„Naród węgierski odzyskał swój kraj! Zdecydowane odrzucenie utrwalonej korupcji i zagranicznych wpływów” – napisał 12 kwietnia na X syn George’a Sorosa, Alex. „Serce Europy bije mocniej” – skomentowała wynik Ursula von der Leyen. Donald Tusk, telefonując do Petera Magyara, zwierzył się, że jest nawet bardziej szczęśliwy niż sam zwycięzca. Barack Obama, niepisany duchowy lider międzynarodówki demokratów, nie pozostawił wątpliwości: stawka w wyborach na Węgrzech, tak jak w wyborach w Polsce w 2023 roku, była taka sama. „Wczorajsze zwycięstwo opozycji na Węgrzech, tak jak polskie wybory w 2023, są zwycięstwem demokracji, nie tylko w Europie, ale na całym świecie” – napisał 13 kwietnia. „Co więcej, są dowodem na odporność i determinację Węgrów” – dodał. Wybór Węgrów został umiędzynarodowiony. A choć wszyscy chwalili niezależność, podmiotowość i odporność węgierskich wyborców na „zagraniczne wpływy”, to jednocześnie liberalna zagranica dała jasno do zrozumienia, że tylko jeden wybór był właściwy i mógł zostać uznany za demokratyczny.
Jak „demokracja” wygrywa
O przyczynach porażki wyborczej Orbána można dyskutować długo. Na pewno błędy samego węgierskiego premiera, uwłaszczenie się jego ludzi na państwie, słabość węgierskiej gospodarki i zużycie się bezprecedensowych 16-letnich rządów odegrały sporą rolę w poparciu dla opozycji. Do tego można dołożyć trudny moment dla wszystkich sojuszników Donalda Trumpa w Europie, co boleśnie odczuła też ostatnio Giorgia Meloni. Ale obok tych dyskusji o ocenie Orbána czy o tym, w jakim stopniu prawica w Polsce zyskuje, a w jakim traci na takim wyniku, albo oceny Orbána, ważne jest też zauważenie systemowego mechanizmu, za pomocą którego międzynarodówka liberalna chce rozdawać i odbierać władzę w Europie. Bo ten będzie miał też niebagatelny wpływ na wybory, które czekają nas pod koniec przyszłego roku w Polsce.
Zasada mechanizmu jest dość prosta. W Waszyngtonie musi rządzić Partia Demokratyczna, bo ta wspiera projekt głębszej integracji, godzi się na przewodnią rolę Paryża i Berlina w Europie, wspiera siły „demokratyczne”, chociażby finansując NGO-sy i liberalne media poprzez USAID. W zamian za to Europa odpowiada jednoznacznym poparciem jednej strony w wyborach w USA. Powtarza, że gdy rządzą demokraci, to relacje transatlantyckie są wspaniałe, a prezydent republikański, szczególnie taki jak Trump, je niszczy. Narzędzie „zepsutych relacji”, których naprawę można potem obiecać wyborcom, odgrywa tutaj kluczową rolę.
Druga, jeszcze efektywniejsza część mechanizmu, dotyczy kontroli nad państwami „nowej Unii”, czyli naszego regionu. Tu rządzić mają „partie europejskie”, które mogą mieć różne barwy polityczne, zgodnie z lokalną specyfiką, ale muszą spełnić jeden warunek. Nie kwestionować założeń „coraz głębszej integracji”. To znaczy akceptować stopniową centralizację UE i godzić się bez awantur na płynne zrzekanie się kompetencji państw członkowskich na rzecz Brukseli. W przypadku Magyara UE jest w stanie zgodzić się na pewną dozę folklorystycznego, z jej punktu widzenia, konserwatyzmu. Magyar, podobnie jak przed nim Donald Tusk, oficjalnie sprzeciwia się na przykład paktowi migracyjnemu. Jak widać po jego pierwszych działaniach, podobnie jak Tusk, dostał też zielone światło na, używając języka Klausa Bachmanna, „przywracanie demokracji za pomocą niedemokratycznych metod”. Należy się też spodziewać, że odblokowanie europejskich funduszy, podobnie jak w Polsce, będzie decyzją polityczną, a nie wynikająca z jakiejkolwiek oceny „przywracania praworządności” i faktycznych reform.
Ale zwycięzca wyborów złożył też, kluczowe z punktu widzenia Brukseli, zobowiązania. To między innymi gotowość do przyjęcia przez Węgry waluty euro. Brak suwerennej waluty i jeszcze większe uzależnienie węgierskiej gospodarki od decyzji centrali będą wystarczającym zyskiem dla Brukseli i włoży w jej ręce kolejne narzędzie nacisku. Nieprzypadkowo też, zaraz po ogłoszeniu wyniku węgierskich wyborów, media zaczęły pisać o tym, że von der Leyen chce wykorzystać moment, by znieść zasadę jednomyślności w polityce zagranicznej UE. Pod płaszczykiem większej sprawności i reagowania na zagrożenia Bruksela uzyska dzięki temu też cenne narzędzie wywierania wpływów politycznych. Bo, wobec trudnej sytuacji geopolitycznej i wyzwań bezpieczeństwa, w których coraz więcej będzie zależało od decyzji centrali, trudniej będzie przekonać elektoraty, że głosowanie na partie na kursie kolizyjnym z UE jest wyborem rozsądnym. A nawet w przypadku zwycięstwa takiej partii wstrzymanie środków i wsparcia będzie jasnym sygnałem, że wybór nie był jednak „demokratyczny”.
