Czy Berlin poszedł po rozum do głowy? Niemiecki rząd ogranicza przyjęcie przybyszy z Bliskiego Wschodu

/ By Ggia - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=45246844

  

Nawet słynny kreator mody Karl Lagerfeld, krytycznie nastawiony do polityki migracyjnej kanclerz Niemiec Angeli Merkel, zapowiedział dziś, że zrzeknie się niemieckiego obywatelstwa, jeżeli władze w Berlinie nadal będą przejmowały tak wielką liczbę imigrantów z Bliskiego Wschodu. Wychodząc naprzeciw nastrojom społecznym, rząd w Berlinie przyjął nowy projekt ustawy o łączeniu rodzin uchodźców z Syrii objętych niepełną, czasowo ograniczoną ochroną. Od 1 sierpnia, do Niemiec będzie mogło wjechać maksymalnie 1000 najbliższych krewnych imigrantów.

Według Lagerfelda polityka migracyjna Merkel doprowadziła do tego, że populistyczna i antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD) dostała się do Bundestagu.

Czy musiała mówić, że trzeba przyjąć milion migrantów (...)? Musimy pamiętać o przeszłości Niemiec. Nienawidzę pani Merkel za to, że o tym zapomniała

- powiedział słynny projektant w wywiadzie dla francuskiego tygodnika „Le Point”, w którym po raz kolejny skrytykował niemiecką kanclerz.

Chciała pokazać się z dobrej strony. Będąc córką pastora, nie znosi zła, jakie Niemcy wyrządziły innym po 1939 roku. Paradoks polega na tym, że chcąc naprawić to zło, ona przyśpieszyła jego dojście do władzy. AfD nie istniało, a jedno zdanie (Merkel) sprawiło, że istnieje (...) i w parlamencie jest teraz (blisko) stu neonazistów

 - podkreślił dyrektor artystyczny Chanel.

Jeśli to się nie skończy, zrezygnuję z niemieckiego obywatelstwa. Nie chcę być częścią tego neonazistowskiego klubu

 - zaznaczył Lagerfeld.

 Reagując na nastroje społeczne niemiecki rząd przyjął projekt ustawy o łączeniu rodzin uchodźców z Syrii objętych niepełną, czasowo ograniczoną ochroną. Od 1 sierpnia do Niemiec będą wpuszczani ich najbliżsi krewni, maksymalnie 1000 osób miesięcznie - podaje Deutsche Welle.

Uważam, że znaleźliśmy bardzo rozsądne rozwiązanie

- oświadczył wczoraj minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer po posiedzeniu niemieckiego rządu.

Stwierdził, że ustawa jest „odpowiedzialnym kompromisem” uwzględniającym  interes rodzin migrantów i możliwościami adaptacyjnymi w niemieckim społeczeństwie.  

Uchodźcom objętym niepełną ochroną nie będzie przysługiwać prawo do sprowadzania rodzin. Będą oni mogli natomiast skorzystać z możliwości humanitarnego kontyngentu liczącego maksymalnie 1000 osób miesięcznie.

- dodał Seehofer  

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Niemiecki minister zapewnia, że w kraju jest coraz bezpieczniej. Obywatele mają zgoła inne zdanie

Poinformował również, że począwszy od 1 sierpnia władze będą mogły zezwolić członkom najbliższej rodziny na połączenie się z rodziną, przebywającą na terenie Niemiec - ze względów humanitarnych.

Ograniczenie liczby przyjezdnych do 1000 miesięcznie odpowiada  możliwościom ich adaptacji w niemieckim społeczeństwie - tłumaczył minister.

Aby uniknąć nadużyć, władze będą uznawały tylko małżeństwa zawarte przed ucieczką z kraju pochodzenia.  Osoby uznane za zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego, nie dostaną pozwolenia na przyjazd 

- zastrzegł Seehofer. 

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Pierwszy taki raport niemieckiej policji. Zatrważające dane o przestępczości imigrantów

Migranci którzy weszli w kolizję z prawem i  podejrzani o potencjalną możliwość dokonania zamachów terrorystycznych nie będą mogli skorzystać z zapisów ustawy.

Dotychczas wpłynęło 26 tys. wniosków o wizę od krewnych uchodźców, korzystających w Niemczech z ograniczonej ochrony.

Ograniczona ochrona przysługuje migrantom, którzy nie mogą otrzymać azylu, ale pochodzą z terenów objętych działaniami wojennymi, i odesłanie ich do kraju pochodzenia grozi utratą życia. Większość uchodźców spełniających te kryteria pochodzi z Syrii.

 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: dw.com, niezalezna.pl,

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

„Kler” Smarzowskiego niczym „Klątwa”? Subtelność młota pneumatycznego. NASZA RECENZJA

"Kler" od piątku w kinach / fot. Bartosz Mrozowski/Kino Świat/mat.pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl i \"Gazety Polskiej\".

