Arogancja Donalda Tuska – doskonały symbol arogancji władzy jako takiej – nie była w ostatnich miesiącach spowodowana jedynie jego drugim z rzędu zwycięstwem w wyborach parlamentarnych. Premier grał już w co innego niż jego partia. Platforma nadal ćwiczyła się w przaśnym cymbergaju (albo grała w tysiąca), ale jej lider patrzył na to z politowaniem: on licytował właśnie wysokie stawki w europejskim pokerze. PO koncentrowało się na utrzymaniu władzy, poszerzaniu synekur i dalszym wyciskaniu Polski niczym cytryny. Ale Tusk w tym czasie walczył już o inny cel – fotel szefa Komisji Europejskiej, który zwalnia się w lipcu 2014 r. (pisałem o tym jako pierwszy, m.in. na portalu Niezależna.pl). Temu celowi podporządkował wszystko. Przeprowadzenie pseudoreformy emerytalnej wbrew związkom zawodowym i większej części opinii publicznej jest samobójstwem dla polityka, który we własnym kraju chce poddać się jeszcze weryfikacji wyborczej. Ale nie jest samobójstwem dla kogoś, kto chce pokazać Berlinowi czy Brukseli, że wprowadza niepopularne reformy czy „trzyma w ryzach dyscyplinę finansową”(!). Dla premiera III RP punktem odniesienia nie jest już więc Rzeczpospolita, ale elity europejskie, które będą decydowały o jego eurofotelu.
Brukselska mara Donalda
Tyle że ten Tuskowy cel w ostatnich dniach mocno się oddalił. Zamiast snu o Brukseli coraz wyraźniej widać, że na horyzoncie jawi się mara głośnej europejskiej klęski Tuska. Pierwszy cios nastąpił z Paryża. Był to lewy sierpowy. Zadał go dotychczas pozostający raczej w cieniu politycznego boksu François Hollande. Mniej ważne w kontekście planów Tuska, że to francuski socjalista wygrał wybory nad Sekwaną, ważniejsze, że przegrał je Sarkozy. Poparcie „Sarko” miał bowiem szef PO obiecane od kanclerz Merkel, skądinąd matki chrzestnej pomysłu wyeksportowania Tuska z Warszawy do Brukseli i osadzenia go jako następcy Barroso (pełniącego przecież wcześniej funkcję premiera Portugalii). To załamanie się osi Paryż–Berlin poprzez wynik francuskich wyborów było jednak tylko pierwszym nokdaunem Donalda. Drugi raz pan premier był liczony po tygodniu. Tym razem na niemieckim ringu. A konkretnie w największym landzie RFN: Nadrenii Północnej-Westfalii. W tym zamieszkanym przez 18 mln obywateli kraju związkowym partia Angeli Merkel poniosła w wyborach lokalnych największą katastrofę w historii, uzyskała najgorszy z dotychczasowych wynik – 26 proc. poparcia i została znokautowana przez SPD przewagą 12 proc.(!). Co gorsza, siostrzana partia Platformy Obywatelskiej – Zieloni otrzymała tam ponad 12 proc. – a więc prawdopodobna koalicja czerwono-zielona dostała ponad połowę głosów! To wieści-baty dla niemieckiej chadecji także w przyszłorocznej kampanii do Bundestagu.
Kłopoty patronki
Ale to nie tylko niemiecki centroprawicowy ból głowy czy zmartwienie zakochanego w CDU (z wzajemnością) Władysława Bartoszewskiego. To przede wszystkim problem dla Tuska. Co prawda Gerhard Schroeder, gdy wygrywał wybory drugi raz z rzędu, rok przed ich terminem miał złe notowania, porównywalne do dzisiejszych notowań kanclerz Merkel. Potrafił jednak z tego politycznego korkociągu wyjść. Dziś premier Tusk może się tylko modlić (nie klękając przed biskupem), żeby Frau Angela poszła w ślady Herr Gerharda. Jeśli bowiem – jak olbrzymia większość ekspertów uważa – przyszłoroczne wybory wygra SPD i utworzy rząd z Zielonymi (jedynym z tradycyjnie dwojga przywódców tej drugiej partii jest niemiecki Turek, mój dobry kolega z europarlamentu Cem Özdemir) nawet bez wsparcia Partii Piratów (w ostatnią niedzielę rewelacyjny wynik w Nadrenii Północnej), to będzie to oznaczało już definitywną klapę euroambicji premiera III RP. Koalicja niemiecko-francuska, która stała za jego potencjalnym wyborem na szefa KE za 2 lata i 2 miesiące, już się rozpadła. Główny protektor Tuska, pani Merkel, walczy o polityczne przetrwanie i ma inne kłopoty niż załatwianie fotela w Brukseli swojemu wiernemu pomocnikowi.
Desinteressement Hollande’a
Pojawiały się głosy – już po pierwszej wizycie François Hollande’a w Berlinie i po okładce amerykańskiego „Time’a”, gdzie pod zdjęciem francuskiego prezydenta elekta umieszczono podpis „Bonjour, Angela” – że w miejsce tego, co nazywano do tej pory Merkozy, powstanie Merkollande. Nie sądzę. „Sarko” i Merkel byli z tej samej opcji politycznej. Obecnie najważniejsi politycy obu tych państw są z obozów przeciwnych. Oczywiście, bywały w historii Francji i Niemiec sytuacje świetnej współpracy mężów stanu z różnych opcji, dowodem choćby świetna chemia, jaka była między kanclerzem Helmutem Kohlem a prezydentem François Mitterrandem. To jednak nie jest ta sytuacja. Hollande nie zainwestuje w relację z Merkel, by nie psuć wyborczych szyków siostrzanej partii francuskich socjalistów – niemieckiej SPD.
Rondo Schumanna, przy którym urzęduje szef KE, w ostatnich dniach oddaliło się znacznie od Al. Ujazdowskich w Warszawie, gdzie wciąż urzęduje niedoszły następca Barroso – Donald Tusk.