Kryzys starej Europy
Nawet proeuropejskie media brukselskie, jak „Euractiv” piszą, że UE przenosi władzę na coraz wyższy poziom, a „decyzje podejmowane są na najwyższym szczeblu politycznym”, bez konsultacji nawet z niższymi szczeblami Komisji i z pominięciem sfragmentyzowanego Parlamentu Europejskiego. Pośpiech Komisji Europejskiej i samej Ursuli von der Leyen nie bierze się znikąd. Cel to wydrzeć jak najwięcej dla Brukseli, czego nie da się już potem, jak pokazuje historia UE, łatwo cofnąć. A trzeba się spieszyć, zanim w kluczowych państwach UE odbędą się wybory. Najbardziej prawdopodobna, rewolucyjna zmiana może nastąpić we Francji. Jednoczesne zwycięstwo kandydata Zjednoczenia Narodowego (najprawdopodobniej Jordana Bardelli) we Francji, w połączeniu z utrzymaniem władzy przez Meloni we Włoszech i zwycięstwo w Hiszpanii Partii Pracy, w koalicji z prawicową Vox, razem ze zwycięstwem prawicy w Polsce pod koniec roku, jest czarnym scenariuszem dla planu „coraz głębszej integracji”.
Trzeba zauważyć, że państwa „starej Unii” są tu traktowane inaczej niż Polska i inne kraje naszego regionu. Względem tych drugich używa się upolitycznionych narzędzi finansowych, Komisja daleko ingeruje w wewnętrzne procesy polityczne i wybiera faworytów. Mechanizmy, takie jak SAFE, są obliczone na to, by także kluczowe obecnie sprawy bezpieczeństwa wykorzystać do zwiększenia stopnia uzależnienia polityki wewnętrznej od łaski Brukseli. Ale ta strategia jest właśnie próbą przygotowania UE na kryzys, jaki może wywołać utrata władzy przez liberalną międzynarodówkę w tak kluczowym państwie jak Francja. Jeśli zadba się o to, by władza została w rękach tych, co trzeba, w kluczowym państwie regionu takim jak Polska, to Bruksela, nawet przy zwycięstwie Bardelli będzie mogła z nim negocjować z pozycji siły i zmusić do wybrania ścieżki kohabitacji.
To nie jest spór ideologiczny
Ale druga część strategii polega na jak najszybszym przepchnięciu zmian, zanim jeszcze Francuzi dokonają wyboru, tak by system mógł przetrwać, nawet w przypadku przegranej. Bruksela dąży do tego, by zamknąć negocjacje w sprawie siedmioletniej perspektywy budżetowej przed francuskimi wyborami. Mowa jest też o przyklepaniu następnej kadencji szefa Rady Europejskiej Antonia Costy, jeszcze za kadencji Macrona. Swoją część pracy w tym względzie wykonuje też prezydent Macron, mianując z wyprzedzeniem na kluczowe stanowiska we francuskiej biurokracji i instytucjach swoich politycznych sojuszników, którzy pozostaną na miejscu, nawet jeśli wygra kandydat prawicy. Politico wprost nazywa to strategią „zabezpieczania przed Le Pen” (Le Pen – proofing), system musi być szczelny, nawet jeśli nierozsądni wyborcy wybiorą nie tego, kogo należy. Choć portal zauważa, że wiele z tych ruchów narusza zasady konstytucyjne czy prawne, to od dawna międzynarodówka, zgodnie z doktryną wyrażoną przez Bachmanna, nie ma w tych sprawach skrupułów. Obrona demokracji wymaga poświęceń pewnych zasad.
Z polskiego punktu widzenia francuskie wybory w kwietniu–maju mogą odegrać cenną rolę wyłomu i rozszczelnienia systemu. Ale z drugiej strony, ewentualne zwycięstwo prawicy we Francji tylko zwiększy stawkę wyborów w Polsce i grupa trzymająca władzę w Europie podwoi wysiłki i będzie się decydowała na jeszcze większe naciski, by nie dopuścić do zwycięstwa prawicy w Warszawie. To już dawno nie jest spór ideologiczny, bo jak się przekonaliśmy na Węgrzech, liberałowie mogą zaakceptować prawicową retorykę, o ile jej głosiciele nie będą kwestionowali ich władzy. To spór pomiędzy oligarchią, która ma narzędzia zachowania swoich wpływów, nawet jeśli jej poglądy na Rosję, migrację czy sprawy światopoglądowe dawno przegrały. Po drugiej stronie powinni stanąć ci, którzy, niezależnie od poglądów uważają, że narody nie mogą w obce ręce oddawać decyzji o tym, kto będzie nimi rządził.
Polecam lekturę. Dziękuję za rozmowę @GPtygodnik. pic.twitter.com/GhXBbAk5Hx
— Mariusz Kozłowski (@mario_kozlo) April 25, 2026