Chleb piekło się raz w tygodniu. W biedniejszych domach raz na dwa tygodnie. Kiedy bochenek się kończył, trzeba było jakoś wykarmić rodzinę. Podkarpackie gospodynie nie czekały z założonymi rękami. Sięgały po mąkę, wlewały kwaśne mleko, dosypywały szczyptę sody i kwadrans później na rozgrzanej blasze pieca kaflowego leżały gotowe proziaki.
To pieczywo bez drożdży, bez zakwasu, bez czekania. Ich nazwa pochodzi od słowa "proza", bo tak na Podkarpaciu przez lata nazywano sodę oczyszczoną. Nie ma jednego przepisu, bo każda wieś robiła je trochę inaczej. W Bieszczadach po swojemu, w Beskidzie Dukielskim inaczej, w okolicach Przeworska jeszcze inaczej. Łączy je jedno - prostota, której dziś prawie nie ma w kuchni.
Chleb dla tych, którzy nie mogli czekać
Najstarsze zapisane przepisy na proziaki mają ponad 150 lat. Ale badacze kuchni regionalnej są przekonani, że historia tych placuszków jest znacznie dłuższa. Wywodzą się bezpośrednio z podpłomyków, czyli najstarszego pieczywa świata: mąka, woda, żar. Soda pojawiła się w Polsce dopiero w drugiej połowie XIX wieku, przywędrowawszy z amerykańskich piekarni. Kiedy trafiła na podkarpackie wsie, gospodynie szybko odkryły, że dodana do ciasta sprawia, że placki rosną, miękną w środku i rumienią się z zewnątrz.
Jadło się je z masłem i solą, z konfiturami, ze śmietaną, do zupy zamiast chleba, na polu podczas żniw jako szybki posiłek. Nie były daniem odświętnym. Były chlebem codziennym, dosłownie: chlebem na co dzień, kiedy prawdziwego chleba już nie było.
Przez pół wieku prawie zapomniane
PRL zamknął wiele wiejskich kuchni. Zbiorowe żywienie, chleb ze sklepu spółdzielni, gotowe produkty z państwowych zakładów. Proziaki zostały w domach najstarszych gospodyń, przekazywane szeptem z matki na córkę, bez zapisanego przepisu, bo po co zapisywać coś, co się pamięta.
Na listę produktów tradycyjnych województwa podkarpackiego trafiły w 2006 roku, jako jeden z pierwszych wpisanych smakołyków. To był znak, że ktoś jeszcze pamięta. Ale prawdziwy powrót przyszedł później, cicho i bez fanfar: w Rzeszowie otwarto lokal Proza, w Sanoku Proziakownia. Zaczęły się pojawiać proziakowe burgery z kozim serem i dziczyzną, kanapki z wędzonym pstrągiem i dżemem z derenia, tapasy na przyjęcia. Szefowie kuchni z Podkarpacia zaczęli wysyłać je na ogólnopolskie konkursy kulinarne.
To, co zostało, jest najważniejsze
W komentarzach pod przepisami w internecie powtarza się ten sam motyw. "Smak mojego dzieciństwa, mama piekła jak chleb się kończył." "Tata palił w piecu, mama robiła wałek i kroiła plastry." "Zapisałam przepis od starszego brata, bo bałam się że zapomnę."
To jest właśnie ta kuchnia, o której mówi się że odchodzi. Nie odeszła. Siedzi przy blasze pieca, czeka aż ktoś zapyta o przepis i nie każe się długo prosić. Proziaki robi się w pół godziny. Wystarczą cztery składniki i nie ma tu żadnej filozofii. No i co ważne - żaden burgery z modnej restauracji nie smakuje tak samo jak te z masłem i konfiturą, zjedzone przy stole babci.