Każde kłamstwo można zracjonalizować, wszystkiego się wyprzeć, zatuszować, zagadać. I co ważne – nigdy nie wolno przepraszać! Lepiej brnąć, a jeśli wyjścia nie ma, to jakimś wykrętem się usprawiedliwić.
Piszę o tym, bo zastanawiam się, czy publikacja "Rzeczpospolitej", w której czytamy m.in.:
dotrze do tych wszystkich, którzy uczestniczyli w rozkręcaniu fali nienawiści skierowanej w stronę naszego papieża? Czy drgnie sumienie autorów tefałenowskich reportaży, tekstów w "Gazecie Wyborczej", czy na „onetach”? Czy będą w stanie wydusić z siebie słowo: „Przepraszam”? Czy też udawać będą, że nic się nie stało?
A że są wśród nich ludzie o znanych nazwiskach, w tym uchodzący za znawców Kościoła, teolodzy, czy publicyści piszący często o chrześcijaństwie – pytanie staje się tym bardziej zasadne. Albowiem ósme przykazanie obowiązuje nie tylko w sferze prywatnej, ale też publicznej. Może nawet w publicznej ze zdwojoną mocą. Nikt tu sprawy o zniesławienie nie wytoczy, nikt nie postawi przed sądem, nie wymusi tą drogą przeprosin. Więc czy jakiekolwiek padną?
Śmiem, niestety, wątpić, albowiem, jak pisałem wyżej – naczelną zasadą wszelkiej maści szulerów, manipulantów, „ludzi złej woli, kłamców, oszustów intelektualnych” (idąc za znanymi słowami Herberta) jest owa złodziejska reguła mówiąca – „nigdy się nie przyznawaj, nigdy nie przepraszaj, a gdy złapią cię za rękę, mów, że to nie twoja ręka”…