Kilka dni temu minęła druga rocznica śmierci sierżanta Mateusza Sitka. Młody żołnierz zginął na służbie podczas patrolowania granicy naszego państwa.
Najpierw incydent był ukrywany (bo trwała kampania wyborcza), a gdy sprawa o ataku stała się publiczna, minister obrony narodowej złożył zobowiązanie, iż wszystkie polskie służby ruszą w pościg za mordercą, pojmą go i postawią przed sądem. Taka była wówczas piarowska potrzeba chwili. Kilka miesięcy później opinia publiczna została poinformowana, że ustalono dane personalne zabójcy. Poznano jego wizerunek, kod genetyczny, odnaleziono odcisk jego linii papilarnych i wytropiono go na terenie Unii Europejskiej. Zlokalizowano podobno nawet miejsca, w których miał przebywać, trasy, którymi miał podróżować. I od tamtej pory sprawa przycichła. Nie sposób ustalić, jakie działania podjęły służby i prokuratura, by dopaść mordercę polskiego żołnierza.
Milczenie i zbywanie każą przypuszczać, że zwyczajnie odpuszczono. Organy ścigania weszły w fazę pościgu za posłami opozycji – Marcin Romanowski wyjechał na Węgry i cała prokuratura rzuciła się do ściągania go do Polski. ENA, prośby o czerwone noty Interpolu – wszystko zostało wykorzystane, byłe zadowolić oczekiwania rzesz politycznych hejterów – wiernych żołnierzy premiera Tuska. W takiej sytuacji żołnierz Polski stał się nieistotny. Nie bez znaczenia był zapewne fakt, iż bijący się o koalicję 13 grudnia celebryci wulgarnie atakowali obrońców naszej wschodniej granicy. Jak zatem rząd utworzony przez ich faworytów mógł ścigać migranta, który kijem z doczepionym nożem zadźgał żołnierza Wojska Polskiego? Tragiczna prawda jest taka, że ekipie Donalda Tuska nie zależy na znalezieniu mordercy śp. sierżanta Mateusza Sitka, bo ma ważniejsze wyzwania (pościgi za opozycją), a poza tym politycznie średnio jej ten temat pasuje. Jest, z ich perspektywy, problemem, który należy wyciszyć, a nie wyzwaniem dotyczącym polskiej racji stanu. Sęk w tym, że dezercja na tym polu to fatalny sygnał wypuszczony zarówno do naszej armii, jak i do naszych wrogów. Żołnierze mogą zacząć wątpić w lojalność państwa – a wrogowie zobaczą w tym działaniu słabość polskich instytucji i brak stanowczości. Kilkanaście tygodni temu świat usłyszał o wielkiej operacji armii Stanów Zjednoczonych w Iranie, nakierowanej na uratowanie JEDNEGO żołnierza, który zdołał uwolnić się z zestrzelonego samolotu i ukryć w górach. Potężne siły militarne, najnowocześniejsza technologia zostały zaprzęgnięte w akcję jego odszukania i w bezpieczną ewakuację. Cele były dwa – pokazać wszystkim innym, iż to wojsko nikogo nie pozostawia samemu sobie, oraz wysłać sygnał do wrogów: jesteśmy jednością i potęgą. W sprawie poszukiwań mordercy polskiego żołnierza nie trzeba było takiej operacji. Wydaje się, iż wystarczyła rutynowa współpraca ze służbami kilku europejskich państw. Najwyraźniej przerosło to możliwości tej władzy.