Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

SAFE – kasa na wybory. Grochmalski o niejasnych przepływach pieniędzy i sieci zależności

Z politycznego punktu widzenia SAFE może pełnić podwójną rolę. Oficjalnie ma być programem bezpieczeństwa i modernizacji armii. Nieoficjalnie może jednak stać się gigantycznym systemem redystrybucji środków publicznych, który pozwoli związać z obozem władzy tysiące osób, firm i instytucji korzystających z państwowych kontraktów. W perspektywie wyborów parlamentarnych w 2027 roku oznaczałoby to stworzenie rozbudowanej sieci ekonomicznych zależności, w której stabilność finansowa wielu środowisk byłaby bezpośrednio powiązana z utrzymaniem obecnego układu politycznego - pisze Piotr Grochmalski w "Gazecie Polskiej".

Kredyt SAFE był dociskany kolanem przez ekipę Tuska w atmosferze skandalu i naruszenia konstytucji. Opinia publiczna i opozycja nieustannie miały blokowany dostęp do kluczowych informacji. A gdy w końcu ujawniona została supertajna lista polskich firm, które mają uczestniczyć w programie, okazało się, że wiele z nich to dziś „martwe dusze”. Nikt z nimi się nie kontaktował w sprawie udziału w SAFE. Nie otrzymały też żadnych zaliczek.

Ekipa 13 grudnia wprowadziła naszą zbrojeniówkę na pole minowe. 

Nieprzejrzysty system finansowy

Cały program jest przez koalicję 13 grudnia przedstawiany jako historyczna szansa dla Rzeczypospolitej. Premier Donald Tusk twierdzi, że „Polska będzie zdecydowanie największym beneficjentem programu SAFE”, ponieważ może uzyskać nawet 43,7 mld euro z unijnego mechanizmu o wartości 150 mld euro. A minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz przekonuje, że środki mają finansować zakup dla armii: Borsuków, Krabów, Piorunów i wielu innych projektów wojskowych (MON zgłosił podobno 139 projektów do finansowania). Ale mogą mówić, co chcą, bo wszystko, co dotyczy SAFE, jest tajemnicą. Łącznie z wysokością odsetek od tego kredytu. Oni tego po prostu nie wiedzą. Nie znają ceny tego kredytu.

Ale równocześnie trwa propagandowa kanonada niemieckich gadzinówek w Polsce i rządowej machiny dezinformacyjnej. Szaleństwo przekroczyło punkt krytyczny, gdy Tusk przedstawił spór o SAFE wręcz jako polityczny test europejskości Polski, mówiąc, że „najbliższe wybory zdecydują o tym, czy Polska pozostanie w Europie”. Być może powiedział o jedno zdanie za dużo. Bo rzeczywiście ten zaciągnięty dług, który będzie spłacany do 2071 roku (!), ma być przede wszystkim ukrytym mechanizmem pozwalającym Koalicji Obywatelskiej na pozyskanie ogromnych środków na wybory parlamentarne w 2027 roku. Będzie to możliwe, bo SAFE to w rzeczywistości wielki, nieprzejrzysty system finansowy, żyjący własnym życiem i konsumujący znaczną część środków, jeszcze zanim trafią one do realnej gospodarki. Sama jego koncepcja prawno-finansowa jest skonstruowana tak, aby rozproszyć odpowiedzialność za przepalanie i znikanie po drodze ogromnych sum, poprzez stworzenie gąszczu instytucji, które będą pobierać haracz za koszty pośrednie. Świadomie stworzono wielopoziomowy system zarządzania pieniędzmi: Komisja Europejska, BGK, fundusze celowe, Agencja Uzbrojenia, holdingi państwowe, audytorzy i podwykonawcy. Tworzą one strukturę bardziej skomplikowaną niż klasyczne finansowanie wydatków budżetowych przez Skarb Państwa. Doświadczenia pokazują, że fundusze pozabudżetowe utrudniają społeczną kontrolę nad finansami publicznymi, a NIK wielokrotnie krytykowała rozmywanie odpowiedzialności między instytucjami.

Znikające pieniądze

Nie jest prawdą, iż Polska otrzyma owe 183 mld zł pożyczki czy też 43,7 mld euro. Już na samym początku zostaniemy obciążeni przez Komisję Europejską kosztami emisji obligacji. Słono zapłacimy za prowizje dealerów, zorganizowanie syndykatu, który dokona tej operacji, i jego obsługę prawną, przygotowanie odpowiedniej dokumentacji, a następnie złożoną operację otrzymania płynności emisji całej operacji. Pochłonie to około 0,2 proc. pożyczki. Pójdzie na to od ćwierć do pół miliarda złotych, ale co to dla Tuska. Wielkie obciążenie będą stanowiły koszty hedgingu euro/złoty (hedging to strategia zarządzania ryzykiem mająca na celu zminimalizowanie potencjalnych strat finansowych). Pożyczka SAFE jest w euro, natomiast Polska będzie wydawała pieniądze w złotych, dlatego ekipa Tuska bierze na siebie ryzyko kursu między euro a polską walutą. Aby je ograniczyć, trzeba zastosować hedging. W przypadku długu o krótkim terminie hedging to około 2 proc. rocznie. Ale w sytuacji, gdy obejmuje on aż 45 lat, nie da się obliczyć jego kosztu, choć może on pochłonąć każdego roku nawet 5 proc. lub więcej z sumy SAFE, co powoduje, iż kredyt staje się bardzo drogi, dużo droższy od zaciągniętego bezpośrednio przez Polskę. Jeśli Tusk zrezygnuje z hedgingu, może doprowadzić Polskę do gigantycznej katastrofy finansowej, bo istnieje ogromne ryzyko mocnego wzrostu kursu euro w stosunku do naszej waluty. A wówczas wpadlibyśmy w pułapkę zadłużenia. W sumie z owych 183 mld zł zaciągniętego długu, pozostanie – po tym, jak Komisja Europejska weźmie swoją „prowizję” i zapłacimy za hedging – nie więcej niż 175,5 mld zł.

Jednak to zaledwie początek złożonej operacji finansowej. Owe pieniądze mają trafiać do Banku Gospodarstwa Krajowego, aby „ukryć” dług poza budżetem. Ale taka operacja jest znacznie droższa od operowania zwykłymi obligacjami. Bo BGK nie pożycza tak tanio jak Skarb Państwa, inwestorzy oczekują wyższej premii, struktury funduszowe są bardziej złożone, a bank żąda zapłaty za dodatkowe koszty operacyjne i gwarancyjne. Jeśli policzy się prowizje BGK, koszty organizacji finansowania, marżę pośredników, koszty zarządzania funduszami i refinansowania, a także narzut kosztów po drodze, znów znikają z pożyczki kolejne 2,5–3 mld zł, a całość sumy kurczy się do 172,5 mld zł.

Dodatkowo taki ukryty mechanizm pozabudżetowego zadłużania państwa utrudnia ocenę pełnego zadłużania państwa, a także osłabia kontrolę parlamentarną i sprzyja procesom korupcyjnym, co może spowodować, iż „wyparują” kolejne 3 mld zł i realnie z pożyczki zostanie 169,5 mld zł.

Na tym etapie pieniądze trafią w obieg biurokratycznej machiny powołanej na podstawie Rozporządzenia Rady UE 2025/1106 z 27 maja 2025 roku, ustanawiającym „działanie na rzecz bezpieczeństwa Europy (SAFE) poprzez instrument wzmocnienia europejskiego przemysłu obronnego”. Do obsługi przez Polskę pożyczki i produkcji tysięcy sprawozdań dotyczących SAFE powstaną nowe instytucje. Rozdęta zostanie też Agencja Uzbrojenia, narastać będą batalie urzędnicze, rozwodniona zostanie odpowiedzialność finansowa za kolejne decyzje. Pochłonie to kolejne miliardy. Z uwagi na szokującą zdolność ekipy Tuska do frymarczenia publicznymi środkami, trudno ocenić skalę owej łapczywości, z jaką wykorzystywana będzie pożyczka do rozbudowy administracji. Przyjmijmy, iż owe „koszty” wyniosą ponad 5 mld zł, choć mogą być znacznie wyższe. Kredyt wynosi już ledwie 164,5 mld zł.

Będziemy słyszeć każdego dnia od rządu, że przecież każdy duży program finansowany przez UE generuje systematyczne raportowanie, audyty, kontrolę zgodności wydatków, złożone procedury zakupowe, drogi nadzór prawny i finansowy oraz konieczność wydatkowania dużych środków na stałą koordynację między polską biurokracją i instytucjami UE. A przecież w przypadku projektu obronnego dochodzi jeszcze compliance eksportowy, czyli przestrzeganie wyśrubowanych przepisów dotyczących eksportu broni, podwyższony poziom bezpieczeństwa informacji czy monitoring wykonania kontraktów. A to wszystko przecież kosztuje. Tym bardziej że środki SAFE dla Polski nie są jednym wielkim kredytem, lecz są tak skonstruowane, że „każda transza jest osobną pożyczką”, co oznacza oddzielne rozliczenia, harmonogramy i procedury dla kolejnych części finansowania. A to pociąga za sobą lawinowy wzrost kosztów, bo system jest znacznie bardziej skomplikowany niż klasyczny jednolity program budżetowy. A fakt, iż rząd tworzy specjalny instrument finansowy FIZB do zarządzania pieniędzmi z SAFE, obsługiwany przez BGK, sugeruje, że skala administracyjna projektu będzie ogromna. Nie podano jednak oficjalnie liczby nowych etatów.

Dodatkowy problem polega na tym, że taki rozdęty aparat administracyjny bardzo trudno później „wyłączyć”. Jeżeli po 2030 roku nie pojawią się kolejne duże programy finansowania, część tych struktur stanie się kosztowna i politycznie trudna do likwidacji. Wtedy państwo stanie przed klasycznym problemem: albo utrzymuje system kolejnymi wydatkami publicznymi, albo godzi się na redukcję zatrudnienia i kryzys w sektorze, który wcześniej samo rozbudowało. 

SAFE takim samym szantażem jak KPO?

Już w 2012 roku Ulrich Beck w książce „Niemiecka Europa” odsłonił zasadniczy mechanizm, jaki współcześnie wykorzystuje Berlin do podporządkowywania sobie innych narodów. Jak stwierdził wówczas: „Nowa niemiecka władza w Europie nie opiera się więc jak w niegdysiejszych czasach na przemocy, ale na ultima ratio. Nie potrzebuje broni, by innym państwom narzucić swoją wolę. Dlatego też absurdem jest mówienie o »IV Rzeszy«. (…) Potencjał wymuszenia, którym dysponuje, nie pochodzi z logiki wojennej, ale z logiki ryzyka, a dokładniej – grożącego gospodarczego załamania. Strategia odmowy (…) nie udostępniać kredytów i pieniędzy – to dające się wielokrotnie zastosować »nie« – jest główną dźwignią gospodarczą siły Niemiec w Europie”. KPO jest wzorcowym wykorzystaniem tej metody wobec Polski, aby wymusić zmianę rządu. Sukces tego manewru spowodował, iż tym razem aby utrzymać ekipę 13 grudnia u władzy, Berlin przygotował nową wersję narzucenia Polakom woli Niemiec.

Przekaz zasadniczy jest oczywisty – jeśli w wyborach 2027 roku Polacy odsuną Tuska od władzy, to powtórzy się historia z KPO. Berlin jest przekonany, że i tym razem mechanizm zadziała. Przy okazji SAFE ma głęboko wniknąć w instytucjonalną tkankę państwa. Jest tak skonstruowany, aby ułatwić jego finansową nieprzejrzystość. Ma zostać wchłonięty przez te instytucje państwa i środowiska, które będą stanowić główne wyborcze zaplecze ekipy 13 grudnia w wyborach w 2027 roku. Jak widać z przybliżonych kalkulacji, z owych 183 mld zł już na wstępnych etapach „wyparuje” ogromna suma 18,5 mld zł. Jednak nie będzie tak, iż owe pozostałe 164,5 mld zł zostanie bezpośrednio wykorzystane do produkcji uzbrojenia. Dla Polskiej Grupy Zbrojeniowej to wyjątkowa okazja, aby narzucić wysoką marżę, która trafi do centrali holdingu i zostanie wykorzystana na wsparcie słabszych spółek grupy, obsługę całej struktury, a także na zwiększenie wynagrodzenia dla zarządów i koordynację innych projektów. Przy tak wielkich projektach marża może sięgnąć nawet 6 proc. sumy, a więc niemal 10 mld zł. Realnie pozostaje więc nie więcej niż 154,5 mld zł.

Szaleństwo ekipy Tuska

Ale to nie koniec owego procesu „przepalania” gigantycznych pieniędzy. Niemniej dramatyczna jest ostatnia faza tego szaleństwa ekipy 13 grudnia.

Wszyscy eksperci doskonale wiedzą, że polska zbrojeniówka nie jest w stanie zaabsorbować nawet tych 154 mld zł w tak wariackim tempie (czterech lat), jakie narzucił SAFE. To najważniejsza i najgroźniejsza pułapka całego projektu. Całość zamówień ma być bowiem skończona do 2030 roku.

Ograniczone moce produkcyjne, braki kadrowe, uzależnienie od zagranicznych komponentów i wieloletnie terminy realizacji powodują, że miażdżąca większość tych środków będzie musiała zostać wydana poza Polską – na licencje, elektronikę, silniki, technologie i importowane podzespoły. Patrząc chłodno na liczby, harmonogramy i obecne zdolności produkcyjne, najbardziej realistyczna odpowiedź brzmi: polska zbrojeniówka prawdopodobnie nie jest w stanie efektywnie zaabsorbować pełnych 180 mld zł nowych zamówień i fizycznie zrealizować ich do 2030 roku bez ogromnego wzrostu importu, przesuwania terminów lub gwałtownego zwiększenia mocy produkcyjnych. Problem nie leży wyłącznie na samych fabrykach, lecz w całym łańcuchu dostaw: podwykonawcach, elektronice, silnikach, optyce, amunicji, certyfikacjach, testach i kadrach.

Najlepszym przykładem jest program Borsuk. Sama umowa ramowa zakłada około 1400 pojazdów różnych wersji. Tymczasem pierwsza umowa wykonawcza obejmuje jedynie 111 pojazdów za około 6,5 mld zł z dostawami rozłożonymi na lata 2025–2029. To pokazuje skalę problemu: po wielu latach przygotowań seryjna produkcja dopiero się rozpędza. Według analiz branżowych celem produkcyjnym jest dojście do około 100–120 Borsuków rocznie, ale obecnie moce są znacznie niższe. Jednocześnie program obejmuje około 250 podwykonawców. Oznacza to niezwykle skomplikowaną sieć zależności produkcyjnych, w której opóźnienie jednego komponentu może zatrzymać cały łańcuch. Produkcji zbrojeniowej nie da się „włączyć przełącznikiem”. Budowa nowych linii, szkolenie pracowników, certyfikacja technologii, rozbudowa zakładów i zabezpieczenie dostaw komponentów zajmują lata. Nawet jeśli PGZ zwiększy moce, duża część wartości kontraktów i tak będzie musiała zostać wydana za granicą – na silniki, elektronikę, sensory, komponenty rakietowe, licencje i technologie. W praktyce oznacza to, że tylko część pieniędzy pozostanie w polskim przemyśle jako realna wartość dodana. Z tym wiąże się ryzyko „marży pośpiechu”: im większa presja czasowa i polityczna, tym większe prawdopodobieństwo przepłaconych kontraktów, przepalanych pieniędzy, łapówek i zakupów realizowanych w trybie nadzwyczajnym.

Nie jest też możliwe sensowne zakontraktowanie całości projektów do końca maja 2026 roku. Sama PGZ przyznaje, że prowadzi intensywne negocjacje i liczy na podpisanie kolejnych umów właśnie przed tym terminem. Jednak przy skali programu pojawia się ryzyko kontraktowania „na szybko” – podpisywania umów ramowych, listów intencyjnych i deklaracji produkcyjnych bez pełnego dopracowania harmonogramów, zdolności podwykonawców czy rzeczywistych kosztów. Im większa presja czasu politycznego, tym większe ryzyko błędów, przepłaconych kontraktów i problemów z realizacją po 2027–2028 roku.

Nie tylko projekt obronny

Szokująca jest też logika programu. W oczywisty sposób wynika z niej, iż pieniądze te mają pozwolić Tuskowi zbudować sieć zależności i interesów, które pozwolą mu wygrać wybory w 2027 roku. Historycznie wielkie fundusze infrastrukturalne i inwestycyjne często tworzyły sieci zależności między państwem, biznesem i administracją. Ogromny system kontraktów ma budować środowiska ekonomicznie zainteresowane utrzymaniem obecnego układu politycznego. Ma to stworzyć nowe kanały niejasnych, prokorupcyjnych powiązań między ekipą Tuska a beneficjentami funduszy. Zbudowane zostaną też całe struktury administracyjne do obsługi funduszy i nadzoru ich spłaty. Z uwagi na to, iż cała operacja była ukryta przed opinią publiczną i mediami, a także że nie są znane mechanizmy i kryteria, jakimi kierowano się w dokonywaniu wyborów, trudno nie odnieść wrażenia, iż możemy mieć do czynienia z zaplanowanym mechanizmem korupcji wyborczej. Z uwagi na to, że rząd w nieprawdopodobnym tempie zadłuża Polskę, a równocześnie wszędzie zaczyna brakować pieniędzy, rośnie przekonanie o przepalaniu gigantycznych sum. Procesy te mogą wskazywać na odradzanie się mechanizmów korupcyjnych – także w relacjach między Komisją Europejską a ekipą 13 grudnia. Nie istnieje możliwość twardej weryfikacji, czy finansowy system SAFE w przypadku Polski został świadomie skonstruowany tak, by finansowo uzależnić tysiące ludzi i środowisk od Koalicji Obywatelskiej oraz wspierać ją w wyborach parlamentarnych. Rozbudowany system funduszy publicznych tworzy podatny grunt pod polityczne zależności i klientelizm.

Przypomina to zjawiska charakterystyczne dla pierwszych rządów Tuska. Co prawda SAFE nie jest „piramidą finansową”, ale z pewnością jest przykładem silnie złożonego i potencjalnie nieprzejrzystego mechanizmu długu publicznego oraz kreowania funduszy pozabudżetowych, a więc tworzy korzystne warunki do ogromnych nadużyć. Jest rajem dla budowania środowiska prokorupcyjnego – w mętnej wodzie, przy sparaliżowanych służbach państwowych, znikać będą dziesiątki miliardów złotych. A stworzone mechanizmy będą uniemożliwiały wskazanie winnych owego przepalania publicznych pieniędzy.

Sama konstrukcja SAFE ma zatem cechy charakterystyczne dla mechanizmów piramidalnych: utrzymanie systemu wymaga stałego dopływu nowych transz finansowania, kolejne fundusze obsługują wcześniejsze zobowiązania, a pełny obraz zadłużenia staje się rozproszony i trudny do społecznej kontroli. Im bardziej rozbudowany system pośredników, tym łatwiej ukrywać rzeczywiste koszty obsługi długu, marże organizacyjne i przepływy finansowe między instytucjami. SAFE ma dodatkowo opierać się na dziesiątkach osobnych transz finansowych, z których każda może funkcjonować według własnych harmonogramów i procedur. W praktyce oznacza to system, którego przeciętny obywatel nie będzie w stanie śledzić ani zrozumieć.

Najbardziej kontrowersyjny jest jednak polityczny wymiar całej konstrukcji. Według przeciwników programu SAFE nie jest wyłącznie projektem obronnym, lecz także narzędziem budowy długoterminowego zaplecza politycznego przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku. Mechanizm miałby działać poprzez uzależnianie od przepływu publicznych pieniędzy tysięcy osób i środowisk: urzędników, spółek konsultingowych, kancelarii prawnych, agencji audytowych, ekspertów, zarządów państwowych holdingów, samorządów i firm podwykonawczych. Im większa liczba instytucji żyjących z obsługi SAFE, tym większa grupa ekonomicznie zainteresowana utrzymaniem obecnego systemu politycznego. W tej interpretacji SAFE staje się nieformalnym mechanizmem politycznej korupcji systemowej – nie w klasycznej formie łapówek, lecz poprzez budowę ekonomicznej zależności całych środowisk od decyzji administracyjnych i przepływu funduszy publicznych. To właśnie dlatego przeciwnicy programu podkreślają znaczenie funduszy pozabudżetowych i rozproszenia odpowiedzialności. Gdy pieniądze przepływają przez wielostopniowy łańcuch, praktycznie niemożliwe staje się jednoznaczne ustalenie odpowiedzialności za straty, opóźnienia czy nieefektywność. Każda instytucja może twierdzić, że jedynie „obsługuje proces”. Bo przecież tak naprawdę chodzi o ukryte przed opinią publiczną finansowe wsparcie KO w wyborach w 2027 roku. 

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE Polska