Prokuratura zaprzecza, a Sumliński opowiada o wezwaniu. Przed przesłuchaniem Komorowskiego

Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska

W środę informowaliśmy, że warszawscy prokuratorzy wezwali Wojciecha Sumlińskiego i ograniczyli zakres pytań jakie mógłby zadać prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu podczas przesłuchania przed sądem. Po naszej publikacji otrzymaliśmy pismo z Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, a właściwie żądanie sprostowania, że taka sytuacja nie miała miejsca. Tymczasem Wojciech Sumliński poinformował nas, że podczas wizyty w prokuraturze: "przedstawiono mi kilkustronicowe pismo z zapisem szeregu spraw i wątków, o których mówienie publiczne - jak wskazywała treść pisma - będzie złamaniem tajemnicy państwowej".

- Grożono mi procesem, jeśli odważę się zapytać prezydenta o kwestie kluczowe w procesie. Mogę zapytać prezydenta, tylko o to, jak się nazywa. Mimo tego nie zamierzam odstąpić od pytań, które są najistotniejsze w tym procesie - opowiadał nam Wojciech Sumliński o wezwaniu do Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, przed czwartkową rozprawą z udziałem Bronisława Komorowskiego jako świadka.

Takim zachowaniem prokuratury zdziwiony był m.in. znany prawnik prof. Piotr Kruszyński, który uznał ograniczania zakresu pytań zadawanych świadkowi przez oskarżonego za naruszenie prawo do obrony.

Dopiero w piątek otrzymaliśmy obszerną odpowiedź od przedstawiciela Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie, którego nie tylko oburzyła forma naszych pytań, ale zarzucił nam brak profesjonalizmu, nierzetelność i inne "zbrodnie". Domagał się także zamieszczenia sprostowania, bo...
"(...) obecność Pana Wojciecha S.  w Prokuraturze Apelacyjnej  w Warszawie w dn. 12.12.2014r. nie dotyczyła przebiegu procesu, który toczy się przeciwko niemu oraz Aleksandrowi L. Nie pozostawała w jakimkolwiek związku z  czynnością przesłuchania w charakterze świadka Prezydenta RP Pana Bronisława Komorowskiego" - napisał Mariusz Pieczek z Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. - "Wezwanie (...) spowodowane było wyłącznie koniecznością zapoznania Wojciecha S.  z postanowieniem w przedmiocie dowodów rzeczowych, na które przysługuje mu  zażalenie, a które nie mogło być doręczone z uwagi na niejawny charakter decyzji" - czytamy dalej.

"Zatem, w przedstawionych powyżej okolicznościach, stwierdzenie jakoby Prokuratura w jakikolwiek sposób ograniczała Panu Wojciechowi S. prawo do obrony mija się z prawdą , a w kontekście Pańskiego pytania byłoby oczywiście działaniem bezprawnym, które jednak faktycznie nie wystąpiło, a tym bardziej nie było udziałem żadnego z pracowników tut. Prokuratury" - podkreślał prokurator Pieczek, który dalszą części pisma poświęcił głównie "analizie" naszego warsztatu dziennikarskiego. Czytelnicy niezalezna.pl mogą się domyślić, że ową "analizę" trudno nazwać laurką. Ale prokurator napisał coś jeszcze. Kategorycznie zaprzeczył, aby sytuacja opisana przez Wojciecha Sumlińskiego miała miejsca.

Co na to uczestnik wydarzeń? Wojciech Sumliński poproszony przez nas o komentarz do twierdzeń prokuratury przedstawił szczegółową relację:

Najprzód w mediach pojawiły się całkowicie fałszywe informacje, jakoby Prokuraturze Apelacyjnej zależało na tym, by przesłuchać świadka Bronisława Komorowskiego. Jestem w posiadaniu dokumentów z Prokuratury, które jednoznacznie wskazują, iż jest to kłamstwo i które potwierdzają, że Prokuratura robiła wszystko, by do przesłuchania Prezydenta nie doszło, natomiast ja - wbrew stanowisku Prokuratury - nalegałem i domagałem się, by świadka Bronisława Komorowskiego jednak przesłuchać. Gdy w efekcie zabiegi Prokuratury w tym względzie zakończyły się fiaskiem i gdy okazało się, że Prezydent Bronisław Komorowski, (którego potajemne spotkania z dwoma oficerami służb tajnych były pierwszą przyczyną tej historii) w związku z moim wnioskiem zmuszony będzie do złożenie zeznań w Sądzie, w dniu 1 grudnia br. Prokuratura Apelacyjna złożyła wniosek o wyłączenie jawności rozprawy. Działania Prokuratury - podobnie jak ograniczenie przez Kancelarię Prezydenta do minimum dostępności dla mediów i publiczności uczestnictwa w tej nie mającej precedensu rozprawie – postrzegam, jako chęć ukrycia przed opinią publiczną prawdy niepochlebnej roli Prezydenta RP w tej sprawie oraz w ogóle ukrycia prawdy o całej tej historii.

Gdy także i ten wniosek Prokuratury zakończył się niepowodzeniem, w trybie pilnym zostałem wezwany na dzień 12 grudnia do Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie (pod rygorem przymusowego doprowadzenia) do kancelarii tajnej, gdzie przedstawiono mi kilkustronicowe pismo z zapisem szeregu spraw i wątków, o których mówienie publiczne - jak wskazywała treść pisma - będzie złamaniem tajemnicy państwowej, za co grozi kara pozbawienia wolności. I zapewne tylko przez „przypadek”większościowy zakres rzeczonych spraw i wątków określonych w piśmie dotyczył wprost lub pośrednio Bronisława Komorowskiego.  

W tym kontekście pismo z Prokuratury Apelacyjnej nadesłane do redakcji portalu „Niezależna.pl” traktuję w kategoriach czystej manipulacji. Oczywiście teoretycznie można udowodniać - jak czyni to w swoim piśmie Prokuratura - że zaprezentowanie mi do wglądu ściśle tajnego dokumentu w Prokuraturze Apelacyjnej w kancelarii tajnej w przedstawionym powyżej kontekście i okresie czasowym, było oderwane od opisanych tu zdarzeń, ale teoretycznie można próbować udowodnić wszystko, nawet to, że słoń może wisieć nad przepaścią przywiązany za ogon do stokrotki. Szkopuł w tym, że zrealizowanie takiej teorii w praktyce jest zwyczajnie niemożliwe
- napisał Wojciech Sumliński.

Teraz już wiemy co się wydarzyło. Z niecierpliwością więc czekamy na kolejny mail z Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Bo ten skandal trzeba wyjaśnić!
Źródło: niezalezna.pl

Udostępnij


Wczytuję komentarze...

Bez premii za medale olimpijskie. Norwescy olimpijczycy otrzymają tylko... tort

/ IOC/ CHUNG, Jean/ olympic.org

Rekordowa liczba medali zdobytych przez Norwegię podczas igrzysk w Pjongczangu nie przekłada się na premie dla zawodników, ponieważ tamtejszy komitet olimpijski (NOK) nie przyznaje za takie sukcesy nagród finansowych. Za medale ich zdobywcy otrzymują tylko... tort.

Podobna zasadę ma norweskie ministerstwo kultury i sportu oraz centrum sportu wyczynowego Olympiatoppen, organ podlegający bezpośrednio NOK, zajmujący się rozdziałem pieniędzy na sport wyczynowy oraz przygotowaniem wyjazdów reprezentacji na olimpiady i mistrzostwa świata.

Prezes Olympiatoppen Tore Oevrebo wyjaśnił na antenie telewizji NRK, że „taka jest zasada i jeszcze nie zdarzyło się, aby któryś ze sportowców ją zakwestionował. Medal olimpijski jest ważnym punktem w karierze, który daje konkretne profity finansowe w formie kontraktów sponsorskich”. Wyjaśnił, że system norweskiego sportu polega na finansowaniu początków kariery zawodników.

Zamiast wypłacać premie, wolimy przeznaczać te pieniądze na rozwój młodych talentów – podkreślił.

Oevrebo dodał, że „Olympiatoppen jest organem pomagającym w rozwoju sportu i konkretnych karier zawodników, a nie bankiem”.

Premie za medale olimpijskie i mistrzostw świata wypłacają w Norwegii tylko nieliczne ze związków sportowych. Federacja biathlonu przewiduje premie za złoty medal w wysokości 100 tysięcy koron (43 tys. złotych), 50 tysięcy (21,5 tys. złotych) za srebrny i 25 tysięcy za brązowy (11 tys. złotych).

Norwescy medaliści jako jedyna nagrodę otrzymują specjalnie przygotowany przez kucharzy reprezentacji... tort.

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl