Antyukraińskie zacietrzewienie

Ksiądz Isakowicz-Zaleski w ostatnich dniach zaatakował w mediach głównego nurtu Jarosława Kaczyńskiego za wystąpienie na Majdanie Niepodległości w Kijowie w obecności Ołeha Tiahnyboka i czarno-czerwonych flag oraz wzniesienie okrzyku „Sława Ukrainie! ” (tak flagi, jak i okrzyk 70 lat temu były elementami symboliki UPA).

W swoim artykule „Przemoc i rewolucje” wskazał zaś na potencjalnie krwawy charakter rewolucji ukraińskiej, zestawiając ją z francuską (ludobójstwo w Wandei) i bolszewicką. Z przykrością muszę stwierdzić, że, niezależnie od intencji, słowa kapłana wpisują się w nurt kremlowskiej i janukowyczowej propagandy, usiłującej ukazać wolnościowy ruch Ukraińców jako zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski i jej integralności terytorialnej.

Poznał ich po flagach i okrzykach

Ksiądz nie reprezentuje, jak chcieliby niektórzy, „trzeźwego myślenia o Ukrainie i siłach postbanderowskich”, tylko myślenie wynikające z zacietrzewienia, nakazujące mu wierzyć, że w ciągu ostatnich 70 lat zmienił się cały świat z wyjątkiem Ukraińców, którzy zmienili się jedynie na gorsze. Dowodem na rzecz tez księdza mają być ich flagi i okrzyki. Cóż, nawiązując do dokonanej przez księdza analogii z jakobińską Francją – „kolumny piekielne” wojsk republikańskich w czasie rewolucji francuskiej masakrowały Wandeę pod trójkolorowymi flagami i z okrzykiem „Vive la Republique!” na ustach. Żołnierze nawlekali niemowlęta na bagnety, by „oczyścić kraj z bandyciąt”, gwałcili i mordowali kobiety w wymyślny sposób, np. nadziewając ładunkami karabinowymi i odpalając je (ówczesne naboje były natłuszczonymi papierowymi tulejami z odmierzoną porcją prochu i kulą). Elity francuskie gilotynowano, burzono i bezczeszczono kościoły w całej Francji.

Mimo tych wszystkich zbrodni Anglicy, którzy przez 20 lat walczyli z Republiką, a potem z Napoleonem, jakoś nie brzydzili się sprzymierzyć z bratankiem cesarza (notabene też cesarzem) Napoleonem III w wojnie z Rosją (znanej jako wojna krymska) zaledwie 38 lat po Waterloo. Stanęli obok Napoleona Bonapartego (wprawdzie III, a nie I, ale wśród obecnych przywódców majdanu nie ma bratanków Bandery, Szuchewycza czy Konowalca) i trójkolorowych sztandarów – takich samych jak te, które powiewały nad zbrodniarzami odpowiedzialnymi za „ludobójstwo francusko-francuskie” w Wandei. Francuzi do dziś noszą te „obrzydliwe symbole” i gloryfikują swoją rewolucję. Niewątpliwie świadczy to o tym, że pełno wśród nich żarliwych jakobinów gotowych gilotynować wszystkich, którzy wpadną im w ręce. Nie wiem, jak Hiszpanie i Anglicy mogą spać spokojnie, szczególnie że Francja ma broń atomową i po Niemcach jest najważniejszym mocarstwem Unii Europejskiej. Nasi politycy zaś, wstyd powiedzieć, wizytując Francję i oddając cześć jej symbolom, moralnie akceptują ludobójstwo, czyż nie?

„Legalny” zbrodniarz i zbuntowani „banderowcy”

A na poważnie – to dziwne, gdy ksiądz katolicki uważa za legalnego prezydenta człowieka o kryminalnej przeszłości, który każe snajperom strzelać do swoich rodaków, nasyła na nich opłacone męty społeczne (tituszki), pod którego władzą „nieznani sprawcy” porywają i torturują na śmierć naukowca ze Lwowa – porywają go nie z majdanu, lecz ze szpitala!!! To, że Janukowycz został wyniesiony do władzy w wyniku wyborów, nie oznacza, że jest suwerenem. Naród ma prawo cofnąć raz udzielony mandat, jeśli jest on używany w sposób zbrodniczy, a jest. W normalnych krajach przy tej skali protestów rozpisuje się wybory i w ten sposób rozwiązuje kryzys, a nie uchwala z pogwałceniem konstytucji prawa przepisane z ustawodawstwa autorytarnej Rosji. Odwołujący się do Bandery członkowie Swobody stanowią znikomy procent sił aktywnych na majdanie i wcale nad nim nie dominują. Z opanowanych przez zbuntowanych lwowian budynków we Lwowie zostali wyproszeni. Nie dominują więc nawet w Galicji. Nie mają też żadnej szansy zdominować centralnej i wschodniej Ukrainy. Walczą przeciw wciąganiu swojego kraju w orbitę Rosji. Ich walka leży więc w naszym interesie.

