Panteon zrekonstruowany (2)
Kiedy w roku 1944 Armia Czerwona po raz kolejny wkraczała na teren II Rzeczypospolitej, z ponownie wymalowanym na sztandarach hasłem „wyzwolenia”, wiodła za sobą grupę osób podającyc
To, że Stalin uważał Polskę za swoją największą zdobycz wojenną, stanowi wystarczający dowód na to, że od samego początku nie nasze interesy wchodziły tu w grę, nie wzrastaniu i utwierdzaniu polskości miał służyć ten nowy byt polityczny naprędce ustanawiany na ziemiach położonych na wschód od Bugu.
Kłamstwo transformacji
Największe kłamstwo tzw. transformacji ustrojowej realizowanej od roku 1989 polega na apriorycznym przyjęciu, że organizm polityczny noszący nazwę Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej stanowił kontynuację dotychczasowych form naszej państwowości. Chcę, by zabrzmiało to całkowicie jednoznacznie: państwo ustanowione tu przez Sowietów i kierowane przez kilkadziesiąt lat przez ich agentów nie było Polską. Funkcjonowała tu władza obca, przemocą narzucona zbiorowości zamieszkującej część dawnych ziem Rzeczypospolitej. Nie znaczy to jednak, że Polska zniknęła – ona trwała wśród ludzi, w więzach łączących tych, którzy z sowiecką opresją musieli się zmagać niekiedy przez całe życie, w „wewnętrznej domowej tradycji”, która „po upadku, rozerwaniu i przytłumieniu opinii publicznej schroniła się w domach szlachty i pospólstwa”. Wszelkie wysiłki obcej potencji, realizowane przez ludzi sowieckich podających się za Polaków i przez Polaków, którzy ze strachu lub dla własnej korzyści stali się ludźmi sowieckimi (a więc Polakami dobrowolnie być przestali), nakierowane zostały na to, by to, co dotychczas było istotą polskości, jej zasadą organizującą, entelechią, „powszechnym uczuciem” – by to właśnie zniszczyć, przekształcić, zdekonstruować. „Nowy Polak” miał być innym człowiekiem niż Polak dawny – powinien utracić łączność z przeszłością, powinien inaczej się definiować, gdzie indziej upatrywać źródeł oraz początków istnienia i funkcjonowania zbiorowości, do której przynależy.
W trakcie trwania politycznego bytu zwanego Polską Rzecząpospolitą Ludową to, co Adam Mickiewicz nazwał „powszechnym uczuciem”, raz po raz dochodziło do głosu, uświadamiając władzy, że jej walka o „nową Polskę” daje rezultaty połowiczne, że proces podmiany mózgu wspólnoty nie został zakończony. Erupcje „wewnętrznej domowej tradycji”, zagrażające spoistości władzy i trwałości porządku politycznego, komunistyczna propaganda opatrywała określeniami eufemizującymi, umniejszającymi ich rzeczywiste znaczenie; mówiono więc o „wydarzeniach poznańskich”, „wypadkach marcowych” lub „wypadkach grudniowych”, podczas gdy za każdym razem najbardziej adekwatna byłaby formuła Mickiewiczowska: „wojna o niepodległość”, „wojna narodowa”. Zaznaczyć wypada, że nie był to spór, nie był to konflikt „domowy”, rozgrywający się między stronami reprezentującymi różne koncepcje i wizje państwa polskiego – komunistyczny antypolonizm walczył tu z tradycyjną polskością i była to walka na śmierć i życie, walka, której stawkę stanowiło istnienie (lub unicestwienie) idei polskiej (w myśl Leninowskiej tezy, że droga do rewolucji europejskiej wiedzie przez „trupa pańskiej Polski”).
Hybryda
Ustrój komunistyczny, który, jak sądzę, lepiej byłoby zwać bez ogródek komunistyczną okupacją, przyczynił się do wytworzenia w Polsce dwuwektorowego systemu aksjologicznego, do sformułowania hybrydycznej wizji polskości. Przekonanie, że sprzeczne porządki (polski i komunistyczny) da się pogodzić, że da się jakoś je ze sobą uzgodnić, oparte zostało na błędnym założeniu. Ostatecznym efektem tego sporu mogło być albo całkowite odrzucenie rzeczywistości sowieckiej, albo ostateczne unicestwienie polskości. Zryw solidarnościowy zapowiadał realizację tej pierwszej ewentualności, dlatego tak wielkie, jawne i niejawne siły zaangażowano w jego pacyfikację, zwieńczoną porozumieniem okrągłostołowym.
Od 25 lat żyjemy w Polsce, która nie potrafi zdefiniować samej siebie, której „elity” próbują nas przekonać, że pojęcie tożsamości się zestarzało, że uparte powracanie do pytania o korzenie współczesności upośledza nas wobec Europy i czyni społeczeństwem drugiej kategorii. Podobnie jak w późnych latach 40. XX w. brzmią wezwania do jedności, choć nie są uzupełniane, jak wtedy, apelami o czujność rewolucyjną. Dziś mowa jest o przebaczeniu, o mądrym kompromisie jako podstawie porządku społeczno-politycznego. Jednak baczniejszym obserwatorom porządek ów objawia swoją pozorność. Na podobnych prawach istnieją w nim prawdy wykluczające się, niewspółmierne definicje bohaterstwa i zdrady, poglądy gloryfikujące i potępiające komunistyczną przeszłość.
Przywrócić hierarchię
Obawiać się można, że nigdy już nie odzyskamy pełnej zdolności do obiektywnego – bo opartego na postulowanej przez Mickiewicza 180 lat temu „prawdzie i szczerości” – postrzegania wydarzeń minionych dziesięcioleci. Nie znaczy to jednak, że należy odstąpić od prób ponownego wyznaczenia kierunków świata i hierarchii postępków, porzucić wysiłki zmierzające do oddzielenia tego, co w górze, od tego, co na dole, a tego, co po prawicy, od tego, co po lewicy. Myślę nawet, że znajdujemy się w momencie istotnego aksjologicznego przesilenia – jeśli teraz nie zabierzemy głosu, jeśli pozwolimy sprawom toczyć się według obowiązujących „praw”, utracimy wpływ na bieg wydarzeń, zaprzepaścimy szansę na naprawę Rzeczypospolitej. Odtąd już zawsze byli komunistyczni dyktatorzy i zbrodniarze stanu będą odprowadzani na miejsce wiecznego spoczynku z państwowymi honorami, a ciała bohaterów spoczywać będą w ziemi, rzucone w doły grobowe po cztery, po osiem – skłębione, zdruzgotane, zbezczeszczone.
Dostrzegam pilną potrzebę zrekonstruowania narodowego panteonu – zarówno w warstwie symbolicznej, jak i w wymiarze materialnym, w postaci dostrzegalnej i zrozumiałej dla każdego mieszkańca kraju. Relikwie tkwiące w tajnych grobach Łączki i w ukrytych mogiłach na dawnym polu Bokusa, pod powierzchnią dzisiejszego cmentarza na warszawskim Służewie, należy odkopać, wydobyć na światło dzienne i złożyć w miejscu reprezentacyjnym, tak by stały się Widocznym Znakiem dla nas, żyjących. By mężczyznom i kobietom, którzy oddali swoje życie za Polskę, a których ofiarę zagłuszono warstwami milczenia i drwiny, by tym mężczyznom i kobietom Polska przywróciła życie i imiona. Oni muszą wejść między nas, muszą stać się naszą teraźniejszością, w przeciwnym wypadku to my pozostaniemy martwi, to nasze życie zostanie unieważnione, pokryte milczeniem i wydrwione.
Jakiś czas temu pojawiła się w Warszawie koncepcja odbudowy pałacu Saskiego. Czy z części lub całości tej historycznej budowli, jeśli zostałaby odtworzona, nie dałoby się uczynić Panteonu Narodowego? Jeżeli to niemożliwe, wybierzmy inne miejsce, ale takie, by nasi wielcy zmarli – rotmistrz Witold Pilecki, generał August Emil Fieldorf, podpułkownik Łukasz Ciepliński, majorowie Hieronim Dekutowski i Zygmunt Szendzielarz oraz dziesiątki innych, których zamordowano i upodlono, mordując i upodlając Polskę – mogli mówić do nas bez przeszkód, byśmy z ich szczątków, które są także szczątkami dawnej Rzeczypospolitej, mogli wznieść tę nową Rzeczpospolitą, nawiązując – ponad przepaścią komunizmu – nić łączności między przeszłością a teraźniejszością.
Nie jest to jedyne zadanie, jakie stoi przed nami. Panteon Narodowy powinien powstać także jako dostępny dla wszystkich zbiór wiadomości dotyczących rzeczywistej przeszłości Polski w wieku XX, jako nowa „biografia powszechna polska”. Nie możemy dłużej pozostawać bezbronni wobec udatnych prób równania wszystkiego ze wszystkim, wobec wszechobejmującej teorii historycznej i politycznej względności. Trzeba nam zebrać i uporządkować dostępne źródła oraz zapełnić wciąż istniejące białe plamy w tej wielkiej wspólnej opowieści.
Tylko wtedy odzyskamy zdolność pojmowania samych siebie. Tylko wtedy zrozumiemy, jak i do czego kształcić naszą młodzież, jakie „zwyczaje zachowywać nadal i rozszerzać należy”. A znając siebie, prawidłowo definiując własne miejsce w świecie, będziemy w stanie wydać skuteczną walkę naszym słabościom. Być może także, wierzę w to głęboko, zdołamy przekonać do polskości (rozumianej jako idea wytrwałej pracy nad sobą) wielu spośród tych, którym – z powodu ich niedostatecznej orientacji w meandrach dwudziestowiecznej historii – polskość jawi się jako synonim konserwatywnej opresji i symboliczno-ideologicznej nudy.
Tutaj pierwsza część tekstu opublikowana tydzień temu