Berlin i Moskwa dopięli swego i z lekkim opóźnieniem (w stosunku do pierwotnych planów), ale i tak z wielką pompą otworzyli we wtorek 8 listopada pierwszą nitkę gazociągu Nord Stream, którym za chwilę popłynie rosyjski gaz do niemieckich mieszkań.
Symboliczny kurek zaworu gazu odkręcili przede wszystkim kanclerz Angela Merkel i prezydent Dimitrij Miedwiediew. Obok, z wielką satysfakcją, przyglądał się swojemu dziełu główny inicjator projektu, były kanclerz Gerhard Schroeder. Polityk ten jeszcze podczas kanclerskiego urzędowania zdecydowanie wspierał projekt budowy gazociągu Nord Stream. Miał w tym osobisty interes, bo po zakończeniu kariery politycznej został przewodniczącym komitetu akcjonariuszy (rady nadzorczej) spółki North European Gas Pipeline Company (Nord Stream) z pensją roczną ponad 250 tys. euro. Teraz ten skorumpowany politycznie człowiek, zadowolony z siebie, stał obok obecnej kanclerz i rosyjskiego prezydenta, którzy szczerze składali mu wielkie podziękowania. Komisarz Guenther Hermann Oettinger także nie ma wątpliwości, że gazociąg Nord Stream jest przyszłością dla Europy pomimo występujących wątpliwości np. w Polsce. Dlatego Oettinger równie gorąco dziękował Gerhardowi Schroederowi za wspaniałą robotę przy budowie gazociągu.
Od początku był to projekt polityczny
Chociaż rosyjski prezydent zapewniał w Lubminie, że Nord Stream to wybitny projekt ekonomiczny, to nawet niemieccy eksperci nie mają wątpliwości, że Nord Stream nie jest przedsięwzięciem czysto gospodarczym, lecz jest bardziej niemiecko-rosyjskim projektem politycznym. Teraz Moskwa bez szwanku dla Niemiec będzie mogła poprzez swojego giganta szantażować dostawami gazu wszystkie kraje tranzytowe z Polską włącznie. Oliver Geden z Niemieckiego Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa w Berlinie, który jest przekonany, że główna odpowiedzialność za bezpieczeństwo energetyczne Niemiec spoczywa właśnie na przemyśle gazowym, nie ma wątpliwości, iż Nord Stream od początku był i jest projektem politycznym. Podobnego zdania jest ekspert związany z Deutsche Bank, Josef Auer. Nawet rosyjski ekspert od spraw energetycznych, dyrektor generalny, National Energy Security Fund Konstantin Simonow przyznaje, że w tym wypadku także polityka odgrywała dużą rolę, bo obecnie nie da się oddzielić podczas tworzenia tego typu projektów ekonomii od polityki. Polityka więc zwyciężyła i zbudowano dużo droższy od lądowego gazociąg podwodny tylko po to, aby Rosja mogła w każdej chwili szantażować odcięciem dostaw gazu niepokorne kraje. Na pytanie „Gazety Polskiej”, kiedy inwestycja się zwróci, dyrektor konsorcjum Nord Stream ds. technicznych Dirk von Ameln odpowiedział, że nie może ujawniać tajemnic handlowych. Jednak dla nikogo nie jest tajemnicą, że budowa gazociągu po lądzie byłaby dużo tańsza od leżącego na dnie morza.
Co na to Tusk?
Nic. Od pierwszych dni jego urzędowania wszelkie protesty albo ucichły, albo zostały całkowicie wygaszone. „Dzisiaj wszyscy akceptują Nord Stream” – z zadowoleniem kilka dni temu napisała na swoich stronach internetowych rozgłośnia „Deutsche Welle” i dodała – „zdecydowana większość polskich sceptyków może być spokojna i nawet sam premier Donald Tusk uspokaja, że nie ma żadnych obaw o przyszłość polskich portów, wszystko zostało bowiem załatwione na najwyższym szczeblu i jak tylko trzeba będzie, to wejście do portu będzie pogłębione". W podobnym tonie piszą inne niemieckie media, krytykując jak zwykle Jarosława Kaczyńskiego za antyniemieckie tony, a chwaląc „niemieckiego przyjaciela” Donalda Tuska za wywarzone reakcje (czyli za całkowitą uległość). Premier Tusk, nie chcąc narazić na szwank swojej „przyjaźni” z Angelą Merkel, podobnie jak i wielu innych spraw, odpuścił także problem gazociągu. Polską opinię publiczną zaczęto karmić frazesami lub wręcz zafałszowanymi informacjami, jakoby leżący na dnie morza gazociąg już nikomu nie przeszkadzał, a jest zupełnie odwrotnie.
Zaniechań już się nie odrobi
Europoseł Prawa i Sprawiedliwości Marek Gróbarczyk, były minister gospodarki morskiej, nie ma wątpliwości, że działanie obecnego polskiego rządu w sprawie gazociągu od początku było i nadal jest po prostu nieskuteczne. – Co prawda mobilizacja Prawa i Sprawiedliwości oraz interwencje części polskich mediów wymusiły jakieś ruchy, ale poza spóźnionymi krokami prawnymi wykonanymi przez Zarząd Morskich Portów Świnoujście / Szczecin nic więcej nie zrobiono, czego efektem jest leżąca na dnie morza rura, która w przyszłości skutecznie zablokuje rozwój polskich portów – twierdzi Gróbarczyk. Owszem – jak dowiedziała się w Zarządzie Morskich Portów „Gazeta Polska” – wskutek skargi złożonej przez porty w dalszym ciągu toczy się postępowanie przed Sądem Administracyjnym w Hamburgu, a nawet – jak nas poinformowano – w dniu 7 września 2011 r. zostało złożone do sądu konkretne uzasadnienie do niniejszej skargi. Ponadto przed Urzędem Górniczym w Greifswaldzie w dalszym ciągu toczy się postępowanie w sprawie złożonego przez ZMPSiŚ S.A. sprzeciwu, dotyczącego technicznych parametrów rurociągu. – To wszystko są działania zdecydowanie opóźnione i nie przyniosą żadnych rezultatów – twierdzi w rozmowie z nami Gróbarczyk i dodaje – trzeba było tak, jak radził jeszcze w ostatniej chwili adwokat Stefan Hambura, wystąpić do sądu niemieckiego z pozwem i żądaniem wydania natychmiastowej decyzji wstrzymującej kładzenie rur w miejscu przecięcia się gazociągu z podejściem północnym do polskich portów. Europoseł PiS podkreśla, że działania zarządu portów dowodzą, że wbrew wielu uspokajającym i fałszywym tezom, wygłaszanym przez polityków z obozu rządzącego, leżąca na dnie morza rura stanowi poważne zagrożenie dla rozwoju polskich portów. – Sprawa jest bardzo poważna, bo gazociąg jest prawdziwym i realnym zagrożeniem, ale cały problem został przez rząd Donalda Tuska przerzucony na władze portu, które jednak nie są wystarczająco mocne w starciu z takim gigantem jak Nord Stream (za którym stoi Gazprom, czyli Moskwa) i drugim, jak niemiecka machina administracyjna, za którą z kolei stoi cały niemiecki rząd – powiedział Gróbarczyk, dodając, że premier Tusk w kwestii gazociągu nie chce narazić się ani Berlinowi, ani Moskwie i stąd jego tak daleko idący klientelizm w tej materii. Nasz rozmówca jest przekonany, że strach Tuska przed stroną niemiecką i rosyjską powoduje, iż Polska nic nie robi, aby bronić się przed zagrożeniem wynikającymi z położenia nam przed nosem zbyt płytko rur gazociągu.
Konflikt graniczny nie ułatwia nam zadania
Jak się dowiedziała „Gazeta Polska”, dodatkowo naszą kartę przetargową przy jakichkolwiek negocjacjach w sporze o gazociąg przecinający tor podejściowy do polskich portów obniża fakt, że strona niemiecka jednostronnie przesunęła swoją wschodnią granicę morską, uznając, że właśnie północny tor podejściowy leży w ich strefie ekonomicznej. Niemcy lekceważąc obowiązującą, podpisaną w Berlinie 22 maja 1989 r. „Umowę między Polską Rzeczpospolitą Ludową a Niemiecką Republiką Demokratyczną w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich w Zatoce Pomorskiej”, jednostronnie stwierdzili, że północna część toru podejściowego (tzw. północnego) do portów Szczecin i Świnoujście oraz kotwicowisko nr 3 należą do ich wyłącznej strefy ekonomicznej. Nie pomogły protesty i zapewnienia polskiej strony oparte na zawartej umowie z NRD (którym prawnym spadkobiercą jest obecne państwo niemieckie), że cały tor północny wraz z kotwicowiskiem nr 3 znajdują się na morzu terytorialnym PRL bądź na morzu otwartym. Polski MSZ odpowiadając na interpelację posłanki PiS Gabrieli Masłowskiej, potwierdził, że Niemcy bez porozumienia z Polską 25 listopada 1994 r. jednostronnie proklamowały ustanowienie wyłącznej strefy ekonomicznej na Morzu Bałtyckim, gdzie wbrew postanowieniom art. 5 ust. 2 Umowy z dnia 22 maja 1989 r. północna część torów podejściowych do portów Szczecin i Świnoujście znalazły się w niemieckich granicach.
–Takie odniesienie się do zagadnienia oznacza, że bez niemieckiej zgody nigdy nie będziemy mogli samodzielnie pogłębić północnego toru podejściowego – przyznaje w rozmowie z „Gazetą Polską” Mariusz Muszyński, profesor prawa, pracownik naukowy Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Prawnik przypomina, że w latach 90. RFN zgodziło się tylko na uznanie linii granicznej, natomiast enerdowskich zobowiązań dotyczących tego, że tor północny pozostanie na morzu otwartym, nie przejęło. Później już zjednoczone Niemcy rozszerzyły swoje wody terytorialne i strefę ekonomiczną. W ten sposób tor podejściowy do portów Świnoujście i Szczecin nie biegnie przez morze pełne, gdzie każde państwo ma prawo działać w granicach swojego władztwa i nie musi uzyskiwać zgody od nikogo np. na jego pogłębienie, lecz znalazł się w niemieckiej strefie ekonomicznej, co powoduje, że obecnie jakiekolwiek prace na tym terenie wymagają zgody niemieckiej administracji. Podobnego zdania jest Marek Gróbarczyk, który także potwierdza, że jednostronne poszerzenie na wschód niemiecko-polskiej granicy morskiej doprowadziło do tego, iż północne podejście stało się niemieckie, co jest niekorzystne dla Polski. – Teraz polska strona, aby dokonać jakichkolwiek prac pogłębieniowych tego podejścia musi każdorazowe prosić o zgodę Niemców – stwierdza Gróbarczyk, dodając, że w tym przypadku nie ma wątpliwości, iż sprawa ta będzie przez Niemców rozgrywana politycznie. Wyraźnie widać, że w niemieckim postępowaniu nie ma odrobiny przypadku, natomiast wszelkie polityczne działania są wyjątkowo przemyślane i służą jedynie niemieckiemu interesowi. Gdyby zostało uznane, że północny tor podejściowy nie jest niemiecki i znajduje się na morzu otwartym, to natychmiast zmieniłoby to naszą sytuację w sporze dotyczącym biegnącego w tamtym miejscu gazociągu Nord Stream. Godząc się z niemiecką interpretacją stanu faktycznego, godzimy się na niemiecko-rosyjską dominację.
Całość artykułu w tygodniku “Gazeta Polska”