Dobrzy komuniści

Warto przypomnieć, że ksiądz Isakowicz-Zaleski entuzjastycznie przyjął poparcie, jakim obdarzyli pomysł uznania przez Sejm RP ludobójstwa dokonanego przez UPA w latach 1943–1944 posłowie prorosyjskich regionałów oraz Komunistycznej Partii Ukrainy. Jest ona w prostej linii kontynuacją ugrupowania, które poparło rozbiór II Rzeczypospolitej, i było odpowiedzialne za ludobójstwo Polaków na Kresach od 1917 r. przez 1937 r. aż po II wojnę światową (oraz za wielki głód na Ukrainie). To jak to jest? Dla celu, jakim jest wydobycie Ukrainy spod dominacji Rosji, nie wolno nam tolerować obecności postbanderowców na majdanie, a dla celu, jakim jest upamiętnienie ludobójstwa Polaków z rąk UPA, wolno sprzymierzać się z tymi, którzy byli pierwotnym źródłem także i owego ludobójstwa? Wszak bez niemiecko-sowieckiej agresji na Polskę UPA by nie powstała, a nawet gdyby, nic by nam nigdy nie zrobiła – była zbyt słaba. Co jest ważniejsze, co lepiej służy interesom Rzeczypospolitej, co jest realnością, a co tylko wyobrażeniem o niej? Czy realna jest uzbrojona i wciąż zbrojąca się autorytarna Rosja Putina – pułkownika KGB otoczonego siłowikami, mordującego własnych obywateli, wysadzającego bloki mieszkalne w swoich miastach, by sprowokować wojnę z Czeczenią, trującego gazem swoich obywateli w teatrze na Dubrowce, szturmującego szkołę pełną dzieci i napadającego sąsiadów? Rosja, której armie manewrują u polskich granic i grożą wymierzeniem rakiet w Warszawę, czy sotnie UPA skradające się po Przemyśl i szykujące za pomocą siekier, wideł i pił nowe rzezie Polaków?

Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie

Jak wyjść z kryzysu

Bohater Kaczyński

Rząd pomaga realnie

Tureckie standardy we Francji

Wycinanka z racji stanu

Jak wyjść z kryzysu

Rząd może znacznie ograniczyć obecny kryzys polityczny. Nie musi przy tym wcale rezygnować ze swojego programu. Wystarczy, że zamieni młot pneumatyczny na bardziej wyszukane narzędzia.

Od około półtora roku funkcjonujemy w otoczeniu permanentnego kryzysu politycznego. Oczywiście, gdy do władzy dochodzi środowisko zamierzające rozbić istniejące hierarchie w większości obszarów życia społecznego, musi się liczyć z ogromnym oporem materii. Na zmianie porządku społecznego zawsze tracą jakieś grupy, więc trudno, żeby były z tego faktu zadowolone. Jednak finalnie odium napięć społecznych zawsze spada na ekipę rządzącą. To rządzący odpowiadają za sytuację w kraju i to oni są rozliczani przy urnach przez wyborców. Mają też zdecydowanie więcej narzędzi prowadzenia swojej polityki niż opozycja, tak więc oczekiwania wobec nich powinny być znacznie większe. Niestety tych narzędzi obecna ekipa rządząca w pełni nie wykorzystuje.


Trzy kryzysy


Kryzys polityczny, który wybuchł w reakcji na wprowadzane przez PiS zmiany, można podzielić z grubsza na trzy główne formy. Po pierwsze, przejawia się w napięciach społecznych, najbardziej widocznych na ulicy w postaci demonstracji. Które jak na niechętnych demonstrowaniu Polaków na pewno nie były małe – mowa tu szczególnie o demonstracjach przeciw reformie sądów. Po drugie, przejawia się jako kryzys relacji z instytucjami UE – czego efektem postępowania przeciw Polsce w sprawie praworządności (Trybunał Konstytucyjny, reforma sądownictwa), Puszczy Białowieskiej oraz uchodźców. Po trzecie, ma formę ciągłego kryzysu parlamentarnego – sejmowych awantur, wściekłych słów rzucanych przez wszystkie strony z mównicy oraz obstrukcji parlamentarnej, czego efektem było nawet przeniesienie obrad do innej sali.
Rządzący nie mogą ignorować wyżej zarysowanego kryzysu, kwitując go twierdzeniem, że to „krzyk odrywanych od koryta”. Odpowiedzialna za wewnętrzną i zewnętrzną sytuację w kraju władza powinna tak prowadzić swoje działania, by zminimalizować niepokoje. Pełzający kryzys parlamentarny jest nie do uniknięcia. Po pierwsze, jest na rękę opozycji, po drugie, jego zakończenie wymagałoby większej współpracy z partiami opozycyjnymi, a te są zupełnie beznadziejne. Poza głośno wyrażanym sprzeciwem wobec zmian nie są w stanie wyartykułować żadnych własnych rozwiązań, więc trudno tu znaleźć pole do rozmowy. Jednak kryzysy społeczny i unijny zdecydowanie można jeśli nie zredukować do zera, to przynajmniej znacznie ograniczyć.


Znaleźć sojuszników


Środowiska bliskie PiS-owi często żalą się na strategię opozycji określaną jako „ulica i zagranica”. Opiera się ona na wykorzystaniu swoich kontaktów w społeczeństwie obywatelskim i wśród polityków zagranicznych do wsparcia własnych postulatów. Pytanie tylko, dlaczego ta strategia musi być zarezerwowana tylko dla opozycji? Wygląda to tak, jakby rządzący w ogóle nie brali pod uwagę możliwości znalezienia własnych stronników wśród organizacji społecznych czy unijnych urzędników. Społeczeństwo obywatelskie w strategii obecnej władzy niemal nie istnieje – zrezygnowała ona z konsultacji społecznych przy kluczowych ustawach, nie stara się przekonać do swoich argumentów organizacji pozarządowych, by ją wsparły, tak jak wiele z nich wspiera postulaty opozycji. NGO-sy w narracji PiS-u występują prawie wyłącznie jako finansowane z zagranicy czarne charaktery. Tymczasem wiele z nich mogłoby wesprzeć poszczególne reformy, gdyby tylko zostały potraktowane poważnie i podmiotowo – tzn. gdyby miały jakiś wpływ na kształt tych reform. Mowa tu chociażby o Klubie Jagiellońskim, Fundacji Republikańskiej i wielu innych.


Także wśród brukselskich urzędników PiS może znaleźć sojuszników. Nie jest prawdą, że wszyscy oni są reprezentantami paneuropejskiego liberalizmu. Wielu polskich urzędników KE niższego szczebla wspiera postulaty zwiększenia suwerenności gospodarczej naszego kraju i robiło sobie duże nadzieje po zwycięstwie wyborczym PiS-u. Każdy kraj UE ma swojego komisarza i innych urzędników wyższego szczebla, więc mają je także kraje, z którymi Polsce po drodze w wielu sprawach. Tych naturalnych sojuszników powinien wykorzystać rząd i lobbować swoje interesy i postulaty na forum unijnych instytucji, by z Komisji w naszą stronę nie dobiegała wyłącznie krytyka.


Więcej dyplomacji


Polski rząd w kontaktach z Brukselą i partnerami w UE używa zaskakująco twardego języka. Zupełnie niepotrzebnie – nie tylko nie przybliża go to, ale wręcz mu przeszkadza w osiąganiu celów. W niedalekiej historii znajdujemy wypadki bardzo ostrej retoryki. Najlepszym przykładem jest Grecja, która notorycznie próbowała straszyć grexitem, a rzekomą pomoc UE wprost porównywała do okupacji, agresji i innych złowrogich działań. Generalnie miała rację, tylko że nic jej ta ostra retoryka nie dała – została spektakularnie upokorzona. Są za to kraje w UE, które modelowo wręcz dbają o swoje interesy – to przede wszystkim północna Europa (Skandynawia, Beneluks), Niemcy i w dużej mierze Francja. Wszystkie one uwielbiają przy tym opowiadać o europejskich wartościach, solidarności itd., choć mało kto tak skutecznie walczy o swoje jak one. Nie chodzi o to, żeby od razu powielać europejską nowomowę – wystarczy sprawiać bardziej pojednawcze wrażenie, mówić, że nam zależy itd. Austria nie przyjęła żadnego uchodźcy, jednak wobec niej nie jest prowadzone postępowanie – wystarczyło, że... zapewniła, iż przyjmie. Uchodzenie za eurosceptyka w UE po prostu się nie opłaca – lepiej kiwać głową ze zrozumieniem i robić swoje bez zbędnego trąbienia o tym.


Elementem dyplomacji jest też rozważne wybieranie spraw do załatwienia. Otwieranie wszystkich frontów naraz jest samobójcze. Skoro rząd uważa za fundamentalne kwestie wymiaru sprawiedliwości oraz uchodźców, to kompletnie niezrozumiałe jest pójście na czołowe zderzenie z UE w sprawie Puszczy Białowieskiej. Z całym szacunkiem dla puszczy, ale to sprawa dla naszego kraju trzeciorzędna. Mając w perspektywie ważniejsze bitwy, ociąganie się z wykonaniem zabezpieczenia (wstrzymanie działań w Puszczy), które wydał TSUE, jest taktycznie błędne. Błędem jest również otwieranie sprawy reparacji wojennych w tym momencie. Do tak ważnej i delikatnej sprawy należy oczyścić sobie przedpole. Zajęcie się tą sprawą w tak niespokojnym okresie może spalić na lata temat reparacji, któremu przyklei się łatkę „polskiego szaleństwa” i będzie się tym okładać każdego, kto będzie chciał go podjąć. A przecież chyba nie chodzi o to, żebyśmy o reparacjach mówili, tylko żebyśmy je dostali.


Program na lata


Rząd za wszelką cenę chce wprowadzić wszystkie najważniejsze zmiany jak najszybciej. Czego efektem wprowadzana w ekspresowym tempie i zawetowana ustawa o Sądzie Najwyższym. W tak szaleńczym tempie łatwo o zamknięcie się na krytyczne głosy z wewnątrz środowiska, których chociażby przy reformie sądownictwa nie brakowało. Czy to ze strony koalicjantów PiS-u (Polska Razem Gowina), czy ze strony prawicowych pism i środowisk. Tymczasem aż taka szybkość nie jest potrzebna. By wprowadzane reformy się utrwaliły na lata i nie zostały odkręcone przy pierwszej możliwej okazji, PiS musi rządzić i tak co najmniej dwie kadencje. Niektóre zmiany, szczególnie te personalne, można więc spokojnie rozłożyć na osiem, a nie cztery lata. Już teraz wszyscy prezesi SN, poza pierwszą prezes M. Gersdorf, zostali powołani przez prezydenta Dudę. Nie ma potrzeby więc odwoływania składów reformowanych instytucji – można je wymieniać stopniowo, zgodnie z kadencją. Efekt będzie ten sam, ale bez skutków ubocznych w postaci napięć społecznych.


Władza nie może bagatelizować społecznego i unijnego aspektu obecnego kryzysu politycznego (na parlamentarny może machnąć ręką). Choćby z tego banalnego powodu, że mogą one bardzo utrudnić reelekcję – PiS już się przekonało w 2007 r., iż wyborca w pewnym momencie ma już dosyć awantur i może przerzucić swoje głosy. Tymczasem utrata władzy po pierwszej kadencji będzie oznaczała, że większość wprowadzanych obecnie reform zostanie cofnięta. I rozbudzone w 2015 r. nadzieje prysną.

Udostępnij

Tagi

Bohater Kaczyński

12 sierpnia 2008 r. do Tbilisi przyjechał Lech Kaczyński. Prezydent Polski. Wypowiedział wtedy słowa, które przejdą do historii, słowa, które okazały się tak boleśnie prawdziwe.

„Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! Byliśmy głęboko przekonani, że przynależność do NATO i Unii zakończy okres rosyjskich apetytów. Okazało się, że nie, że to błąd”. Gdy Kaczyński przyleciał do Gruzji, Rosjanie już zbombardowali Gori i kontrolowali tereny oddalone od Tbilisi zaledwie o 40 km. A mimo to, w tym dniu, do stolicy Gruzji przyleciał nie tylko prezydent Polski, ale i inni przywódcy: Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Przybyli, bo przekonał ich do tego Lech Kaczyński. Nasz prezydent rozumiał, co oznacza odradzająca się machina imperialnej Rosji Putina. I pokazał – co warte zawsze przypomnienia – jak ważne w polityce są nie tylko intrygi, konszachty i cynizm, ale także odwaga i wola, jakże wyrastające ponad ówczesne kunktatorstwo większości decydentów UE. Wtedy, 12 sierpnia, do Tbilisi przyleciał bohater, bez którego zapewne nie udałoby się uratować Gruzji przed pełną inwazją. No jasne, w Polsce nie można było mu tego wybaczyć. Ze zdwojoną więc siłą zaczęła się nagonka na Prezydenta. Albo przemilczano i bagatelizowano to wydarzenie, albo ordynarnie kpiono czy ostrzegano przed politykiem, który chce nas skłócić z jakże miłującym wolność Putinem. A ponurą puentę tego dopisała już sama historia, gdy po 10 kwietnia 2010 r., wypuszczony przez ówczesną władzę Palikot wraz ze swoją bandą zapraszał na „Kaczkę po smoleńsku i krwawą Mary”, a zgromadzony przez niego tłum, ku zachwytowi ówczesnych autorytetów „GW”, wył: „jeszcze jeden”, „zimny Lech”. Tyle, że te erupcje podłości i paranoi prędzej czy później zostaną zapomniane. A bohaterstwo Lecha Kaczyńskiego – nie.

Udostępnij

Tagi

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl