Nie ma obwodnicy, dolina Rospudy ginie

Wąska, leniwie płynąca przez zarośnięte bagna struga w szuwarach śmieci – tak wygląda Rospuda, o którą przed kilku laty ekolodzy toczyli boje. Przywiązywali się do drzew, by nie dopuścić do budowy obwodnicy Augustowa. Wygrali. Przegrali miejscowi i przyroda, ale dziś „zielonych” Rospuda już nie interesuje.

Kiedyś, jak przyszło się nad rzekę, to wokół słychać było gwar ptaków. Pływały łabędzie. A teraz co? Zaledwie kilka kaczek na wodzie – mówi Ryszard Bartoszewicz, rolnik z Topiłówki. Stoimy nad brzegiem Rospudy, niewielkiej rzeki płynącej między lasami szeroką doliną, która rozłożyła się między dwiema ścianami lasów augustowskich.
Jeszcze kilka lat temu mało kto poza mieszkańcami okolicznych wiosek potrafiłby powiedzieć, co to jest Rospuda. Nawet hydrolodzy mieli kłopoty z ustaleniem jej źródeł i dokładnym określeniem jej przebiegu. W średniowieczu właśnie na niej przebiegała granica państwa krzyżackiego. Drugi raz trafiła do historii, kiedy na przybrzeżnych łąkach kręcono sceny do serialu „Czarne chmury”.

Obrona doliny Rospudy

O Rospudzie zrobiło się głośno dopiero w 2007 r., gdy ekolodzy rozpoczęli protest przeciw budowie obwodnicy Augustowa, a sprawa trafiła na pierwsze strony „Gazety Wyborczej”.

Przyjeżdżały tu całe kolumny samochodów z tymi „zielonymi”. Rozmawiałem z nimi wiele razy. Raz jeden taki przekonywał mnie, że chodzi im o naszą przyrodę. A ja wtedy do niego: „Niech pan popatrzy, ile aut tu przyjeżdża. Myślę, że tymi spalinami to już dużo powietrza mam wytruliście”. Popatrzył ma mnie i nic nie powiedział – wspomina Bartoszewicz.

Obwodnica miała stanowić fragment tzw. Via Baltica, łączącej kraje południowoeuropejskie z nadbałtyckimi. Pierwsze plany trasy powstały jeszcze w 1996 r., czyli na cztery lata przed objęciem tych obszarów przez unijny program ochrony przyrody Natura 2000.

Nad doliną zaprojektowano estakadę. – Most miał być, o tam – mówi Bartoszewicz i wskazuje ręką na zarośla rozciągające się kilkaset metrów od niewielkiej polany, na której rozmawiamy. Budowlańcy nie zdążyli nawet rozpocząć robót. Estakada pozostała tylko na nieaktualnych już planach.

Protestujący ekolodzy twierdzili, że w wyniku budowy, a następnie użytkowania drogi nastąpi dewastacja dziewiczych terenów. O „nietkniętych ludzką ręką obszarach” rozpisywały się media. Później powtarzali to zagraniczni dziennikarze i uwierzyli urzędnicy z Brukseli.

Uczyniona ludzką ręką

Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Dolina Rospudy ze swoją roślinnością jest w dużej mierze wynikiem dzieła człowieka. – Roślinność, z którą mamy tam do czynienia, mogła się rozwinąć dlatego, że tereny te przez wieki były zagospodarowane przez miejscową ludność – wyjaśnia specjalista w dziedzinie ekologii i hydrobiologii Henryk Tomaszewicz, emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego. On jako jeden z niewielu naukowców miał odwagę twierdzić, że droga nie doprowadzi do dewastacji biologicznej środowiska doliny Rospudy.

– Kiedy przyjeżdżałem nad Rospudę w latach 70., to dolina wyglądała jak spódnica łowiczanki, cała w różnobarwnych pasach. Miejscowi rolnicy uprawiali swoje niewielkie poletka. Wykaszali łąki – wspomina.

– Brało się kosę i cały dzień kosiło. Potem przez rzekę przejeżdżał wóz i wywoziliśmy siano – wspomina Bartoszewicz. – Tam, gdzie nie można było wjechać końmi, trzeba było siano przenosić przez wodę – dorzuca jego sąsiad z Topiłówki pan Stanisław (rozmawia chętnie, ale nie chce podać nazwiska). Poprawia słomiany kapelusz na głowie i dodaje: – A pamiętasz, rzeką chodziła specjalna kosiarka i oczyszczała nurt.

Giną storczyki, odlatują ptaki

Na wykaszanych i nasłonecznionych stanowiskach mógł wyrosnąć miodokwiat krzyżowy, roślina chroniona z rodziny storczykowatych. To o niego przede wszystkim walczyli ekolodzy znad Rospudy.

Od wielu już lat rolnicy nie koszą nadrzecznych łąk. Dlatego zarastają nie tylko szuwarami, ale i rozsiewającymi się drzewami. Stanowiska storczyka ulegają likwidacji. – Za kilkadziesiąt lat będą tu bory bagienne – przewiduje Tomaszewicz. Nic nie zostanie z tego, co chcieli ochronić ekolodzy.

Zmiany, które następują nad Rospudą, nie omijają także ptactwa, w którego obronie rzekomo występowali „zieloni”. – Zmniejsza się populacja bociana białego, bociana czarnego – wylicza prof. Jan Szyszko, specjalista m.in. w dziedzinie użytkowania zasobów przyrodniczych i ekologii, były minister środowiska w rządzie PiS-u. Znad Rospudy wynoszą się puchacze, a nawet orlik krzykliwy, który tam gniazdował. Dlaczego tak się dzieje? Ptaki te żerują na podmokłych łąkach, a one znikają. A wraz z nimi ptaki.

Dolina Rospudy podlega dewastacji nie z powodu przecinającej ją estakady. Zabija ją natomiast brak oczyszczalni ścieków i to, że została pozostawiona sama sobie. Ale to nie interesuje już „zielonych”. Kiedy zadzwoniliśmy do WWF, jednej z organizacji ekologicznych, która protestowała przeciw budowie obwodnicy i chcieliśmy ją zainteresować dewastacją środowiska w dolinie, usłyszeliśmy w słuchawce: – Proszę napisać do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska.



Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze
Władze USA ostrzegają. Podróż do Arabii…

Władze USA ostrzegają. Podróż do Arabii…

Prezydent Ukrainy zwołał gabinet…

Prezydent Ukrainy zwołał gabinet…

Polski arcybiskup obejmie wysokie stanowisko…

Polski arcybiskup obejmie wysokie stanowisko…

Udawali policjantów. Wyłudzili ponad 200…

Udawali policjantów. Wyłudzili ponad 200…

„Państwo Islamskie zostało pokonane…

„Państwo Islamskie zostało pokonane…

Sasin o rozmowie z Komorowskim tuż po katastrofie smoleńskiej: Pierwsze pytanie i słyszę z uśmiechem: „No co tam słychać?”

/ fragment plakatu arch. GPC

Gościem programu Doroty Kani „Koniec Systemu” był poseł Prawa i Sprawiedliwości Jacek Sasin. Mówi on wprost o całej operacji wymierzonej przeciwko prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu oraz generałowi Andrzejowi Błasikowi. Ujawnia również, w jakich okolicznościach spotkał się z Bronisławem Komorowskim. „Mój pierwszy kontakt z Komorowskim? Odniosłem wrażenie źle skrywanej radości i zadowolenia ” - wspomina Jacek Sasin.

Według posła Sasina dziś już nie da się ukryć, że ws. katastrofy smoleńskiej prowadzona była operacja, która miała na celu zdyskredytować tych, którzy 10 kwietnia zginęli pod Smoleńskiem.

- Ode mnie był sprzeciw wobec raportu MAK. Było widać, że dzieje się jakaś operacja. Tam nie było przypadków. W niektórych polskich mediach zaczęły się pojawiać nagle jakieś niesprawdzone materiały, które miały podbudowywać tezę MAK-u. Z tego zrobiono sensację, pojawiały się cały czas jakieś stenogramy. Ktoś, jakiś ośrodek sterował tą operacją, aby nas wszystkich przekonać, że za tą katastrofę odpowiadają Ci wszyscy którzy przebywali w samolocie, na czele z Prezydentem. To jest do dzisiaj spotykane. Jeśliby spojrzeć na oficjalne dokumenty Millera - najpierw był zamysł by obciążyć Prezydenta, potem się cofnięto i na ofiarę nagonki wybrano gen. Błasika – mówi Jacek Sasin.

Jednocześnie polityk zwraca uwagę, że Donald Tusk musiał o wszystkim wiedzieć, ponieważ w poszczególne działania zamieszani byli politycy z jego najbliższego otoczenia.

- Nie mam wątpliwości, że o wszystkim wiedział Donald Tusk. Jerzy Miller był ministrem spraw wewnętrznych w jego rządzie. To nie mogło się dziać bez przyzwolenia Tuska. Urlop Tuska w tym czasie to by taki unik przed byciem w centrum uwagi, kiedy poszedł pierwszy przekaz rosyjski. Tusk włączył się dopiero później, kiedy komisja Millera zaczęła działać. Myślę, że Tusk był inicjatorem tego jak działała komisja Millera – mówił w rozmowie z Dorotą Kanią poseł Sasin.

Na antenie Telewizji Republika poseł Jacek Sasin wspomina także pierwsze chwile po katastrofie smoleńskiej.

- Wtedy nie miałem zupełnie wiedzy jak ta katastrofa nastąpiła. Wiedziałem tylko tyle, że samolot się rozbił. Dowiedziałem się w Katyniu, ze doszło do jakiegoś wypadku. O skali tragedii zdałem sobie sprawę gdy dotarłem na miejsce katastrofy. Posiadałem tylko te informacje, które były oficjalne. Pierwsze wątpliwości pojawiły się u mnie, kiedy dowiedziałem się z jak niskiej wysokości spadł samolot. Byłem na  miejscu i widziałem skalę zdarzenia. Teren był bagnisty. Nie było leja, nie było zagłębienia. Nie było śladu poważnego zniszczenia gruntu. Mało prawdopodobne wydało mi się, że samolot zahaczył o drzewa i spadł – powiedział Jacek Sasin.

Zwraca również uwagę na zachowanie Bronisława Komorowskiego.

- Mój pierwszy kontakt z Komorowskim? Odniosłem wrażenie źle skrywanej radości i zadowolenia. To mną wstrząsnęło. Taka rubaszność. Rozmawiał o katastrofie smoleńskiej jak o zwykłym zdarzeniu. Pierwsze pytanie i słyszę z uśmiechem: »No co tam słychać?«. To budziło mój niesmak – powiedział poseł Jacek Sasin w programie „Koniec systemu”.

Źródło: niezalezna.pl, Telewizja Republika

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl