Kto chce dopaść „króla Polin”? "Gazeta Polska" ostrzegała przed atakami na Danielsa

/ Tomasz Hamrat

Wojciech Mucha

Dziennikarz, reporter i publicysta mediów związanych ze Strefą Wolnego Słowa (od 2011 r.).

Kontakt z autorem

  

Dzisiaj Jonny Daniels poinformował, że ktoś przeciął opony w jego samochodzie. Nie był to pierwszy atak na niego. "Gazeta Polska" już kilka tygodni temu ostrzegała, że dojdzie do podobnych, skandalicznych zdarzeń.

Jonny Daniels, od dawna dbający o dobre relacje polsko-izraelskie, opublikował dziś na Twitterze zdjęcie uszkodzonych opon w swoim aucie. Stało się to akurat w dniu, w którym składał policji zawiadomienie o atakach na siebie.

CZYTAJ WIĘCEJ: Atak na Jonny'ego Danielsa. Przecięte opony w samochodzie - kto mógł to zrobić?!

Informacja o tym ataku wywołała oburzenie, ale warto pamiętać, że już kilka tygodni temu "Gazeta Polska" w tekście Wojciecha Muchy ostrzegała przez podobnym scenariuszem.


W internecie króluje nienawiść. Także po „prawej stronie”. Antysemici, zwolennicy opuszczenia Unii Europejskiej, ukrainofobi, wreszcie wszelakiej maści podpuszczani przez „liderów opinii” anonimowi hejterzy i wyznawcy teorii spiskowych. Wszyscy oni pod płaszczykiem „mówienia niewygodnej prawdy” nie tylko zaśmiecają debatę publiczną. Szantażują także partię rządzącą, która boi się raz na zawsze wypchnąć ich na margines. To może skończyć się źle.

„Uwaga! Jonny Daniels wraz z agentami Mossadu planuje dokonać prowokacji podczas Marszu Niepodległości 11 listopada 2018 roku. Mossad ma zielone światło od parcha tego rządu RP na urządzenie drugiego Majdanu! Informacje potwierdzone z kilku źródeł! Czas zneutralizować szkodników Polski! Jonny Daniels – persona non grata!”. To tylko jedna z setek anonimowych pogróżek, które każdego dnia dostaje Jonny Daniels, założyciel fundacji From the Depths. Życzenia śmierci, wulgarne fotomontaże, wreszcie antysemickie komentarze i grafomańskie elaboraty obwiniające Żydów o zbrodnię katyńską i wszelkie zło świata. A samego Danielsa o administrowanie „budową na ziemiach polskich Państwa Polin” – okupowanej przez Izrael enklawy dla Żydów.

Wróciła normalność

O Jonnym Danielsie pisaliśmy w ubiegłym roku („Gazeta Polska” nr 39 z 27 września 2017). Ten sprawny PR-owiec i działacz żydowski przebojem wdarł się w polską politykę. Nie ukrywa swojej sympatii do polityków Prawa i Sprawiedliwości. Wiadomo, że regularnie spotykał się z wicepremierem Morawieckim i jego otoczeniem, a także z Jarosławem Kaczyńskim, czym obaj ściągnęli na siebie furię „prawdziwych” polskich środowisk żydowskich. Sergiusz Kowalski, związany z Platformą Obywatelską i Fundacją Batorego, współtwórca polskiego oddziału B’nai B’rith (loża Polin), stwierdził nawet, że zarówno Daniels, jak i towarzyszący mu Artur Hofman, przewodniczący Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce, oraz dwaj rabini odłamu ortodoksyjnego Chabad-Lubawicz, „legitymizowali w ten sposób autorytarne rządy PiS-u”. Gromy na Danielsa ciskała także „Gazeta Wyborcza”. Piórem Tomasza Piątka (znanego z fantazjowania na temat szefa MON Antoniego Macierewicza) połączyła Danielsa jednocześnie m.in. z Trumpem, Netanjahu, Putinem i amerykańskim senatorem lobbystą Alfonse D’Amato.