Kontakt z autorem

  

O „Klerze” Wojciecha Smarzowskiego powiedziano i napisano wiele, jeszcze na długo przed premierą. I nic dziwnego - film, który przełamuje tabu i z subtelnością młota pneumatycznego dokonuje wiwisekcji na polskim Kościele, nie mógł przejść bez echa. Niestety, podobnie jak Frljiciowi w „Klątwie”, tak Smarzowskiemu w „Klerze” o żadne katharsis nie chodzi. A szkoda.

Tytułowy kler ukazany w filmie wedle wizji Wojciecha Smarzowskiego dopuszcza się wszystkich siedmiu grzechów głównych, przed którymi wiernych przestrzega katechizm. Zgodnie z hasłem promującym „Kler” - „nic co ludzkie, nie jest im obce”. Księża w „Klerze” nadużywają alkoholu (obraz zaczyna się od sceny wyścigów w piciu wódki), są gnuśni, pyszni i unoszą się gniewem. Zazdroszczą kolegom z seminarium, knują przeciw sobie, są zaślepieni chciwością i rozpustni do tego stopnia, że nie mogąc pohamować najniższych popędów, dopuszczają się niewybaczalnych nadużyć i wykorzystują słabość i niewinność nieletnich, o płomiennym romansie z gospodynią z plebanii nie wspominając. Słynący ze swojej bezkompromisowości Smarzowski nie daje kościelnym dostojnikom taryfy ulgowej - i podobnie jak wcześniej w „Drogówce”, punktuje z precyzją skalpela i subtelnością młota pneumatycznego wszystkie najgorsze przywary i stereotypy środowiska.

Głównych bohaterów, księży Kukułę (Arkadiusz Jakubik), Trybusia (Robert Więckiewicz) i Lisowskiego (Jacek Braciak) poznajemy podczas suto zakrapianej alkoholem kolacji. Kapłani siedzą „w cywilu” - bez sutann i koloratek - i wesoło drinkują, na zmianę ścigając się w piciu wódki na czas i rywalizując w odgadywaniu przytaczanych losowo fragmentów Biblii. W tle akompaniuje im Kazik Staszewski i jego „Maria ma syna”. Gdyby nie te nawiązujące do kościelnej rzeczywistości elementy, widz nie miałby pojęcia, że ci najwyraźniej świetnie bawiący się, pijani mężczyźni to księża. Kapłani, którzy za chwilę pójdą spowiadać, udzielać ostatniego namaszczenia i rozdawać wiernym Ciało Chrystusa.

Dopiero, gdy akcja przenosi się do parafii każdego z nich, wszystko wraca do „normy”. A „norma” u Smarzowskiego jawi się wprost zatrważająco: kapłani żyją rozpustnie - ks. Trybuś ma romans z mieszkającą na plebanii Hanką (Joanna Kulig) i wyłudza od wiernych ciężkie pieniądze, rzekomo należące się za udzielanie sakramentów, ks. Kukuła udaje się na podejrzane schadzki z jednym z ministrantów, a ks. Lisowski okazuje się wyrachowanym karierowiczem, który za cenę kariery w Watykanie i staranne ukrycie swoich własnych grzechów nie cofnie się przed niczym - z łapówkami, szantażem i tuszowaniem zbrodni włącznie.

Patologie przedstawiane przez Smarzowskiego nie są niczym nowym. Reżyser porusza temat pedofilii w Kościele (trzeba przyznać, że klimat filmu ciekawie wpisuje się w tło ujawnionych niedawno skandali seksualnych podczas niedawnej wizyty papieża Franciszka w Irlandii - stąd „Kler” zyskuje szczególny wydźwięk), finansowych przekrętów dotyczących hierarchów wysokiego szczebla, walki wewnętrznych frakcji - w których króluje dostojnik o jakże znamiennym nazwisku - arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos), i ogólnej „zgnilizny moralnej” panującej w strukturach kościelnych (dostaje się nawet siostrom zakonnym). I o ile w pierwszej połowie filmu przedstawiane przez Smarzowskiego przywary dostarczają niezłej dawki humoru, o tyle to, co dzieje się później, a zwłaszcza finał, stopniowo ścierają z twarzy widza rozbawienie, które ustępuje miejsca przerażeniu, obrzydzeniu i załamaniu tym, co właśnie mu zaserwowano. W tym kontekście „Kler” nie jest i nie może być poważną diagnozą kondycji polskiego katolicyzmu. Za dużo tu subiektywizmu, chęci zaszokowania i ekstrapolowania mimo wszystko marginalnych patologii na cały organ kościelny.

W tym sensie „Kler” nie jest w stanie wierzącym i praktykującym katolikom - zarówno tym „zwykłym”, jak i osobom duchownym, zaszkodzić. Podobnie jak „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej jest pastiszem parodiującym mentalność polskiej prowincji, podczas gdy kompletnie nie oddaje jej prawdziwej - nomen omen „twarzy” - tak „Kler” Smarzowskiego do pewnego stopnia w prześmiewczy sposób bierze na muszkę i odbija w krzywym zwierciadle największe grzechy Kościoła. I jako taki, spełnia swoje zadanie - spuszcza powietrze z tematu, który w konserwatywnej, pozostającej w silnym związku z religią Polsce, wciąż budzi kontrowersje, pokazując, że dla filmowca nie ma tematów tabu.

Problem pojawia się w momencie, gdy Smarzowski próbuje uderzać w moralizatorski ton i usiłuje kamerą „wymierzać sprawiedliwość” kościelnym grzechom. Już od pierwszych kadrów da się odczuć, że „Kler” nie jest manifestem zatroskanego o losy Matki Kościoła wiernego. Smarzowski, jako zdeklarowany ateista, z definicji nie jest w stanie ująć ogromnej złożoności Kościoła jako świętej wspólnoty grzeszników (zresztą z tych słów reżyser w bezpośredni sposób w filmie kpi), stąd jego „diagnoza” siłą rzeczy naznaczona będzie skrajnym subiektywizmem i perspektywą zewnętrznego obserwatora. Perspektywą, którą wszyscy wierzący powinni wziąć pod uwagę - bo choć trudną, to przecież wartościową (wedle zasady, że „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”), ale za nic w świecie nie mogącą pretendować to poważnej oceny środowiska kościelnego.

Smarzowski, niczym Oliver Frljić w „Klątwie” nie stawia na dialog i konstruktywną dyskusję, ale na wstrząśnięcie widzem, wywołanie jak największej kontrowersji. Pół biedy, jeśli ta kontrowersja miałaby czemuś służyć. Tutaj - nad czym osobiście ubolewam - szansę na uczciwy dialog zmarnowano.

Podobnie jak w niedawnym filmie braci Ludwiga i Paula Shamassianów pt. „Gniew”, również dotyczącym nadużyć seksualnych wśród duchownych, Smarzowski po całkiem niezłym, zniuansowanym wstępie, dochodzi do brutalnego finału utopionego w morzu dosłowności i agresji (swoją drogą zakończenia obu filmów są niemal identyczne, czyżby Smarzowski zainspirował się fatalnym finałem „Gniewu”?).

Gdyby nie ta - siląca się na wiarygodną diagnozę - otoczka, film można być uznać za całkiem udany. Historia, choć momentami nieco przydługa i nużąca, prowadzi do nieoczekiwanych rozwiązań. Największym atutem filmu jest jednak obsada - Gajos w roli brzuchatego, rozpustnego arcybiskupa Mordowicza, czy Braciak i Więckiewicz jako upadli kapłani, spisują się wprost doskonale. Na ich tle błyszczy Arkadiusz Jakubik w roli ks. Kukuły. Choć wydawałoby się, że wszechobecność aktora (tylko w zeszłym roku mogliśmy go oglądać w aż sześciu popularnych tytułach) mogłaby w końcu „zamęczyć” widza i ostatecznie wpłynąć na odbiór granych przez niego postaci, to po raz kolejny okazuje się, że Jakubik to sprawdzona marka. Kiedy wydaje się, że roli nie da się zagrać lepiej niż w „Jestem mordercą” Pieprzycy, przychodzi „Wołyń” Smarzowskiego. Potem jeszcze bardziej poruszająca kreacja w „Cichej Nocy” Domalewskiego, i tak oto dochodzimy do „Kleru”, w którym Jakubik przekonuje nas, że właściwie nie ma na świecie roli, z którą by sobie nie poradził. Tutaj nie tylko sobie „radzi”, ale wzbudza względem swojego bohatera coś, czego brakuje w przypadku pozostałych - współczucie. I to chyba jeden z niewielu ukłonów w kierunku twórców „Kleru” - za to, że potrafili zasygnalizować, że zło nie bierze się znikąd: za prawie każdą patologią stoi trauma, a katem - ofiara.

„Kler” to film, po którym najprawdopodobniej nie zostanie nic, oprócz kontrowersji i paru skandali (niestety, skutecznie podsycanych przez konserwatywne media, a zwłaszcza - o zgrozo! - przez publicystów, którzy filmu jeszcze nie widzieli). „Kler” po prostu uczestniczących w życiu Kościoła katolików oburzy (i słusznie!), a antyklerykałów tylko utwierdzi w ich przekonaniach.

Cóż, nie bez kozery, w środowisku coraz częściej mówi się - niejako z przymrużeniem oka i trochę złośliwie, że Wojciech Smarzowski coraz bardziej przypomina w swoich „diagnozach” Patryka Vegę, twórcę „Botoksu”, i tylko czekać, aż weźmie na celownik kolejne grupy społeczne i opisze je według kolejnego, „bezkompromisowego” i przewidywalnego scenariusza. Niemniej jednak film warto zobaczyć, nie tylko ze względu na znakomitą obsadę, ale przede wszystkim po to, by choć na chwilę opuścić swoją „światopoglądową strefę komfortu” i skonfrontować przekonania z wizją tak daleką od naszej własnej. Chociażby po to, by się z nią nie zgodzić.

„Kler” (reż. Wojciech Smarzowski, dystrybucja Kino Świat) wejdzie do kin w piątek 28 września.

Uwaga! W najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska" odpowiedź Piotra Lisiewicza na film "Kler". "Gazeta Polska" - od środy w kioskach!

 

Źródło: niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl