Nawóz historii?
Dziś odbył się drugi pogrzeb Anny Walentynowicz. […] Zaczynam pisać „notatnik smoleński”. Zdałem sobie sprawę, że od dwóch lat przecieka mi między palcami prawda o naszej historii.
28 września 2012
To wszystko trzeba notować, by po latach ktoś mógł odnaleźć drogę w plątaninie faktów i interpretacji. Będę robił retrospekcje. Chcę wszystko dobrze zrozumieć, wytłumaczyć sobie raz jeszcze.
Fakt pierwszy: zamiana ciał. W Moskwie. Sądzę, że to czyn w najwyższym stopniu intencjonalny. Władze Rosji chcą, by sprawa Smoleńska dzieliła nas, byśmy nie mogli się od niej uwolnić. Smutne, że nasz rząd zachowuje się, jakby tego nie rozumiał. Ale historyk stojący na jego czele musi zdawać sobie sprawę, że wszedł do annałów jako ktoś, kto dopuścił do poniżenia państwa polskiego, kto doprowadził do całkowitego „resetu” polityki wschodniej po roku 1989. […]
4 października 2012
Pokoleniu obecnych sześćdziesięciolatków (częściowo także pięćdziesięciolatków) najtrudniej jest dziś realizować obowiązek samodzielnego myślenia. Z punktu widzenia socjologii i psychologii jest to zjawisko całkowicie zrozumiałe. […] Centralnym doświadczeniem ich życia było uczestnictwo w ruchu Solidarności (lub przynajmniej życzliwe sekundowanie wydarzeniom przełomu lat 70. i 80.). To wtedy ostateczny kształt przybierała ich tożsamość, poczucie związku ze zbiorowością. Następnie przyszła noc stanu wojennego i smutne lata osiemdziesiąte, kiedy to rewolucja została wyhamowana i obłaskawiona. Ponieważ nie było wolności mediów, informacje docierały do wszystkich okrojone, fragmentaryczne (bibuła, szeptanka, Radio Wolna Europa), co sprzyjało tworzeniu się mitów. Na zasadzie mitu funkcjonowała choćby postać Lecha Wałęsy. Ruch rewolucyjny, który mógł przewrócić porządek polityczny i ustrojowy ludowego państwa, został spacyfikowany, władza bez wiedzy obywateli typowała – konsekwentnie i metodycznie – kolejnych uczestników prawdopodobnych rozmów o rozwiązaniu sytuacji w kraju (zasada myślenia i działania kilka ruchów naprzód). Środowisko Solidarności zatomizowano i poddano planowej „obróbce”. Kiedy w 1989 r. obie strony siadały do stołu debat, zmęczone społeczeństwo klaskało, przekonane, że oto nadeszła chwila dziejowej sprawiedliwości, że to, co się dzieje, to cała pula, jaką mogła wziąć Solidarność. Ludzie byli zmęczeni. Dlatego bez większych protestów przyjęli koncepcję podziału wpływów, wybory kontraktowe, wreszcie prezydenturę Jaruzelskiego. [...]
Kiedy w latach dziewięćdziesiątych zaczęły być widoczne szwy owej naprędce sfastrygowanej materii, kiedy poczęto wskazywać praktyki „reglamentowania” przełomu, przeciętny obserwator mógł nabrać wątpliwości co do rzeczywistych intencji „ojców rewolucji”. Ale trwała „wojna na górze”, codziennie trzeba było przetrawiać dziesiątki nowych informacji, w których nietrudno było się pogubić. Zresztą, szeregowy „wyborca” otrzymywał jednorodny przekaz, stanowisko przeciwne było słabo słyszalne, a więc niezrozumiałe. Kolportowana jeszcze w komunizmie teza o polskim warcholstwie, o przyrodzonym sarmackim wichrzycielstwie Polaków dopełniała obrazu całości. Inteligent chciał mieć święty spokój, chciał definitywnie zrzucić z ramion płaszcz Konrada i zająć się życiem własnym i własnych dzieci. „Dokonało się” – powtarzał, co mu suflowano. I odkreślał przeszłość grubą kreską. Gdyby obecnemu sześćdziesięciolatkowi, którego dotkliwie poraniło koło historii, powiedzieć wtedy: „musisz się zdobyć na jeszcze jeden wysiłek, musisz po raz ostatni zmienić świat”, obruszyłby się, odkrzyknął: „Dajcie mi spokój, jestem zmęczony”.
Sześćdziesięciolatkowie najmocniej bronią się przed przyjęciem prawdy o faktycznej i symbolicznej randze tragedii smoleńskiej. Czynią tak, bo wiedzą, że ich kapitulacja w tej materii wymagałaby kolejnego kroku – podważenia zasadności narzuconego nam pod koniec lat osiemdziesiątych modelu transformacji. Musieliby wtedy przyznać się do błędu i pogodzić z myślą, że owo najbardziej centralne wydarzenie, owo doświadczenie egzystencjalne o charakterze granicznym zostało im odebrane przez lepiej lub gorzej znanych sprawców.
Wśród tych ostatnich zbyt wielu jest bohaterów młodości dzisiejszych sześćdziesięciolatków.
18 października 2012, 1. po północy
Żyjemy w czasach archeologicznych. Poznawanie dwudziestowiecznej historii Polski przypomina dziś pracę archeologa. Kto chce znać prawdę, musi ją wydrzeć spod ziemi, spod zwałów trwającej czterdzieści pięć lat roboty propagandowej, która przykrawa rzeczywistość zgodnie z wymogami sowieckiej propagandy. Tak wielu umarło, nie pozostawiając świadectwa, z kneblem goryczy w gardle. [...]
