Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Wojna cienia Rosji z Polską. Grochmalski o bezbronnym państwie Tuska

W ciągu zaledwie kilku dni Polacy doznali szoku – ujrzeli Rzeczpospolitą pod rządami ekipy 13 grudnia jako rozpadające się, bezbronne państwo. Atak pocisku manewrującego Ch-101 w czwartek 30 lipca o godz. 3.48 spowodował blamaż rządu. Syreny alarmowe włączono, gdy było już po wszystkim. A Rządowe Centrum Bezpieczeństwa nie rozesłało żadnej informacji do obywateli o tym, co się dzieje - pisze Piotr Grochmalski w "Gazecie Polskiej".

Potem okazało się, że posypało się wszystko, bo w 10 z 17 powiatów województwa lubelskiego nie uruchomiono nawet syren – ktoś zaspał albo informacja dotarła zbyt późno. 

Aby ratować twarz, rząd wymyślił na kolanie propagandową akcję, klasyczna prowizorka. Marcin Kierwiński wysłał SMS-em masowy Alert RCB (Rządowego Centrum Bezpieczeństwa) z linkiem do „Poradnika bezpieczeństwa”, broszury, na którą jego resort wydał 58 mln zł, a potem pocztą, pół roku temu, dotarła ona do milionów Polaków. 

Rozesłanie teraz wiadomości SMS do kilkunastu milionów obywateli jednocześnie z wezwaniem do kliknięcia w jeden link musiało doprowadzić do efektu zbliżonego do ataku DDoS. To bodaj pierwszy odnotowany przypadek na świecie, gdy rząd dokonuje cyberataku na własne państwo.

Odnotowano 150 tys. pobrań na minutę. Przeciążone serwery rządowe się poddały. 

Minister Kierwiński sparaliżował kluczowe węzły autoryzacji, co na kilka godzin załatwiło cały system regulujący kontakty obywateli z administracją. A Rosja uzyskała bezcenne informacje dotyczące parametrów brzegowych systemu. Kierwiński ośmieszył całą ekipę. Podważył też zaufanie obywateli do RCB. 

Minister naruszył też własne zasady bezpieczeństwa systemu. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa (RCB) przez lata wielokrotnie ostrzegało obywateli w oficjalnych komunikatach, że prawdziwe alerty bezpieczeństwa nigdy nie zawierają linków, aby nie uczyć ludzi klikania w potencjalne wiadomości phishingowe. Wysłanie wiadomości o treści „MSWiA: bądź przygotowany” z bezpośrednim odnośnikiem zaprzeczyło dotychczasowej polityce edukacyjnej. 

Parodia profesjonalizmu

Jeszcze 30 lipca, po przebadaniu przez prokuraturę leja powstałego po eksplozji Ch-101, służby starannie go zasypały. Ale dwa dni później, w sobotę 1 sierpnia, prokuratura wróciła i odkopała dziurę, bo okazało się, że zapomnieli ważnej części. A potem dół znowu zakopano. 

Ale wówczas dziennikarze i grzybiarze z okolicy nadal znajdowali elementy Ch-101. Liczy się każdy detal, choć najważniejszy jest komputer pokładowy z wgranym celem i trasą lotu maszyny. Gdyby ocalał, mielibyśmy twardy dowód na to, co było celem rosyjskiej agresji. 

Tymczasem zaledwie cztery dni przed uderzeniem Ch-101 prokuratura odnotowała inny gigantyczny skandal. Po tym, jak sędzia ppłk Radosław Hunek z Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie 26 lipca uniewinnił w pierwszej instancji żołnierza, którego ludzie Tuska ścigają za to, że oddał na granicy polsko-białoruskiej w marcu 2024 roku 12 strzałów, prokuratura Waldemara Żurka złożyła apelację. Tusk może deklarować, że stoi murem za polskim mundurem, ale w armii wiadomo, że jest to tandetna propaganda. 

Takie działania Żurka muszą wpływać demoralizująco na żołnierzy i kadrę oficerską. A realna jest coraz większa rosyjska presja na Polskę. Dzień po potężnej eksplozji Ch-101, 31 lipca, dyżurna para F-16 przechwyciła rosyjski samolot szpiegowski Ił-20 zaledwie 40 kilometrów na północ od Kołobrzegu. Potem Tusk zniknął z przestrzeni publicznej, bo w Polsce odbywały się uroczystości upamiętniające wybuch Powstania Warszawskiego. 

Niekończąca się seria katastrof

3 sierpnia ujawniono kolejne przechwycenie rosyjskiego Iła-20, około 60 kilometrów od Łeby. Potem doszło do kolejnej serii szokujących wydarzeń. 

