W ostatnich dniach nieustannie oglądamy fatalne obrazki z polskich dróg. Zima zaskoczyła nie tylko drogowców, lecz także – jak zwykle – rząd Donalda Tuska. Powstaje na ten temat mnóstwo materiałów i relacji. Warto jednak pomyśleć, co komunikacyjny paraliż oznacza dla ciężarnych kobiet, które straciły właśnie porodówkę w swojej okolicy. I niepokoją się myślą, jak – w tak trudnych, katastrofalnych wręcz warunkach pogodowych – dostaną się do najbliższego szpitala, gdzie będą mogły urodzić bezpiecznie i w cywilizowanych warunkach. To także troska ich mężów/partnerów, rodziców i dzieci, najbliższych i przyjaciół. Nikt trzeźwo myślący nie zostanie w takiej sytuacji bez niepokoju: czy wszystko będzie dobrze, czy matka i dziecko/dzieci będą bezpieczne.
Zima zaskoczyła osobę premierującą
Niestety, obecnej władzy najwyraźniej nie zastanawia to ani trochę. Zarówno premier Donald Tusk, jak i minister finansów Andrzej Domański oraz pani minister Jolanta Sobierańska-Grenda najwyraźniej zainteresowani są tylko jednym: żeby było mniej kosztów. I żeby w jak największej ciszy i bez oburzenia opinii publicznej skomercjalizować, co się da. Choć może poprawniej byłoby napisać: osoba premierująca i osoby ministrujące. Co jak co, ale groteskowe prawo inspirowane lewacką demagogią ta władza wprowadzać potrafi. Sprawy ważne dla życia i bezpieczeństwa milionów zwykłych ludzi – niekoniecznie.
Powtórzmy: zima ewidentnie zaskoczyła osobę premierującą i osoby ministrujące. Natura postanowiła nam przypomnieć, że potrafi zaskoczyć nie tylko gorącymi latami, lecz także zimami w starym stylu. To wyzwanie logistyczne nie tylko dla transportu zbiorowego, logistyki w handlu i usługach itp.
Naprawdę warto się zastanowić, jak i gdzie w takich warunkach pogodowych będą rodzić kobiety, którym „przypadkiem” w ramach cięć w ochronie zdrowia już zlikwidowano i zaraz zlikwiduje się porodówkę w najbliższej okolicy. Dodajmy ważną rzecz: szczególnie zagrożone są ściana wschodnia i północny wschód, czyli regiony Polski, które zwyczajowo są lekceważone przez liberalne partie. To nie są ani ich wyborcy ani wielkomiejski, hołubiony inteligencko-biznesowy światek. To tzw. Polska B, gorsza Polska, której Koalicja Obywatelska nie lubiła także w czasach, gdy była Platformą Obywatelską.
To nie jest publicystyczna przesada. Branżowy portal Rynek Zdrowia pod koniec minionego roku informował: „Ministerstwo Zdrowia opublikowało raport z konsultacji projektu rozporządzenia, które ma umożliwić tworzenie izb porodowych w miejsce likwidowanych oddziałów położniczo-ginekologicznych.
Dokument przesądza, że resort nie planuje dodatkowego finansowania dla nierentownych porodówek. Pojawiło się wiele pytań o bezpieczeństwo pacjentek, noworodków i odpowiedzialność personelu izb”.
Przyszłe matki w niebezpieczeństwie
To oznacza najpewniej koniec ostatniej porodówki w Bieszczadach, o którą od dawna toczono boje: z mapy zniknie najpewniej już zawieszony oddział położniczo-ginekologiczny w Lesku. Przypomnijmy, że to miasto w województwie podkarpackim, siedziba powiatu leskiego oraz gminy miejsko-wiejskiej Lesko. Jest położone nad Sanem, na obszarze Gór Sanocko-Turczańskich. Wyobrażają sobie Państwo, jak trudne mogą być tam zimą warunki pogodowe? Z całą pewnością nie zwiększa to poczucia bezpieczeństwa przyszłych matek i ojców. I kobiet, i mężczyzn, którzy myślą o macierzyństwie i ojcostwie. Włos się jeży na głowie, szczególnie gdy pomyśli się o akcji porodowej w karetce w takich warunkach pogodowych. Przy dużym ryzyku stłuczki czy nawet śmiertelnego wypadku. Oczywiście docelowo porodówkę mają zastąpić SOR-y. Ale to pomysł, który również bulwersuje co przytomniejszych ekspertów i opinię publiczną: bez gwarancji realnego bezpieczeństwa dla kobiet i personelu poród w tego typu miejscu, gdzie istnieje bardzo duże ryzyko niechcianego kontaktu z ludźmi agresywnymi, pijanymi i – nazywając rzecz po imieniu – naćpanymi coraz dziwniejszymi środkami psychoaktywnymi, to prosta droga do nieszczęść. A także procesów ze szpitalami. Choć elementarną receptą na tę sytuację byłoby jak najpilniejsze zastąpienie obecnej władzy ludźmi bardziej społecznie odpowiedzialnymi.
Teoretycznie, na papierze, reforma w ochronie zdrowia dotycząca zastępowania porodówek tzw. izbami porodowymi wygląda nieźle. Izby porodowe miałyby działać przy SOR-ach lub izbach przyjęć tam, gdzie do najbliższej porodówki jest ponad 25 km. Na miejscu ma być obecna położna, która odbierze poród lub zdecyduje o transporcie do specjalistycznego oddziału. Ale już tutaj widać ryzyko: każdy trudniejszy przypadek wymaga błyskawicznej oceny ryzyka, czasu i środków. A przecież brak pełnego zespołu tworzy dodatkowe ryzyko: położna może zachorować, być przemęczona, podjąć złą decyzję. Na kim ostatecznie odbije się fatalny zbieg okoliczności, o który statystycznie znacznie łatwiej, gdy porodówkę zastępujemy opcją minimum? Oczywiście Ministerstwo Zdrowia liczy na to, że ostatecznie oszczędzi na zlikwidowanych porodówkach. Kosztem demografii, bo już wiadomo, że rządowe rozporządzenie nie przewiduje dodatkowych pieniędzy dla oddziałów, w których rodzi się mniej niż około 300 dzieci rocznie.
Cytowane wyżej branżowe medium nie ma wątpliwości:
Szczęśliwego Nowego Roku?
Sytuacja budzi niepokój władz samorządowych i lokalnych placówek medycznych. Samorządowcy pytali ministerstwo choćby o finansowanie karetek do transportu rodzących i noworodków. Zdaniem lokalnych włodarzy rząd próbuje w tej sprawie zastosować „spychologię”: zakup i wyposażenie karetki o standardzie „N” przekracza możliwości szpitali powiatowych. Czy rząd Donalda Tuska zamierza się do tego dołożyć? Czy może pan premier zrobi akcję ocieplania wizerunku i razem z „Jurasem” Owsiakiem zachęci społeczeństwo do zbiórki? To się fachowo nazywa prywatyzacją zysków i upublicznianiem strat, w wersji miłej dla oka i ucha, bo charytatywnej. Tylko że sprzęt to nie wszystko. Kontrowersje budzą kwestie dotyczące właśnie personelu. Nie dziwi ani trochę, że położne i organizacje pacjentów ostrzegają przed brakiem całodobowej obecności lekarza ginekologa i neonatologa w izbach porodowych.
To ryzyko, o którym wspomniałem powyżej: niebezpieczeństwo kobiet i dzieci w sytuacjach nagłych i powikłanych porodów. I jeszcze jeden „drobiazg”, który pokazuje doskonale, że w szczegółach diabeł siedzi. Nie jest jasne (sic!), czy w miastach, gdzie zlikwidowano oddziały położniczo-ginekologiczne, izby porodowe będą obowiązkowe. Jeżeli nie będą, to szpitale chętnie pozbędą się tego obowiązku, jeśli skalkulują liczne ryzyka związane ze zmianą, która zarówno uderza w bezpieczeństwo kobiet i dzieci, jak i może rodzić liczne kłopoty prawne i wizerunkowe, gdyby przydarzyło się jakiejś nieszczęście. Jednym zdaniem: władza przygotowuje system w sam raz pod lumpenliberalne państwo z dykty – i jak zwykle ucierpią na tym najbardziej mieszkańcy i mieszkanki mniejszych miast. Rozwój sytuacji dobrze pokazują dane z Małopolski. W ubiegłym roku, czyli 2025, małopolski oddział Narodowego Funduszu Zdrowia rozwiązał za porozumieniem stron umowy na świadczenia z zakresu położnictwa i ginekologii z trzema szpitalami: SPZOZ w Brzesku, Nowym Szpitalem w Olkuszu i Szpitalem im. dr. Józefa Dietla w Krynicy-Zdroju. Wniosek o rozwiązanie umowy od 1 stycznia 2026 roku w zakresie położnictwa i ginekologii w Dąbrowie Tarnowskiej złożyło również Centrum Zdrowia Tuchów. Najwięcej dzieci rodzi się w subregionie krakowskim, co pokazuje doskonale mocny trend: wyludniająca się prowincja, przyciąganie ośrodków o większym potencjale. Tyle że na dłuższą metę demograficznie to droga donikąd.
Szczęśliwego nowego roku? Coraz trudniej życzyć go ludziom dobrej woli w państwie rządzonym przez społecznych darwinistów, którym w dwa lata udało się doprowadzić do katastrofy budżetowej. Teraz szukają oszczędności kosztem zwykłych Polaków – a jakie to ma skutki dla ochrony zdrowia, widać również na powyższym przykładzie. Przed Rzeczpospolitą trudny czas. I to nie tylko ze względu na geopolityczne napięcia. Największym nieszczęściem są rządy dysfunkcyjnej koalicji, która sama w sobie jest jak stan politycznej klęski żywiołowej.
Tygodnik za 3 pln❓ Nc prostrzego. Klikasz w link poniżej albo skanujesz kod widoczny na ekranie i po kilku chwilach #GazetaPolska ląduje na Twoim urządzeniu.
— Gazeta Polska - w każdą środę (@GPtygodnik) January 9, 2026
Kliknij » https://t.co/sTdNazRzBu
Pamiętaj. Kupując tygodnik wspierasz niezależne dziennikarstwo polskie. Dziękujemy. pic.twitter.com/QjgdHygbqP