Otóż dwa tygodnie wcześniej prywatna angielska telewizja Sky wyemitowała własny dokument o kibicach szykujących się na Euro 2012. Był to sensacyjny reportaż częściowo nakręcony ukrytą kamerą, opowiadający o tym, jak na wojnę z przyjezdnymi Anglikami przygotowują się na Ukrainie miejscowi stadionowi bandyci.
Co to ma wspólnego z Polską? Obserwowałem burzę w angielskich gazetach, które najpierw szeroko zapowiadały, a potem jeszcze szerzej komentowały ów program. Jednym z najczęściej omawianych fragmentów był ten, w którym napakowany przywódca jednej z kibolskich grup zapowiada, że jak Anglicy przyjadą na Ukrainę, dostaną srogą nauczkę od silnorękich tubylców. „My jesteśmy prawdziwymi sportowcami” – z dumą mówił ukraiński osiłek. I dodawał: –„Nie pijemy, nie palimy papierosów, nie zażywamy narkotyków. A ja od kilku miesięcy ćwiczę na siłowni, żeby się przygotować”. Choć film poświęcony był tylko wyczynom ukraińskich pseudokibiców, we wszystkich prasowych komentarzach Polska dostawała rykoszetem. I w tym momencie nieważne już było, że na ekranie brylowali mafiosi spod Kijowa – tylko to, że w omówieniach powtarzało się „w Polsce i na Ukrainie”, „na Ukrainie i w Polsce”.
Odwrócenie kierunków
Stała się oto rzecz bardzo niebezpieczna i wizerunkowo dla Polski fatalna. Na wspólne mistrzostwa kontynentu w piłce nożnej patrzono dotychczas jak na okazję, by przyciągnąć Ukrainę do Europy, pokazać, że to nie jest dziki kraj. Polska miała być pomostem, po którym ów marsz ku Europie się dokonuje. Krótko mówiąc, Ukraina miała odnieść korzyści z tego, że przy okazji Euro 2012 równa w górę, a Polska – że jest najbliższym i najbardziej przyjacielskim z witających ją w europejskich progach gospodarzy. Przecież m.in. to leżało u źródeł wściekłości Rosji, która wybuchła po przyznaniu imprezy Ukraińcom. Dla Moskwy była to wiadomość fatalna.
Dziś się okazuje, że zamiast równania w górę, może nas czekać równanie w dół. Wszelkie relacje na temat ukraińskich kłopotów z drożyzną, przestępczością, pseudokibicami, sprawami politycznymi (jak kwestia uwięzienia i traktowania byłej premier Julii Tymoszenko) odbijają się także na nas, dzięki magicznej formule „w Polsce i na Ukrainie”, „na Ukrainie i w Polsce”. I jak byśmy mało mieli własnych kłopotów z rozkopanymi drogami, zakorkowanymi miastami i urzędniczą indolencją, musimy jeszcze, chcąc nie chcąc, brać odpowiedzialność za to, jak na siłowni przygotowuje się ukraińska łobuzerka albo za ryzykowne polityczne gry ekipy Wiktora Janukowycza.
Kłopoty na własne życzenie
Oczywiście wspólna impreza oznacza, że jest się razem na dobre i na złe. Zarówno w konsumowaniu sukcesów, jak i w dzieleniu się porażkami. Nie fair byłoby więc utyskiwanie, że cierpimy przez Ukraińców – dlatego wcale do tego nie namawiam. Warto jednak wskazać co innego – że wszelkie kłopoty wizerunkowe mamy na własne życzenie. I nie chodzi tu tylko o „Polskę w budowie”, która powita zagranicznych kibiców zapadającymi się jezdniami, nieistniejącymi autostradami i ślimaczącymi się pociągami.
Kłopot z tendencyjnym dokumentem BBC, w którym polscy kibice zostali pokazani jako banda antysemitów i morderców, dziwnie współgra ze słowami premiera Donalda Tuska z chwili, gdy wydał w zeszłym roku wojnę kibicom. Kuriozalnie brzmi pohukiwanie rządu o tym, że będzie domagał się sprostowania od BBC. Bo oznacza to, że chcemy od Brytyjczyków, żeby odszczekali to, co przecież rok temu powiedział sam Tusk: że żarty się skończyły, bo stadiony w Polsce opanowała twarda przestępczość, handlarze narkotyków, bandyci. Skoro Tusk tak sądzi, to jakiego niby zdania mieliby być reporterzy BBC? Rząd popadł w ciężką schizofrenię, wydając przez ostatnie miesiące całkowicie sprzeczne komunikaty – że Polska jest fajna i wszyscy będą tu super się bawili oraz o tym, że wszystko, co w Polsce wiąże się z kibicowaniem, to bandytyzm, gangi oraz przemoc. I że trzeba „ostro reagować”. No to masz, drogi premierze, co chciałeś – prognozy mówiły o przyjeździe miliona zagranicznych kibiców do Polski, dziś wiadomo, że będzie ich 200–300 tys. I to nie dziwi – bo dokąd mieliby się śpieszyć? Do trumny?
Każda impreza rangi Euro to kapitalna okazja do wypromowania swojego kraju, ale trzeba zrobić jedno – urządzić skuteczną akcję marketingową. W Polsce robi się ją na ostatnią chwilę, i na sukces jest już za późno – rezerwacje zostały dokonane (lub nie), decyzje o przyjeździe podjęte (lub odwołane), a opinię mamy taką, jaką mamy – kiepską. Nie zmienią tego billboardy po angielsku z językowymi błędami i emitowane nagle spoty telewizyjne. Nie tak robi się długofalową promocję kraju.
Ciemne chmury nad Euro
Miałem okazję być w Londynie w dniu zamknięcia igrzysk olimpijskich w Pekinie. Był on jednocześnie dniem wspaniałej fety, od której stolica Wielkiej Brytanii rozpoczęła odliczanie do kolejnych, londyńskich już, igrzysk. Wielka promocja zaczęła się wtedy – a dziś nastał już tylko czas na ostatnie retusze. Dlatego w „The Times” ukazał się m.in. wielki blok materiałów o tym, co władze Londynu robią, by ułatwić życie przyjezdnym kibicom. Wstrzymano m.in. wszelkie budowy, przebudowy, rozbudowy, by było bezpieczniej i spokojniej. Uruchomiono nowe przystanki i nowe linie komunikacyjne. Jednym zdaniem, robi się wszystko, by metropolię udrożnić. Proszę porównać to wszystko z radosną działalnością Hanny Gronkiewicz-Waltz w Warszawie – żadnego więcej komentarza nie trzeba.
Im bliżej do Euro 2012, tym więcej chmur zbiera się na horyzoncie. Skrajną głupotą byłoby je lekceważyć. Jak zatem nazwać sytuację, w której ekipa Tuska będzie musiała podczas mistrzostw zmagać się z problemami, których sama jest przyczyną? Zamiast budować drogi, budowała nienawiść do opozycji. Zamiast promować w świecie wizerunek Polski rozwijającej się, przyjaznej, nowoczesnej (takiej, jak to na użytek propagandy wewnętrznej mówił Tusk, „zielonej wyspy”), wygenerowała przekaz o kraju pełnym moherowych ekstremistów, pisowskich wariatów i stadionowych bandytów. Dziś nie zostało jej już nic, oprócz wypróbowanej metody – zagłuszenia wszelkiej krytyki wuwuzelami platformerskiej propagandy oraz zrzucenia winy na PiS. Cóż, skoro Jarosław Kaczyński jest odpowiedzialny, zdaniem PO, za kryzys, Smoleńsk i wojnę polsko-polską, to obciążenie go winą za ćwiczenia gimnastyczne ukraińskich bandytów będzie doprawdy betką.
Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze” i Radia Wnet oraz blogerem Salonu24.pl. W latach 2008 –2011 kierował działem krajowym „Rzeczpospolitej”.