We wtorek 4 sierpnia odkryto na niemieckich stronach rządowych ujawnioną przez Berlin już 29 lipca treść umowy o współpracy obronnej RFN i Polski, zawartą 17 czerwca 2026 r. Była ona skrzętnie przez ekipę Tuska ukrywana przed opinią publiczną. Powód jest oczywisty. To wstrząsający dokument, skrajnie niekorzystny dla Polski, budujący grunt pod stopniowe wchłanianie naszej armii na wzór holenderskich sił lądowych, które dziś stanowią integralną część trzech dywizji Bundeswehry. Cały proces w przypadku Holandii rozpoczął się w 2014, a zakończył w 2023 roku. 

W świetle strategicznych deklaracji RFN o przebudowie Bundeswehry do 2039 roku, a więc do okrągłego stulecia napaści na Polskę, w najsilniejszą armię Europy ten krok musi niepokoić. A umowa stworzyła rozbudowane, pięciostopniowe struktury organizacyjne mające głęboko wniknąć w nasz militarny system bezpieczeństwa. 

Wszystko to trzeba widzieć w kontekście planów przedstawianych przez emerytowanego gen. Wałerija Załużnego, który dowodził armią ukraińską przez pierwsze dwa lata wojny, do lutego 2024 roku. Załużny przekonuje, że Ukraina nie jest zainteresowana wejściem do NATO. Uważa, że ukraińska armia powinna stać się filarem w europejskim systemie obronnym, budowanym głównie przez Niemcy. 

Tego samego dnia, 4 sierpnia, eksplodowała inna informacja, że Fundacja „Zryw”, której fundatorem i członkiem zarządu jest Alexander Sikorski, najstarszy syn szefa MSZ Radosława Sikorskiego, użytkuje sprzęt o wartości ponad 141 tys. zł należący do rządu Niemiec. Szokujące, przerażające, ale nie dla ekipy Tuska-Sikorskiego. 

To pozwala inaczej spojrzeć na ukrywaną przez ekipę 13 grudnia treść dokumentu umowy z 17 czerwca 2026 r. Jeden z wybitnych ekspertów od działań obcych służb specjalnych (nie ujawniam jego danych z uwagi na jego bezpieczeństwo) stwierdził, że trzeba zadać fundamentalne pytanie:

„Jak się to ma do dostępu ministra do materiałów zawierających informacje niejawne? Jak się to ma do osłony kontrwywiadowczej rządu, do wydania dla Sikorskiego poświadczenia bezpieczeństwa?”.

Tego też dnia polskie myśliwce przechwyciły rosyjski samolot rozpoznawczy Ił-20M 56 kilometrów na północny zachód od Koszalina. Był to ósmy taki incydent od początku roku, a czwarty w ciągu ostatniego miesiąca. 

Tego samego 4 sierpnia w centrum Warszawy, podczas remontu torowiska tramwajowego w Alei Solidarności, odkryto niewybuch. Już o godzinie 7 rano policja otrzymała sygnał. Ale wojskowy patrol saperski rozpoczął prace po siedmiu godzinach od odkrycia zagrożenia. Ani policja, ani straż miejska przez te długie godziny nie wyznaczyły strefy bezpieczeństwa. 

Obok odkopanej bomby przez wiele godzin przechodzili ludzie. Na filmie widać, jak bezpośrednio przy pocisku, na zewnątrz kawiarni, ludzie pili kawę.

Jest fundamentalna zasada – jeśli ty widzisz bombę, to ona widzi ciebie. Opiera się ona na fizyce fali uderzeniowej i sile rażenia odłamków.

Pozostawienie otwartych kawiarni i brak fizycznego odgrodzenia strefy bezpośredniego zagrożenia życia to bezpośrednie narażenie ludzi na śmierć. 

Szokująca jest też bezczynność służb w stolicy państwa. Standardy operacyjne dla niewybuchów w centrach miast wymagają natychmiastowego dysponowania sił. Siedmiogodzinna bezczynność w zabezpieczeniu ładunku drastycznie zwiększyła ryzyko niekontrolowanej eksplozji. 

Papierowe państwo Tuska

Wybuch pocisku Ch-101 w Tarnawie-Kolonii i zlekceważenie bomby w centrum Warszawy przez służby łączy ten sam obraz rozkładu i bezradności ekipy 13 grudnia wobec zagrożeń polskiego bezpieczeństwa. Propagandowe chwyty grupy dyletantów mają pozorować zarządzanie państwem. Ledwie 24 kwietnia 2026 roku Tusk publicznie ostrzegał, że w ciągu najbliższych miesięcy grozi nam wojna, po czym zaczął przekazywać Ukrainie pociski PAC-3 MSE używane przez wyrzutnie Patriot, a po eksplozji Ch-101 znów zaczął straszyć Polaków, że przekaże Ukrainie kolejną partię tych antyrakiet. 

Normalny premier, dbający o bezpieczeństwo Polski, wyjaśniałby naszym sojusznikom, że sami jesteśmy w strefie zagrożenia. Potrzebujemy tej broni bardziej niż Niemcy, Holendrzy, Szwedzi czy Hiszpanie. Nie wolno się rozbrajać, bo to zachęca Rosję do eskalacji działań wobec Polski. To dywersja ze strony ekipy 13 grudnia wymierzona w nasze bezpieczeństwo. 

Wybuch rosyjskiej Ch-101 zaledwie 30 kilometrów od Kraśnika, gdzie Mesko stworzyło strategicznie ważną dla naszego bezpieczeństwa linię do produkcji korpusów dla amunicji 155 mm, pokazuje, że ekipa Tuska postradała rozum. Za niemal miliard złotych rozbudowywana fabryka ma dostarczać ponad 150 tysięcy korpusów rocznie. Jest to jedna z kluczowych inwestycji w nasze bezpieczeństwo, ale Kraśnik jest zaledwie 90 kilometrów od granicy z Ukrainą, a więc fabryka jest położona w strefie operacyjnej. Jeżeli rakieta spada w regionie, w którym znajduje się strategiczny zakład zbrojeniowy, państwo powinno automatycznie zadać pytanie: przypadek czy sygnał? 

Jeżeli szczątki pocisku mogą pomóc odpowiedzieć na to pytanie, ich zabezpieczenie powinno być absolutnym priorytetem. Tymczasem jeżeli po zakończeniu pierwszych czynności nadal znajdowano fragmenty rakiety, ujawnia to dramatyczny brak profesjonalizmu ludzi Żurka i Kosiniaka-Kamysza.

A przecież wojna już się toczy

Najbardziej niebezpiecznym błędem w ocenie rosyjskiego zagrożenia jest przekonanie, że wojna zaczyna się dopiero wtedy, gdy rosyjski żołnierz przekracza granicę. Raport wybitnych ekspertów, Samuela Greene’a, Andrieja Sołdatowa i Iriny Borogan, dla waszyngtońskiego Center for European Policy Analysis (CEPA), opublikowany 19 listopada 2025 roku, pokazuje coś przeciwnego. Rosja już prowadzi wojnę z Zachodem – tylko w znacznej części poniżej progu otwartego konfliktu. Ta rosyjska „wojna w ukryciu”: ma niszczyć struktury społeczne i destabilizować instytucje państwa, ale jednocześnie utrzymywać przeciwnika w niepewności, czy ma już do czynienia z wojną. 

Dla Polski ten raport powinien być dokumentem alarmowym. Nie dlatego, że odkrywa nieznane rosyjskie metody. Dlatego że pokazuje, jak Rosja patrzy na nasze słabości. 

Autorzy piszą, że rosyjska machina działa „z centrum Kremla, poprzez Radę Bezpieczeństwa i Administrację Prezydenta, szefów FSB, GRU i SWR, a następnie na zewnątrz, w ekosystemie jednostek pomocniczych i pełnomocników”. Jej narzędzia to: sabotaż, destabilizacja infrastruktury, cyberataki, operacje informacyjne, wpływy polityczne, obchodzenie sankcji i tajne zakupy. 

Najważniejsze jest jednak określenie użyte przez autorów: „iteracyjne sondowanie”. Rosja nie wykonuje jednej operacji i nie zamyka sprawy. Testuje mechanizmy obronne, obserwuje reakcję, wyciąga wnioski i wraca z kolejną próbą. 

I właśnie dlatego wydarzenia z ostatnich dni powinny być dla Warszawy znacznie bardziej alarmujące, niż są. 30 lipca rosyjska Ch-101 znalazła się nad Polską. To był nie tylko incydent lotniczy. To był test systemu państwa. Rosjanie mogli obserwować, jak wcześnie Polska wykryje pocisk, jak szybko poderwie samoloty, jaką podejmie decyzję o zestrzeleniu, jak działa dowodzenie, jak funkcjonuje współpraca wojska ze służbami i wreszcie – jak państwo zachowa się wobec własnego społeczeństwa po uderzeniu. 

Czy Polska zabezpieczy miejsce? Czy zbierze wszystkie szczątki? Czy będzie potrafiła odtworzyć trasę pocisku? Czy w ciągu godzin stworzy jeden obraz sytuacji dla wojska, kontrwywiadu, prokuratury i rządu? Czy przekaże obywatelom jasną informację? 

Prawdziwy test po upadku rakiety

Jeżeli po zakończeniu zasadniczych czynności na miejscu nadal znajdowano fragmenty rosyjskiej rakiety, to nie jest już tylko niedoskonałość procedury procesowej. To jest utrata potencjalnie wartościowego materiału wywiadowczego. 

Każdy element elektroniki, napędu, systemu nawigacyjnego może być źródłem informacji i dlatego każdy fragment powinien zostać zabezpieczony i poddany analizie. Jeżeli natomiast po zasypaniu leja przypadkowi ludzie nadal odnajdują części pocisku, państwo samo ogranicza możliwość wykorzystania informacji, które przeciwnik pozostawił na naszym terytorium. 

Rosja działa odwrotnie. Każdy incydent jest dla niej źródłem informacji o przeciwniku. To fundamentalna asymetria. Moskwa wykorzystuje nasze reakcje do uczenia się. Polska z kolei przede wszystkim skupia się na usprawiedliwianiu własnych reakcji. 

Raport CEPA pokazuje, że rosyjska wojna w ukryciu jest „głębokim, samonapędzającym się systemem zarządzania”. Nie jest więc zestawem przypadkowych działań poszczególnych agentów. Jest częścią sposobu funkcjonowania państwa. Autorzy ostrzegają, że rosyjska koncepcja wojny zaciera granicę między pokojem a konfliktem:

„Nowa wojna Rosji to koncepcja konfliktu obejmująca całe państwo; to sztuka strategiczna, a nie tylko militarna”. 

Tymczasem Polska nadal ma skłonność do rozdzielania bezpieczeństwa na resorty, kompetencje i procedury. Wojsko zajmuje się rakietą. Policja miejscem zdarzenia. Prokuratura dowodami. Służby informacjami niejawnymi. RCB ostrzeganiem ludności. Ministerstwa komunikacją. Premier koordynacją. 

Problem polega na tym, że Rosja nie atakuje ministerstw. Atakuje państwo jako całość. Jeżeli po rosyjskim ataku system alarmowy nie przekazuje szybko i precyzyjnie informacji, Rosja otrzymuje dodatkową przestrzeń do operacji informacyjnej. Jeżeli miejsce upadku rakiety nie jest szczelnie zabezpieczone, Rosja uzyskuje kluczowe dane o naszych procedurach. Jeżeli instytucje nie wymieniają informacji, Rosja może wykorzystać różnice między nimi. 

To właśnie jest wojna cienia. Nie musi ona zniszczyć państwa. Wystarczy, że zmusi je do ciągłego reagowania i pokaże obywatelom, że państwo jest bezradne. 

Jeszcze bardziej niebezpieczna jest kwestia służb. Raport wskazuje, że rosyjski aparat bezpieczeństwa odzyskał po 2022 roku poczucie permanentnej walki z Zachodem. Rosyjskie służby potraktowały wojnę na Ukrainie jako kolejną rundę wielopokoleniowej wojny wywiadowczej z Zachodem. Autorzy podkreślają, że odrodzenie rosyjskich operacji wywiadowczych jest strategiczne, a nie taktyczne. 

Putin nie dokonał po klęskach pierwszych miesięcy wojny wielkiej czystki w służbach. Przeciwnie, zachował ich potencjał, ponieważ zrozumiał, że nadmierne represje niszczą pamięć instytucjonalną i zdolność wywiadu. To jest bardzo ważna lekcja dla Polski. Rosjanie popełniali błędy, ale nie zniszczyli swoich służb dlatego, że popełniły błędy. Zachowali instytucjonalną pamięć, ludzi i zdolności, a następnie dostosowali je do nowej wojny.

Tymczasem Polska przez lata pozwala, aby służby bezpieczeństwa stawały się przedmiotem partyjnej wojny. Komisja do spraw Pegasusa to dar dla Rosji. 

Coraz intensywniej Rosja nas testuje

W ciągu zaledwie tygodnia państwo zaczęło się pruć w wielu miejscach. Rosja nie musi znaleźć państwa całkowicie bezbronnego. Wystarczy jej państwo, w którym istnieją szczeliny między instytucjami. To będą miejsca kolejnych uderzeń w wojnie cieni. 

Dlatego Polska potrzebuje zmiany filozofii bezpieczeństwa. Nie kolejnego programu, nie kolejnej komisji, nie kolejnej strategii liczącej setki stron.

Potrzebuje państwa, które działa jak system. Nie mamy czasu na dalszą propagandę sukcesu ekipy Tuska, ale na odsunięcie jej od władzy w przyszłych wyborach, aby odbudować sprawne państwo. 

Wówczas pierwszą zmianą powinno być stworzenie stałego, zintegrowanego mechanizmu reagowania na operacje poniżej progu wojny. Wojsko, kontrwywiad, wywiad, cyberbezpieczeństwo, policja, prokuratura, ochrona infrastruktury i komunikacja strategiczna muszą działać na podstawie wspólnego obrazu sytuacji. Incydent taki jak wejście Ch-101 do polskiej przestrzeni powinien uruchamiać automatyczny mechanizm państwowy, a nie improwizację między instytucjami. 

Drugą zmianą musi być ofensywny kontrwywiad. Nie wystarczy zatrzymywać wykonawców. Trzeba rozbijać całe sieci: finansowanie, rekrutację, komunikację, transport, zaplecze techniczne i osoby kierujące operacją. 

Trzecią – systematyczne wykorzystywanie rosyjskich błędów. Każdy rosyjski dron, rakieta, urządzenie elektroniczne czy narzędzie cybernetyczne musi być traktowane jako źródło informacji. Państwo powinno posiadać wyspecjalizowane centrum, które będzie łączyć analizę techniczną, wywiadowczą i operacyjną. Rosja musi zacząć płacić wysoką cenę za każdy pozostawiony w Polsce fragment własnej technologii – utratą informacji o swoich zdolnościach. 

Czwartą – odbudowa profesjonalnej, apolitycznej służby państwowej kontrolowanej przez państwo, a nie przez kolejne partie. Politycy powinni wyznaczać cele strategiczne i sprawować kontrolę. Nie powinni niszczyć ciągłości operacyjnej instytucji. 

Piątą – stworzenie doktryny operacyjnych kosztów ponoszonych przez wroga. Skuteczne odstraszanie wymaga zmuszenia Kremla do ponoszenia „szerszych strategicznych kosztów” działań w ukryciu. To oznacza koniec polityki, w której Rosja dokonuje operacji, Polska ją wykrywa, ambasador dostaje notę protestacyjną, kilka osób zostaje wydalonych, a po kilku dniach wszyscy wracają do normalności.

Tusk nie odstrasza Rosji, ale ją zachęca do agresji

Jeżeli Rosja narusza przestrzeń NATO – reakcja musi być nie tylko militarna, lecz także polityczna, wywiadowcza i ekonomiczna. Jeżeli prowadzi rozpoznanie – Polska powinna wykorzystywać każdą obserwację do budowania obrazu rosyjskich zdolności. 

Odstraszanie nie polega na tym, że przeciwnik wie, że go obserwujemy. Polega na tym, że wie, że za każdą operację zapłaci radykalnie więcej, niż zyska. Jeśli nie stworzymy mechanizmu kosztów, rosyjska wojna cienia będzie się rozszerzać, bo z punktu widzenia Kremla będzie racjonalna. 

Najbardziej niepokojące jest to, że Rosja myśli o konflikcie całościowo, podczas gdy Polska i państwa zachodnie nadal odpowiadają sektorowo.

Moskwa postrzega Polskę jako wrogi system. Polska zbyt często widzi zagrożenie jako serię przypadkowych incydentów. Rosjanie widzą granicę między wojną i pokojem jako płynną. My nadal chcemy wiedzieć, czy to już „atak”, czy jeszcze „incydent”. Rosyjskie służby uczą się na naszych reakcjach. My zbyt często uczymy się dopiero po kryzysie. 

I dlatego największym zagrożeniem dla Polski nie jest dziś to, że Rosja ma przewagę w jakiejś konkretnej dziedzinie. Największym zagrożeniem jest asymetria procesu uczenia się. Rosja prowadzi kolejne próby, zbiera dane, poprawia metody i wraca. Polska reaguje, analizuje, powołuje zespoły i deklaruje wyciągnięcie wniosków. W wojnie cienia to może nie wystarczyć. Bo przeciwnik skupia się na tym, aby codziennie czynić nas odrobinę słabszymi, mniej pewnymi siebie, bardziej podzielonymi, bardziej zajętymi własnymi kryzysami i mniej zdolnymi do wspólnego działania. 

Dlatego odpowiedzią Polski nie może być wyłącznie większa armia. Musi nią być większa sprawczość państwa. Rosję odstraszyć może dopiero przekonanie Kremla, że Polska jest państwem, którego słabości nie da się tanio wykorzystać.

Źródło: Gazeta Polska

NAJNOWSZE Polska