Polscy żołnierze – wyrzutki dziejów. Nawóz wielkiej polityki. Generał Sosabowski, pracujący w brytyjskiej fabryce jako magazynier. Uciekinierzy z Kresów, przez dziesięciolecia trzymający języki za zębami. Lwowiacy we Wrocławiu. Wilniucy w Łodzi. Dziadek Agnieszki, pochodzący z Wilna. Po wojnie waltornista Filharmonii Łódzkiej. Jej babcia, ciotka – wspominające Wilno. Złamani. Nawóz historii. Przodkowie mojego ojca. Uciekinierzy z Sokala. Nawóz historii. Do ich opowieści już nigdy nie dotrzemy. Przykryje wszystko czerń gazet, głupie doniesienia o życiu celebrytów. Generał Anders na poligonie pod Sokalem. Generał Anders podejmowany w Poturzycy. Generał Anders zrzucany ze schodów przez enkawudzistów. Generał Anders degradowany przez „polskich” komunistów, pozbawiony obywatelstwa. Nawóz historii. Prezydent Kaczyński na stole sekcyjnym. Okaleczony. Nawóz historii?
21 października 2012
Po wojnie dwudziestokilkuletni Tadeusz Różewicz, były partyzant AK z oddziału „Warszyca”, chodził po ulicach Krakowa, po Rynku krakowskim i myślał. Patrzył na kościół Mariacki i, jak wspomina, nie mógł pozbyć się wrażenia, że legł on w gruzach. Ludzie tego nie widzą – relacjonował – ale ja wiem, że przede mną dzieło odbudowania, podniesienia świątyni z gruzów. [...]
Polska po roku 1989 jest jak świątynia z prozy Różewicza. Pozornie żywa. Poruszamy się w sztucznej przestrzeni, odgrywamy swoje role w starych dekoracjach. Łudzimy się, że jest inaczej. Ci, którzy łudzą się najmocniej, którzy nie chcą się pogodzić z przegraną, donośnym głosem obwieszczają, że żyją. Myślących inaczej skłonni są podejrzewać o nekrofilię. Nie wątpię, że wielu z nich kieruje się szlachetnymi pobudkami. Chcą żyć, tęsknią do czystego powietrza, do światła słonecznego. Mają dość zaduchu katakumb.
Nie pamiętają, że conditio sine qua non zmartwychwstania to głębokie i ostateczne doświadczenie śmierci. Jedno bez drugiego jest złudzeniem.
Umrzyjmy do końca, zanim zaczniemy żyć. Przetrawmy naszą martwotę do dna. Zrozumiejmy ją i opiszmy. Dopiero potem wstańmy i – te słowa z obrzędu pogrzebowego nieodmiennie mnie poruszają – żyjmy w pokoju.
3 listopada 2012
Premier jest w Singapurze, prezydent, jak donoszą media, poluje w okolicach Zakopanego. Tymczasem w Świątyni Opatrzności Bożej trwają uroczystości pogrzebowe ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie. Najwyższe władze były już na pogrzebie Ryszarda Kaczorowskiego. Spełniły swój obowiązek, nie wymagajmy więc zbyt wiele. Że poprzednim razem nie grzebano jednak tego, którego grzebać chciano – to nieistotne. Że władza odpowiedzialna jest za zamianę ciał i dramat rodzin – mało ważne. Co oznacza owo lekceważenie? Myślę, że ni mniej, ni więcej, tylko świadome symboliczne unieważnienie ciągłości między rządem Niepodległej, w latach 1944–1989 kontynuującym tradycje Polski międzywojennej i poza granicami walczącym o wyzwolenie kraju spod sowieckiego jarzma, a rządami pookrągłostołowymi. Tradycja niepodległościowa nie jest już nikomu potrzebna. Została instrumentalnie wykorzystana, kiedy na prezydenta zaprzysięgany był Lech Wałęsa. Insygnia przekazano, spełniły swoją funkcję, spoczęły, gdzie trzeba. Na cóż rządzącym tragicznie zmarły Starzec?
26 października 2014
Jakże prędko rzeczywistość dostarcza właściwych odpowiedzi, koryguje perspektywę. Fragment właśnie wydanej książki nieżyjącej Teresy Torańskiej „Smoleńsk”, słowa Wiktora Batera, korespondenta telewizyjnego obecnego w Smoleńsku: „Wieczorem telewizyjne »Wiadomości« odstawiły spektakl światło-dźwięk, zapalając pod murem lotniska setki zniczy wykupionych przez kilkudziesięcioosobową ekipę TVP w całym Smoleńsku i okolicach. Że to niby światełka zapalane przez współczujących mieszkańców miasta. To było żenujące.
A ludzie rzeczywiście przychodzili na miejsce katastrofy, tylko tam, gdzie my staliśmy, nie mieli wstępu. I zniczy nie palili, bo te wykupiła wcześniej ekipa Piotra Kraśki”.
Więc tak to wyglądało.
Polsko-rosyjskie pojednanie.
Pierwsze akty medialnej „operacji »Smoleńsk«”.
Blef Piotra Kraśki – początek wielkiej narracji.
Fragment książki „Przeklęte continuum. Notatnik smoleński”, która ukaże się jesienią nakładem wydawnictwa Arcana.