Wszystko to było nawet zabawne. Można było śmiać się ze skostniałych środowisk żydowskich, którym nagle odebrano monopol na dyskusję o relacjach na linii Polska–Izrael, a z fobii „Gazety Wyborczej” zawsze miło pożartować. Sprawa zaczęła robić się poważna, kiedy wybuchł kryzys związany z nowelizacją ustawy o IPN – tej, która wywołała awanturę na całym świecie i która szczęśliwie zakończyła się porozumieniem pomiędzy Polską a Izraelem – przypomnijmy, że treść tego porozumienia pojawiła się w kluczowych dziennikach świata, a dziś po aferze nie ma śladu. Więcej – jak zwrócił uwagę Marek Magierowski, ambasador RP w Izraelu, normalnością stało się, że gazety w tym kraju piszą wprost o „niemieckich obozach śmierci”. Wcześniej nie było to standardem. Wydawałoby się, że pojawia się normalność.

Niekoronowany król Polin

Ale nie oznacza to wcale, że wraz z końcem kryzysu zniknęły antysemickie nastroje reprezentowane przez część prawicowej „szurii”. Anonimowi hejterzy oraz część radykalnych komentatorów i polityków znalazła sobie nowy obiekt do kanalizowania swoich spiskowych teorii. Jonny’ego Danielsa.

Hejt anonimowy to rak internetu. Zalew wulgarnych komentarzy i wyzwisk to coś, na co każdy uczestnik debaty publicznej musi być uodporniony. Nie pomaga blokowanie wulgarnych użytkowników, na nic zdaje się zgłaszanie pogróżek. Na miejsce jednego zablokowanego trolla przychodzi kilku kolejnych. Można machnąć na to ręką. Gorzej, jeśli do szczucia zabierają się osoby publiczne, o posłuchu, jako takim autorytecie i rozpoznawalnej twarzy.

Jednym z rzekomo merytorycznych krytyków Danielsa jest dr Ewa Kurek. Kontrowersyjna historyk znana głównie z domagania się ekshumacji w Jedwabnem i niuansowania sytuacji Żydów w gettach, określa Danielsa jako „niekoronowanego króla Polski”. Poszło o to, że pytany przez „Gazetę Lubelską” prezes fundacji From The Depths powiedział: „Nawet jeśli pod tą inicjatywą [ekshumacji w Jedwabnem] podpisze się 40 milionów osób, ekshumacja w Jedwabnem nie odbędzie się. To jest sprzeczne z prawem żydowskim, żydowskie dusze wystarczająco już cierpiały i nie ma potrzeby, żeby cierpiały ponownie”. Cóż, wypowiedź być może i emocjonalna, dość jednak powiedzieć, że ciągłe postulowanie ekshumacji w Jedwabnem jest idée fixe tych samych środowisk, które uważają Katyń za „żydowską zbrodnię” i do których nie dociera fakt, że ekshumację zablokował nie Jonny Daniels, a śp. prezydent Lech Kaczyński, mając na uwadze delikatność sprawy (tradycja żydowska mówi o nienaruszalności spokoju szczątków za wyjątkiem przewiezienia ich do Ziemi Świętej).

Na czele atakujących Danielsa jest także były ksiądz, dziś internetowy furiat Jacek Międlar, który pisze, że „Jonny Daniels i American Jewish Congress to zakamuflowana opcja antypolska, która kręci się przy polskiej prawicy”. Międlar znany jest z teorii na temat tego, że „Żydzi obsadzają Stolicę Apostolską” i „realizują postulaty Hitlera”, a obecnie trwa „żydowska okupacja Polski!”. W swoim filmie „przybliża sylwetkę Danielsa”, dowodząc, że fakt zrobienia sobie przez Danielsa zdjęcia z politykami jest dla nich kompromitujący. Dowodzi także, że fakt służenia Danielsa w izraelskiej armii jest „porównywalny ze służbą w NKWD i SS”. Oczywiście obrywa się przy okazji Jarosławowi Kaczyńskiemu za to, że porównał antysemityzm do wrogości wobec państwa Izrael. W swoim wywodzie Międlar przekonuje także, że Daniels „instaluje w Polsce państwo Polin”.

Jonny kradnie drzewo z lasu

Ale swoje dokładają także teoretycznie rozsądni politycy opcji narodowej. I tak Krzysztof Bosak, jeden z liderów Ruchu Narodowego, swój wpis w portalu Twitter dotyczący wycofaniu się przez PiS z nowelizacji ustawy o lasach państwowych zilustrował zdjęciem Jonny’ego Danielsa z leśnikami: „Foto z leśnikami dodaję dla atencji” – napisał, uruchamiając lawinę wyzwisk i oskarżeń: „Żydy chciały łapska położyć na lasach państwowych” – to jeden z lżejszych komentarzy pod wpisem Bosaka. Tymczasem w samym zdjęciu nie ma żadnej tajemnicy – Daniels zorganizował przedstawicielom izraelskiego parlamentu wizytę w Wilczym Szańcu, gdzie znajdował się bunkier Adolfa Hitlera. Jak czytamy na stronie lasów państwowych: „Przedstawiciele władz Izraela podziękowali polskim leśnikom za opiekę nad tym szczególnym miejscem. – W imieniu Izraelczyków dziękuję polskim leśnikom za opiekę nad tym miejscem. Dziękuję, że pokazujecie wszystkim, że w tym miejscu przebywali źli i szaleni ludzie, którzy chcieli zniszczyć świat i zlikwidować naród żydowski, a później polski. Dziękuję wam za to, że jesteście strażnikami historii – mówił Yehiel Bar, wiceprzewodniczący Knesetu”.

– Jonny Daniels nie ma łatwego życia, jest atakowany z kilku stron. Izraelska lewica atakuje go za wspieranie premiera Netanjahu, polska skrajna prawica za sympatyzowanie z PiS. Daniels jest atakowany przez antysemitów, przez prorosyjskich aktywistów ze środowisk narodowych

– mówi „Gazecie Polskiej” Andrzej Pawluszek, jeden z doradców premiera Mateusza Morawieckiego. – Również część środowisk żydowskich w Polsce z zazdrością obserwuje jego publiczną aktywność. Często obrywa również od środowisk, które miały monopol na wypowiadanie się w sprawach polsko-żydowskich w ciągu ostatnich 30 lat. Nagle pojawia się ktoś o wrażliwości prawicowej, który do tego dobrze mówi o Kaczyńskim i Morawieckim. To naturalnie nie może się im podobać – dodaje.

Cóż, jeśli to, co dzieje się wokół Danielsa i szerzej – wokół relacji polsko-izraelskich – coś może nam przypominać, to atmosferę, która po protestach na kijowskim Majdanie wybuchła w relacjach pomiędzy Warszawą i Kijowem. Każda próba dialogu politycznego z Ukrainą była przedstawiana jako „uległość wobec banderowców”. Atakowano dziennikarzy (zniszczenie drzwi Samuela Pereiry, zbudowanie nagrobka Dawidowi Wildsteinowi, posądzanie Tomasza Sakiewicza o otrzymanie orderu od ukraińskich służb specjalnych). Skończyło się na tym, że politycy prawicy świadomie – zapewne w obawie o posądzenie o „banderyzm” – rezygnowali i dalej rezygnują z udziału we wspólnych uroczystościach i dialogu z Ukrainą, a w konsekwencji relacje obu krajów ochładzały się do poziomu nieznanego od lat. Dziś antysemicki hejt, który znalazł sobie w Jonnym Danielsie idealny cel do ataku, może doprowadzić do podobnej sytuacji. Antysemicka „szuria” może zatriumfować, jeśli kolejni politycy i działacze stwierdzą, że „nie warto się wychylać”. Skutki łatwo przewidzieć.

Oswajanie „szura”

Przykład ataków na Jonny’ego Danielsa jest symptomatyczny. Brak jest jakichkolwiek dowodów na jego szkodliwą działalność. Przeciwnie – należy docenić zarówno jego aktywność na rzecz uhonorowania Polaków ratujących Żydów podczas II wojny światowej, jak i działania na rzecz zbliżenia Polski i Izraela. Tymczasem w sieci nietrudno natknąć się na teksty w stylu: „Dla mnie żaden z Polskich polityków spotykających się z polonofobem Danielsem nigdy nie zdobędzie szacunku”. To wpis anonimowego internauty, powielany jednak masowo. A co, jeśli na podatny grunt trafią także wezwania o „wyeliminowanie parcha”? Taka prowokacja byłaby katastrofą, jakiej skalę trudno sobie wyobrazić.

Niestety – PiS wciąż nie chce odciąć się do szantażujących go antysemitów, ukrainofobów, polexitowców, antyszczepionkowców i innych „prawdziwych Polaków” w typie awanturników, rozkręcających na nowo awanturę o pomnik Katyński w New Jersey. Ale PiS nie zyskuje na tym nic. Traci za to wiarygodność partii, która może zrobić coś więcej, niż pójść na ustępstwo trollom i wariatom. Co więcej – hoduje ich i daje im paliwo.

A dzieje się tak dlatego, że w Prawie i Sprawiedliwości wciąż silna jest obawa przed działaniami niepopularnymi dla radykalnego elektoratu, a co za tym idzie – przed „powstaniem opcji na prawo” – zrzeszającej pod sztandarem „wielkiej Polski” wszelkie marginalne środowiska. Opcji, która jeśli nawet nie wejdzie do Sejmu, to odbierze partii Jarosława Kaczyńskiego kilka kluczowych procentów.

I jeszcze jedna sprawa. Obok nacjonalistycznego i antysemickiego planktonu, który poprzyczepiał się tu i ówdzie do nogawek Dobrej Zmiany, kręcenie awantury wokół Izraela, Ukrainy czy pomnika Katyńskiego jest na rękę komuś jeszcze. Nie bez powodu to rosyjska agencja informacyjna Sputnik jako jedna z nielicznych podgrzewała atmosferę wokół decyzji o przeniesieniu monumentu. A kim są setki „anonimowych rozsiewaczy prawdy”? Pozostaje się domyślać.

 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

A ci dalej... jak nie ulica, to zagranica. Schetyna pojechał do Merkel. Po co? Wersji jest wiele

/ twitter.com/SchetynadlaPO

  

Szef Platformy Obywatelskiej udał się z wizytą do Berlina, gdzie spotkał się z kanclerz Niemiec Angelą Merkel. Spotkanie wywołało ogromne kontrowersje w Polsce, biorąc pod uwagę fakt, iż rozmowy miały oscylować wokół tematów, o których na szczeblu bilateralnym powinien dyskutować rząd i jego przedstawiciele, a nie "totalna opozycja". W sieci zawrzało.

Grzegorz Schetyna pojechał dziś do Niemiec, by spotkać się z kanclerz Angelą Merkel. Na Twitterze zamieścił informację, że rozmowy dotyczyły m.in. środków europejskich dla samorządów, Nord Stream 2 czy polityce Unii Europejskiej po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Tematy wydają się bardziej poważne. Sęk jednak w tym, że Schetyna... niewiele znaczy w polskiej polityce, jego partia nie jest bowiem przy władzy. Jest za to jednym z liderów "totalnej opozycji", która nie raz ruszała ze skargami na własny kraj do Europy.

Internauci nie pozostawili na Schetynie suchej nitki, zastanawiając się, jakim cudem polityk Platformy Obywatelskiej prowadzi rozmowy na tak wysokim szczeblu i w czyim imieniu tam występuje.

Do sprawy spotkania Schetyny z Merkel odniósł się też dziś marszałek Senatu Stanisław Karczewski.

 - Ciekaw jestem, bo pytali mnie właśnie przedstawiciele Konsultacyjnej Rady Polonijnej, czy będzie Grzegorz Schetyna rozmawiał o nauczaniu języka polskiego w Niemczech, czy będzie rozmawiał o mniejszości polskiej w Niemczech, czy będzie rozmawiał o naszych interesach, czy będzie rozmawiał o interesach PO?" - pytał marszałek Senatu. - Wolałbym i chciałbym, aby zawsze każdy polityk miał i z tyłu i z przodu głowy interes Polski - interes nas Polaków i Polek - dodał.

W swoim stylu spotkanie w Berlinie skomentował też poseł WiS Adam Andruszkiewicz. On nie ma wątpliwości co do tego, jaki był prawdziwy cel wizyty Schetyny w Berlinie.

 

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl