Pożegnanie w gabinecie luster (1)

  

„Na szyi miał małą rankę czerwoną wielkości wiśni” – to krótkie zdanie ze wspomnień Czesławy Oknińskiej-Korzeniowskiej, jedynego świadka ostatnich chwil życia Stanisława Ignacego Witkiewicza, wywołuje z pamięci inne zdanie, zapisane przeszło sto lat wcześniej, fragment kwestii Kobiety z ostatniej sceny Dziadów drezdeńskich: „Jedną ranę miał na czole,/ Jedną tylko i niewielką,/ Zda się być czarną kropelką”.
 
Na słowa Kobiety odpowiada Guślarz, razem z nią obserwujący sznur kibitek pędzących na północ: „Ta największe sprawia bole;/Jam ją widział, jam ją zbadał;/Tę ranę sam sobie zadał,/Śmierć z niej uleczyć nie może”.

Już samo zestawienie fragmentów o „rance czerwonej wielkości wiśni” i o „ranie […] na czole”, co „zda się być czarną kropelką”, może komuś wydać się niestosowne. Będę bardziej bezczelny – sformułuję tu pytania, które nie dają mi spokoju: czy Witkacego, który 18 września 1939 r. na wieść o wkroczeniu w granice Rzeczypospolitej wojsk sowieckich popełnił samobójstwo, można by – z jakichkolwiek względów, pod jakimkolwiek pretekstem – nazwać Konradem XX w.? Czy on, autor „Nienasycenia” i „Niemytych dusz”, ma coś wspólnego z bohaterem Mickiewiczowskiego arcydramatu?

Deformacja jako szansa

Odpowiedź wydaje się prosta. Nie. – Witkacy to pisarz, którego mierzi polski patriotyzm insurekcyjny, który całą swoją artystyczną aktywność koncentruje na problemie relacji między twórczą jednostką a współczesną cywilizacją, to katastrofista dostrzegający i trafnie diagnozujący mechanizmy schyłkowe obecne w kulturze europejskiej. Spojrzeniem swoim obejmuje perspektywę szerszą, daleko wykraczającą poza partykularne interesy Polski, poza geopolityczne uwarunkowania jej państwowego bytu. Słowem – marny to materiał na bohatera zbiorowej wyobraźni.

Mimo wszystko nie opuszcza mnie przekonanie (precyzyjniej: intuicja), że we wrześniowej ucieczce Witkacego i Czesławy Oknińskiej z Warszawy, w ich kilkunastodniowej tułaczce, a następnie w próbie samobójczej przez nich podjętej, zakończonej śmiercią autora „Pożegnania jesieni”, że we wszystkich tych wydarzeniach możemy się przejrzeć, że mogą one się stać dla nas zwierciadłami w gabinecie luster. Deformując rozmaite fragmenty obrazu, wydobywając na plan pierwszy szczegóły pozornie mniej istotne, zaburzając relacje między elementami – pozwalają nam one ujrzeć z odmiennej perspektywy klęskę 1939 r., innych narzędzi użyć dla jej opisania i zrozumienia.
Z drugiej strony, osobiste dzieje Witkacego, niejako wbrew jego woli, wpisują się we wspólną linię polskiego losu, jego życie i śmierć sytuują się w samym centrum doświadczenia zbiorowości. Jakby na potwierdzenie tezy, że w tej części Europy niemożliwa jest wolność od dziejowych przeznaczeń, że jednostka – choćby nie wiadomo jak konsekwentnie próbowała wyzwolić się od myślenia historycznego – na koniec zawsze zostanie złowiona w pułapkę historii, płacąc, jak inni, najwyższą cenę.

Czarny grzebyk

W czerwcu 1939 r. Stanisław Ignacy Witkiewicz przebywał w Augustówku koło Grodna w posiadłości Nadziei z Druckich i Maurycego O’Briena de Lacy. Został tam zaproszony przez żonę gospodarza, pisarkę i aktywną uczestniczkę życia kulturalnego II Rzeczypospolitej, chętnie goszczącą najważniejszych polskich artystów. Na piętrze augustowieckiego dworku zorganizowano „dwa urocze pokoje gościnne o niskich drewnianych sufitach i podłużnych oknach, co czyniło je podobnymi do kabin okrętowych”. Jeden z nich zajmował w czerwcu 1939 r. Witkacy (przed nim bywali tu Witold Hulewicz, Irena Tuwim z mężem, dyrektor wileńskiej biblioteki Łysakowski i Jan Parandowski).

„Muszę przyznać, że pobyt Witkacego w Augustówku był dla mnie ciężką próbą” – pisała po latach Nadzieja Drucka. „Uprzedzano mnie, że wizyta ta musi się skończyć kłótnią i zerwaniem stosunków. Ponieważ bardzo wysoko ceniłam Witkacego i dumna byłam z jego rzekomej przyjaźni, byłam cały czas w napięciu, uważałam, by niczym go nie dotknąć – z drugiej jednak strony, znając już wysokie walory jego umysłu, zżymałam się na jego »wygłupianie się« wobec licznego towarzystwa zgromadzonego u nas na wsi”. Wśród najbardziej ekstrawaganckich zachowań autora „Nienasycenia” wymienia Drucka powtarzającą się przy kolacji scenę z naśladowaniem Hitlera – Witkacy „zrywał się od stołu […], przykładał połówkę czarnego grzebyka nad górną wargę, podnosił rękę i zaczynał wrzeszczeć po niemiecku”.

W „wygłupach” tych dochodziła do głosu coraz większa obawa Witkiewicza o bieg wydarzeń politycznych w tej części Europy. Już 18 marca pisał do swojego przyjaciela i mentora Hansa Corneliusa: „Katastrofa światowa przybliża się coraz bardziej. Czy się po niej jeszcze odnajdziemy – jest wątpliwe”. W Augustówku (wykorzystuję tu fragmenty relacji Irminy Bajer z książki Joanny Siedleckiej „Mahatma Witkac”) „wróżył […] z kart i pisma, […] widział wszystko na czarno. Przewidywał na przykład wojnę, zagładę Europy, pewnego świata, w tym właśnie i ziemiańskiego. Nie wierzył zupełnie, że »jesteśmy silni, zwarci i gotowi«”. Przed wyjazdem miał powiedzieć gospodyni, że jest u niej ostatni raz w życiu, a na pytanie, czy było mu tu źle, udzielił następującej odpowiedzi: „Było mi tu wyjątkowo dobrze, ale wiem to i czuję, że czekają nas złe czasy”.

Warszawa–Zakopane–Warszawa

1 lipca Witkacy opuszcza Augustówek i wyjeżdża do Warszawy. Do Zakopanego wraca kilka dni później razem Czesławą Oknińską-Korzeniowską. 22 lipca w liście do żony Jadwigi wyznaje: „Jestem trochę zdenerwowany polityką”.

W nocy z 22 na 23 sierpnia wykonuje pastelami (na bordowym papierze) swój ostatni autoportret („Auto-Vitcatius”), który przez część interpretatorów jego plastycznej twórczości uważany jest za świadome pożegnanie artysty z dotychczasowym życiem. Irena Jakimowicz pisze: „Uderza nie intensyfikacją grozy, ale dziwnym spokojem. Piękna męska twarz […] ma w sobie szczególną prostotę i monumentalność […]. Oczy szeroko otwarte, patrzą już bez przerażenia w przyszłość. Chłodny błękit nieba mówi, być może, o wewnętrznej zgodzie na przejście w rejony wiecznego spokoju”. Na interpretację taką mógłbym przystać, gdyby nie fakt, że w spojrzeniu Witkacego utrwalonym na obrazie dostrzegam znacznie więcej niż „zgodę”, wewnętrzny spokój i brak „przerażenia” – jest tu raczej rezygnacja wynikająca z przeczucia (lub nawet: świadomości) tego, co nadchodzi. Spojrzenie to niejako „łowi” odbiorcę w sieć sprzecznych treści, zmusza do reakcji i refleksji. Doszukujemy się w owym ostatnim autoportrecie ukrytego przekazu, znamy bowiem dalsze losy malarza, włączamy wiedzę o czasie i okolicznościach jego śmierci w naszą interpretacyjną perspektywę.

