, w przypadku których spożycie nawet niewielkiej ilości alkoholu może powodować poważne konsekwencje zdrowotne dla dziecka.

W przesłaniu zwrócono uwagę, że w myśl hasła kongresu: „Ku trzeźwości Narodu. Odpowiedzialność rodziny, Kościoła, państwa i samorządu”, każda z tych instytucji powinna rzetelnie wypełniać swoje zdania w zakresie promocji odpowiedzialności i umiarkowania w spożywaniu napojów alkoholowych.

Prosimy zwłaszcza o wzmożoną modlitwę o trzeźwość, a także aktywizację grup i środowisk troszczących się o wychowanie dzieci i młodzieży w abstynencji, o porzucenie pijaństwa oraz o duchowe wspieranie osób wychodzących z alkoholizmu i ich współcierpiących rodzin

– zaapelowali uczestnicy kongresu. 

Prosimy wszystkich ludzi dobrej woli – których nie brakuje w naszej Ojczyźnie – aby pamiętali, że jednym z najważniejszych obecnie przejawów miłości bliźniego jest troska o wychowanie w abstynencji młodego pokolenia oraz troska o skarb trzeźwości w odniesieniu do ludzi dorosłych

– podkreślili.

Chcą także, by reklama napojów alkoholowych była zakazana, tak jak w przypadku wyrobów tytoniowych, co doprowadziło do spadku liczby palaczy w Polsce promocji zdrowego trybu życia. 

Reklama napojów alkoholowych, a zwłaszcza ta, która złudnie łączy spożywanie napojów alkoholowych ze zdrowiem, sportem, szczęściem, czy „radosnym byciem razem”, to w rzeczywistości rodzaj toksycznej ideologii, która jest niedopuszczalna i powinna być zakazana, podobnie jak jest zakazana reklama wyrobów tytoniowych

– czytamy w kongresowym przesłaniu.

Uczestniczy kongresu podkreślają, że trzeźwość jest gwarancją miłości, szczęścia, rozwoju i dobrej przyszłości. Zaznaczają również, że „od krzewienia trzeźwości zależeć będzie przyszłość ojczyzny oraz wszystkie ambitne plany społeczno-gospodarcze, ponieważ straty z tytułu nadużywania alkoholu znacznie przewyższają zyski z jego sprzedaży”.

Źródło: episkopat.pl, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Niemcy na ostatniej prostej przed głosowaniem. W decyzji wyborcom ma pomóc pewne urządzenie

Niemcy, Berlin, szyld niemieckiego Bundestagu; Jan Naj / Gazeta Polska

Michael, lat 45, przedsiębiorca z Berlina, interesuje się polityką raz na cztery lata, każdorazowo przed wyborami do Bundestagu. Debata telewizyjna między Angelą Merkel a Martinem Schulzem miała mu pomóc w podjęciu decyzji, na kogo zagłosować. Nie pomogła. Przejrzał spoty wyborcze, zerknął na programy i wciąż ma pustkę w głowie. Cała nadzieja w Wahl-o-Macie („wyboromacie”), internetowej wyroczni dla niezdecydowanych ułatwiającej diagnozę preferencji wyborczych.

Szacuje się, że od 2002 r., czyli premiery wyboromatu, z jego podpowiedzi skorzystano w Niemczech ok. 50 mln razy. Michael i w tym roku mu zaufa. Nie on jeden. Sprawa jest prosta. Trzeba odpowiedzieć na 38 pytań, program analizuje odpowiedzi i porównuje ich zgodność z programami partii. Jak ktoś ma fantazję, to może porównać swoje wyniki nie tylko z tezami CDU, SPD etc., ale nawet z założeniami Partii Wegan i Wegetarian czy Hiphopowców.

Zrobiłam test wyboromatem i wyszło, że w 45 proc. moje poglądy pokrywają się z programem SPD, a w 35 proc. z AfD. I bądź tu, człowieku, mądry! Do jednych i drugich ideowo mi daleko, ale internet wie swoje

– żartuje Corina (42 lata), kelnerka z Berlina. Kogo wybierze?

Pewnie Zielonych, oni lubią zwierzęta, ja lubię zwierzęta, dogadamy się

– kończy ze śmiechem. Czyli Corina już wie, ale 40 proc. Niemców jeszcze na tydzień przed wyborami nie było pewnych, gdzie postawią krzyżyk. Ta grupa stanowi dla sondażowni, ale przede wszystkich polityków, spory znak zapytania.

Martin jest cool

Tradycyjnie w kampanii wyborczej każda partia stara się pokazać od jak najlepszej strony. Kandydat SPD na kanclerza postawił na bliski kontakt z potencjalnymi wyborcami. Jeżeli wszystko poszło zgodnie z planem, to Schulz jeszcze dzień przed wyborami będzie sobie robił selfie z mieszkańcami Aachen. Martin Schulz to w sumie najtragiczniejsza postać tych wyborów. Eurokrata wrzucony na głęboką wodę przez Sigmara Gabriela (to on miał początkowo stawić czoła Angeli Merkel, ale sprytnie zmienił zdanie), ewidentnie zagubiony w meandrach polityki krajowej, starający się na siłę wszystkich przekonać, że dzisiejsze SPD to nie ta sama partia, która wylansowała Agendę 2010. Program znienawidzony do dziś przez miliony Niemców za znaczne cięcia socjalne i wprowadzenie m.in. niesławnego Hartz IV. Usłyszeć teraz od Schulza „Więcej sprawiedliwości” to dla wielu tych ludzi czysta abstrakcja. Szczególnie że mówi to człowiek uznawany za jednego z najzamożniejszych, co dla różowych wyborców nie jest bez znaczenia.

Schulz, co trzeba mu oddać, prowadził w czasie tej kampanii najweselszy profil na Twitterze. Potrafił wrzucić filmik, jak ogrywa w piłkę nożną damską drużynę na stadionie w Kolonii, i opisać to wydarzenie hasłem: „Kobiety nie potrafią kopać? Co za głupota. Skończmy ze skandalem nierównych płac!”. Pod filmem błyskawicznie pojawiły się komentarze rozbawionych internautów. „Jestem za równouprawnieniem, ale piłka nożna to najgorszy przykład, jaki tu można było podać“, „Czuję się dyskryminowana. Tylko dlatego, że mam 50 lat, nie uprawiam sportu i jestem kobietą ze znaczną nadwagą, zarabiam mniej niż Podolski”.

Podobnie było, gdy Schulz wstawił zdjęcie z wiecu wyborczego, gdzie na podium przy mównicy widać małego psa w… czerwonej sportowej kurteczce. Internauci byli bezlitośni – żartowali, że na kurtce zamiast białego logo firmy odzieżowej powinno być „SPD”. Jeszcze więcej emocji wzbudził
tweet Schulza sprzed dwóch tygodni, w którym alarmuje: „Spirala zbrojeń à la Trump czy wizja przyszłości z SPD – mamy wybór. Podkreśliłem to [podczas wieców] w Ludwigshafen i Böblingen”. „Aha, czyli Trump startuje teraz w Ludwigshafen i Böblingen, już jadę” – skomentował jeden z internautów. „Rosja się zbroi i prowadzi manewry, a pan mówi o rozbrojeniu?” – denerwował się inny. „Panie Schulz, od dziesięcioleci żyje pan pod parasolem USA! Coś się panu pomyliło!” – dodał kolejny. I tak dalej.

U kanclerz Merkel próżno szukać takich wpisów, zresztą jej tweety piszą sztabowcy. Nie mają widocznie fantazji byłego szefa PE. Ale i jego pomysły w końcu się wyczerpują. Zamiast więc nadal inwestować całą energię w tweetowanie z kolejnych wieców, nagrał filmik z młodymi artystami, którzy opowiedzieli, że „Martin jest cool” i żeby na niego głosować. Wsparcie przyszło też ze strony kilku aktorów i aktorek, w tym popularnej w Niemczech Iris Berben. Może to Schulzowi pomoże, a może zaszkodzi. Faktem jest natomiast, że na cztery dni przed wyborami show i tak skradł mu Gerhard Schröder, który po latach pełnych dyskrecji w końcu pokazał się na łamach prasy kolorowej ze swoją koreańską narzeczoną. I cały elektorat SPD już o niczym innym nie chciał słyszeć. Na pewno nie o „potrzebie większej sprawiedliwości”. To już przerabiano za czasów Agendy 2010. A że nie wprowadził jej Schulz, tylko Schöeder… mniejsza z tym. Odpowiada za całokształt. I trudno to w sumie podważyć.

Wielki coming out AfD

Trzecia siła w parlamencie. Tak o AfD mówiono jeszcze w czwartek. Nic dziwnego, że jej liderzy nabrali wiatru w żagle. Kampania wyborcza AfD od początku opierała się na kontrastach. „Oni są za burką [w domyśle rząd], a my za bikini”, „Kanclerz Merkel ściąga imigrantów, a my sami sobie zrobimy nowych Niemców” etc. Spoty jednak to za mało. Czynnik ludzki też się liczy. I jeżeli Angela Merkel może się spotkać z dziećmi, a Schulz ściskać seniorów w domu opieki, to AfD też pokaże, na co ją stać. I tak liderka partii Alice Weidel w końcu przerwała milczenie i przyznała na wiecu wyborczym to, co i tak było tajemnicą poliszynela.

Jestem homoseksualna

– wypaliła Weidel. I aż korciło, by za byłym burmistrzem Berlina Klausem Wowereitem dodać: „I tak jest dobrze”.

Zgromadzeni przyjęli komunikat swojej liderki ze zrozumieniem. Przynajmniej teraz już nikt nie powie, że AfD jest partią wrogą tzw. europejskim wartościom. A pani dr Weidel już bez skrępowania będzie mogła pokazywać się na politycznych salonach ze swoją życiową partnerką ze Sri Lanki. Tak się szachuje przeciwników politycznych. Takiego wrażenia na elektoracie nie zrobiły nawet wagary Schulza.

Ale wróćmy do AfD. Poza dr Weidel szczerością, choć nieco innej natury, wykazał się jeden z czołowych członków AfD, Georg Pazderski, który poparł Gerharda Schrödera w jego krytyce niemieckiej polityki względem Rosji. Schröder zarzucał rządowi federalnemu psucie stosunków z Moskwą poprzez stacjonowanie żołnierzy Bundeswehry na wschodniej flance NATO.

Schröder ma pełną rację

– orzekł Pazderski. Jak widać, były kanclerz nie tylko skradł show Schulzowi, ale i zainspirował Alternatywę. Przynajmniej wiadomo, skąd wieje wiatr i że w ścisłym jądrze AfD putinowska Rosja może liczyć na co najmniej tyle samo sympatii co kobiety w bikini.

Mutti nic już nie musi

Podczas gdy Martin Schulz gorączkowo mobilizuje celebrytów, Zieloni w swoich spotach czarują zdjęciami puchatych zwierzątek, FDP stawia na wysublimowaną grę czerni i bieli i równie wystylizowanego Christiana Lindnera, AfD dokonuje coming outów, a postkomuniści z Linke najzwyczajniej proszą: „idźcie do wyborów”, Angela Merkel spokojnie czeka na swoją czwartą kadencję.

Znacie mnie, wiecie, jaka jestem

– powtarzała wielokrotnie z porozumiewawczym uśmiechem w kampanii wyborczej. Wiedzą, znają. I kupią po raz czwarty.

Źródło: Gazeta Polska Codziennie,

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl