„To moje ostatnie wybory. Po wyborach będę miał więcej elastyczności” – mówił Barack Obama 26 marca 2012 roku do Dmitrija Miedwiediewa, myśląc, że mikrofony są wyłączone. W Polsce zapamiętaliśmy tę wypowiedź przede wszystkim jako jeden z symboli resetu Obamy z Rosją. Ale oprócz tego Obama wyraził pewną istotną prawdę o amerykańskim systemie, dotyczącą wszystkich tych prezydentów, którym amerykańscy wyborcy zaufali na tyle, by wybrać ich na dwie kadencje. W pierwszej kadencji myśli się o drugiej kadencji, w drugiej kadencji myśli się o dziedzictwie swojej prezydentury i o tym, jak najbardziej sprawnie realizować swój polityczny plan. Oczywiście przykład Obamy pokazuje, że „większa elastyczność” może prowadzić do fatalnych skutków, a realizacja jego planu przyniosła narodziny ISIS na Bliskim Wschodzie i początek wojny na Ukrainie. Ale Nobel pozostał, bo dano go z dużym wyprzedzeniem.
Kongres, sondaże i partia
Oprócz irracjonalności Trumpa jest druga, dominująca wśród komentatorów, diagnoza: on wcale nie jest taki silny. Będzie mierzył się z kryzysem wewnętrznym, przegra wybory śródterminowe, jego notowania będą spadać, dodatkowo osłabiać go będzie rywalizacja we własnym obozie o sukcesję w 2028 roku. Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem wyciągania fałszywych wniosków na podstawie prawdziwych przesłanek. Owszem, gdyby wybory śródterminowe odbywały się dziś, przejęcie przez demokratów kontroli nad Izbą Reprezentantów wydaje się być przesądzone. W tzw. generic ballot, czyli sondażach mierzących preferencje wyborcze, bez podziału na dystrykty kongresowe, demokraci cieszą się przewagą około 5 pkt proc. W wyborach śródterminowych, gdy Amerykanie nie wybierają prezydenta, bardzo liczy się mobilizacja wyborców, bo frekwencja jest zwykle niższa. Tutaj demokraci mają jeszcze więcej powodów do optymizmu, bo wśród wyborców, którzy deklarują, że „na pewno zagłosują”, ich przewaga wynosi 16 punktów. Nawet fakt, że ogólny poziom zaufania do demokratów w Kongresie (28 proc.) jest niższy niż do republikanów (35 proc.), może być problemem, ale dopiero w 2028 roku, kiedy znajdująca się w głębokim kryzysie partia będzie musiała podjąć decyzję, czy iść ścieżką radykalnej lewicy, wyznaczoną przez Zohrana Mamdaniego. W wyborach do Izby Amerykanie głosują w dystryktach. W miejscach bardziej progresywnych wystawia się progresywnych kandydatów, w środku Ameryki wystawia się kandydatów bardziej centrowych.
Ale dlaczego wobec tego wniosek o słabości Trumpa jest fałszywy? Sam przecież mówi, że przejęcie przez demokratów kontroli nad Izbą będzie dla niego oznaczało ponowne rozpoczęcie próby impeachmentu. To prawda, o tyle że Trump, jak każdy polityk, chciałby mieć pełnię władzy. Ale podzielenie się nią z Kongresem ma też swoje zalety. Po pierwsze, spektakl impeachmentu, który oczywiście nie doprowadzi do usunięcia Trumpa z Białego Domu, może być świetnym narzędziem do zmobilizowania i zjednoczenia własnych zwolenników. Po drugie, można podzielić się odpowiedzialnością, stosując jeden z najstarszych trików w amerykańskiej polityce: mam świetny plan, ale Kongres (albo prezydent na polskim podwórku) robią mi pod górkę. Dzięki temu trikowi Biden zrzucił z siebie całą odpowiedzialność za opóźnienia we wsparciu dla Ukrainy, mimo że realnie to Biały Dom w wielu sytuacjach je stosował. Nawet posłuszni liberałowie, z Donaldem Tuskiem na czele, krytykowali złych republikanów w Izbie, a nie prezydenta. Po trzecie, narzędzia Kongresu do powstrzymywania planów prezydenta, szczególnie w drugiej kadencji, są ograniczone. „Mam długopis i mam telefon” – mówił w 2014 roku, a więc w swojej drugiej kadencji, Barack Obama, gdy Kongres z nim nie współpracował. A więc: mogę podpisywać akty wykonawcze i mogę wykorzystywać znaczenie i wagę urzędu, by przekonywać ludzi do swojego planu.
Amerykański system został tak stworzony, że prezydenta wybiera się co cztery lata. Na czas kadencji dając mu realną władzę, wysoko stawiając poprzeczkę dla ewentualnego usunięcia go z urzędu. Dlatego wybory śródterminowe i sondaże są istotne, ale nie należy ich fetyszyzować. Harry Truman, architekt powojennego systemu, po którym teraz wszyscy gremialnie płaczą, jest też posiadaczem rekordu na najniższy wynik zaufania w historii współczesnych USA. W lutym 1952 roku pozytywnie pracę Trumana oceniało 22 proc. Amerykanów. Przez osiem lat prezydentury Ronalda Reagana republikanie ani razu nie kontrolowali Izby Reprezentantów, a w jej ostatnich dwóch latach, 1887–1989, stracili też kontrolę nad Senatem. Ale w wypadku obu tych prezydentów historia zapomniała o tych turbulencjach, skupiając się na dziedzictwie, które po sobie pozostawili.
Plan Trumpa i Europa
Właściwe pytanie brzmi więc: jakie dziedzictwo chce po sobie zostawić Trump? Świadomość tego, że jako prezydent drugiej kadencji, a także za sprawą swojego charakteru ma dużo większą tolerancję dla wewnętrznych i międzynarodowych turbulencji, powinna towarzyszyć próbie odpowiedzi na pytanie: czy kroki, które podejmuje administracja Trumpa, są racjonalne? Miarą jest tutaj nie skala zawirowań i niekończące się epizody liberalnej histerii, ale to, czy działania Trumpa służą realizacji jego planu. Dla każdego, kto zna trochę historię, oczywiste jest to, że nikt nie ma nad nią pełnej kontroli, a każdy plan, parafrazując znane powiedzenie, kruszy się w zetknięciu z rzeczywistością. Poza tym skala wyzwań, z którą mierzy się Trump i generalnie USA i cały Zachód, jest taka, że środki użyte do realizacji jednego celu mogą okazać się przeszkodą w realizacji innych. Trump chciałby na przykład, żeby Europa opowiedziała się jednoznacznie po stronie USA w rywalizacji z Chinami, wraz z rosyjską przybudówką. Ale realizacja tego celu wymaga „maksymalnej presji” wywieranej na Europę. A ta, jak dobitnie zobaczyliśmy to w Davos, gdzie Macron wzywał Chińczyków do większych inwestycji w Europie, może szukać sygnalizacji podmiotowości, grożąc zacieśnieniem relacji z Pekinem.
Paradoksem naszych czasów jest to, że wszyscy w istocie zgadzają się z szeregiem diagnoz Trumpa. Czy Europa ma problem z migracją i inne problemy? Oczywiście. Czy Europa w kwestii bezpieczeństwa musi skończyć z „jazdą na gapę”? Oczywiście! Czy w konfrontacji z Chinami niezbędna jest redukcja zależności w kwestii metali ziem rzadkich? Oczywiście. Czy większe zaangażowanie USA na Grenlandii, tak w wymiarze bezpieczeństwa, jak i gospodarczym, zwiększyłoby bezpieczeństwo NATO? Tutaj też, niezależnie od nastawienia emocjonalnego, odpowiedź też musi być twierdząca.
Problemem nie są diagnozy, problemem jest Trump. Europa się zgadza, ale chciałaby, żeby atmosfera była lepsza. Ale, mógłby odpowiedzieć Trump, czerpiąc z doświadczenia zimnej wojny, a przede wszystkim administracji Bidena: gdy atmosfera była dobra, to, owszem, Europa była zadowolona, też wydawała oświadczenia o gotowości sprostania wyzwaniom epoki, ale dalej nic nie robiła.
Nadzieja na odnowę Europy
Planem maksimum jest nadzieja na duchową odnowę Europy, wyrażona w NSS w Monachium przez wiceprezydenta Vance’a, a w Davos przez prezydenta Trumpa. Tutaj też jest problem z pogodzeniem ze sobą celów, bo środki, których używa Trump, wywierając presję na Europę, stawiają w niełatwej sytuacji jego potencjalnych sojuszników w tym dziele odnowy. Dlatego szereg partii i liderów prawicy na Zachodzie wobec kryzysu grenlandzkiego wybrało opcję odcięcia się od Trumpa. Plan operacyjny, bardziej realny, to rozbijanie jedności europejskiej, co wbrew deklaracjom o tym, jak wspaniale zjednoczona i asertywna była Europa wobec sprawy Grenlandii, idzie już lepiej. Ujawnione SMS-y Macrona, proponującego dwustronne spotkanie w Paryżu w tym samym czasie, gdy na Radzie Europejskiej miał być ustalany wspólny front antytrumpowy, doskonale to pokazują. Europa przypomina tu członków gangu, który na wspólnych nasiadówkach podkreśla: „żadnej z współpracy”, gdy w tym samym czasie każdy sprzedaje kolegów śledczym, licząc na niższy wymiar kary.
Polscy politycy, szczególnie prawicowi, też muszą jakoś uczestniczyć w tej grze, myśląc o interesie Polski. Podejście prezydenta Nawrockiego do propozycji udziału w Radzie Pokoju jest przykładem tego dylematu. Póki co wybrano opcję najbardziej korzystną. Wobec tych wyborów trzeba pamiętać o dwóch zasadach: to rolą polskich polityków, a nie Trumpa, jest dbanie o nasz interes. Po drugie, trzeba wykorzystać te części jego planu, które są z nim zbieżne. A rozbicie jedności Europy do nich należy. Bo jeśli ktoś zna historię, to wie, że w Paryżu i Berlinie droga do większej podmiotowości „Europy” zawsze wiodła przez Moskwę, a dziś wiedzie przez Moskwę i Pekin.
📰 Zapraszamy do lektury najnowszego numeru miesięcznika opinii #NowePaństwo.
— Nowe Państwo (@NowePanstwo) January 30, 2026
🟢 Zobacz spot ⬇️ pic.twitter.com/RqMCbcqqmU