Kolejnego dnia, już po zakończeniu pracy nad obrazem, do Witkacego musiała dotrzeć informacja o podpisaniu przez III Rzeszę i Związek Sowiecki porozumienia o nieagresji. Podobnie jak pozostali Polacy, nie zdawał sobie sprawy z istnienia tajnego protokołu do paktu Ribbentrop–Mołotow, z pewnością rozumiał jednak powagę sytuacji. 24 sierpnia pisał do żony: „Jestem dość wytrącony z równowagi syt [uacją] og [ólną] i ogarnia mnie powoli wściekłość i szał bojowy”.

Dwa dni później, mimo przepełnienia pociągów odjeżdżających z Zakopanego, jest już w Warszawie. Jako porucznik rezerwy Wojska Polskiego zgłasza się do Rejonowej Komendy Uzupełnień, ale nie zostaje wcielony do armii – przeszkodą okazują się jego wiek (54 lata) i stan zdrowia.

W nieznane

Od 1 września całe dni spędza „nad wielką mapą, którą specjalnie kupił”. Studiuje „przebieg działań, krytykując nasze posunięcia”.

Pracownicy Głównego Urzędu Statystycznego, w którym pracuje jego żona, otrzymują rozkaz przygotowania się do ewakuacji – jej termin wyznaczono na noc z 3 na 4 września. Jadwiga próbuje skłonić Witkacego do wyjazdu, ale on odmawia. Pozostaje w bombardowanej Warszawie.

Rankiem piątego dnia wojny Witkacy telefonuje do swojej kochanki i długoletniej partnerki Czesławy Oknińskiej-Korzeniowskiej, która wciąż przebywa w stolicy. Prosi ją, by zabrała ze sobą torbę i dokumenty i zeszła na dół (czeka na nią w holu PKO, na rogu Jasnej i Świętokrzyskiej, gdzie Czesława pracuje od niemal 20 lat). Kobieta zapamięta go „z małą walizeczką w ręce i paltem przerzuconym przez ramię. Był tak zmieniony, że serce we mnie zamarło – takim widziałam go tylko po śmierci jego Matki, którą kochał ponad wszystko, po Berezie – po Brześciu. Na ulicy powiedział, że jedziemy do domu. Jechaliśmy nic prawie nie mówiąc do siebie, tylko mocno trzymał moją rękę – to była jego mowa. Dopiero w domu dowiedziałam się, że wyjeżdżamy – że Umiastowski wydał rozkaz opuszczenia zaraz Warszawy przez wszystkich mężczyzn i że pożegnał się już z żoną Niną, która też wyjeżdża ze swoją instytucją. […] Dowiedziałam się również, że wyjeżdżamy bez dokładnie określonego kierunku”.

Widzicie ich? Maszerują warszawską ulicą. A może raczej: są niesieni przez ludzką falę. Na ich bladych twarzach próżno by szukać oznak „zgody na przejście w rejony wiecznego spokoju”. Autor „Pożegnania jesieni” brnie przez złoty polski wrzesień, w jednej dłoni ściskając uchwyt walizeczki, w drugiej drobną, szczupłą dłoń Czesławy. W pewnym momencie przystaje i zadarłszy do góry głowę, długo patrzy w bezchmurne niebo. „Małą rankę czerwoną wielkości wiśni” na jego szyi dostrzegamy tylko my, którzy znamy zakończenie tej historii.

Zostawmy ich na chwilę. W tym tłumie, w pośpiechu, w pomieszaniu. Dla nich rachunki jeszcze się nie domknęły. Dla nich przyszłość jest jeszcze otwarta.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl