"Kilka minut przed godziną 11:00, czyli jeszcze przed otwarciem lokalu, pojawiła się u nas pani, która poprosiła o butelkę wody. Lokal był jeszcze nieczynny, kasa fiskalna nie była jeszcze uruchomiona, a my, ucząc się dopiero rytmu nowego miejsca i chcąc po prostu być uprzejmi, postanowiliśmy tę wodę sprzedać. Po chwili okazało się, że była to kontrola z Urzędu Skarbowego"
– informuje na Facebook-u lokal "Ciasto i Farsz".
Efektem kontroli był mandat mandat w wysokości 500 zł. - Nie ukrywamy, że jest nam zwyczajnie przykro. W pierwszych dniach działalności człowiek skupia się przede wszystkim na tym, żeby każdy gość wyszedł zadowolony. Tym razem dobra wola okazała się kosztować nas 500 zł - dodano we wpisie.
Doniesienia szybko obiegły sieć. W mediach społecznościowych przybywa nieprzychylnych - delikatnie mówiąc - komentarzy pod adresem przedstawicieli urzędu. - Urzędnicy KAS twardo pracują na swoją opinię i aby nie zawieźć przełożonych... - napisał na portalu X Rafał Kubowicz z Nowej Nadziei. Wpisów w podobnym tonie jest jednak więcej.
A potem ludzie będą zdziwieni jak ktos potrzebujący tej wody nie otrzyma bo przedsiębiorca będzie się bał.
— Mariusz (@PiechotaMariusz) July 1, 2026
Urzędniczka z Urzędu Skarbowego przyszła PRZED otwarciem lokalu i poprosiła o sprzedanie wody.
— e-Janusz Ch. 🛷💉🪺 (@Janusz_Ch_) July 1, 2026
Dostała ją
Mandat 500 zł https://t.co/YyR2h94gB0
Owa kontrolerka z KAS powinna za coś takiego być dyscyplinarnie zwolniona.
— Adam Czarnecki (@czardam) July 1, 2026
Po prostu. Jeśli ów przedsiębiorca opisuje prawdę, to dla takiego zachowania powinno być ZERO tolerancji.
Urzędnicy są pierwszym stykiem państwa z obywatelem i nigdy nie mogą tak postępować.
Nigdy. https://t.co/keW3fBX6jh
Warto przypomnieć o innej sprawie z Gdańska, gdzie miejscowy restaurator został ukarany przez Urząd Skarbowy mandatem w wysokości 2500 zł. Wszystko dlatego, że oferując pizzę z krewetkami zastosował zbyt niska stawkę VAT. Takie danie - jak uznał fiskus - powinno być objęte 23-proc. podatkiem, a nie 8-procentowym.
Po wyjściu sprawy na jaw, odniosła się do niej działaczka związkowa w Krajowej Administracji Skarbowej, Agata Jagodzińska. Przekazała wówczas, że tego typu kontrole mogą mieć związek ze zmianą wytycznych dla urzędników.
"Jeszcze 3 lata temu do wykonania tzw. miernika nabyć sprawdzających liczyła się tylko liczba wykonanych nabyć sprawdzających. Nieważne, czy ukarano mandatem. Chodziło o prewencję. Chodziło o to, żeby sprawdzać, pouczać i przypominać o obowiązkach. I to miało sens. Dzisiaj, po zmianie kierownictwa (rządu) do miernika liczą się TYLKO pozytywne nabycia sprawdzające, czyli takie zakończone mandatem albo odmową przyjęcia mandatu (sic!). Czyli ZAWSZE MUSI BYĆ MANDAT"
– informowała i dodała, że wartości mierników są jednocześnie podnoszone, a kierownicy mają "narzucać kwoty mandatów". - Nie chcemy karać malutkich. To wymysł szefa KAS, Marcina Łobody, ministra Domańskiego i Donalda Tuska. To polityka obecnego rządu - podkreśliła Jagodzińska.