Zdaję sobie sprawę, że o niesławnym raporcie „Polaków portret własny”, produkcji sztucznej inteligencji z podpisem Barbary Mróz-Gorgoń, powiedziano już wiele. W natłoku emocji zabrakło jednak poważnej dyskusji o tym, jakie jest ideowe i wyobrażeniowe miejsce Polski na mapie globalnej popkultury. I czy w III RP zrobiliśmy wystarczająco dużo, by świat nie zapomniał o swoim zachwycie pontyfikatem św. Jana Pawła II, Solidarnością, pokojową rewolucją z końca XX wieku.
Niestety odpowiedź brzmi krótko: staro-nowe elity III RP zmarnowały ogromny kulturowy i historyczny potencjał, jaki wiązał się z tymi symbolami. Złożyło się na to mnóstwo czynników, które porwały nas jak wir na przełomie ustrojowym, a po dekadach ugruntowały obraz polskości jako nienormalności, której trzeba się wstydzić, szczególnie gdy pamięta o swoich korzeniach. Doskonale to było widać choćby po losach polskiego kina albo zbyt długiej zapaści polityki historycznej, w tym muzealnictwa. Doskonale wiemy przecież, że z polskiego kina, i szerzej – kultury masowej, na długie lata zrobiły marną namiastkę najbardziej szmirowatych zachodnich produkcji.
Zgorszeni polskością
Wiemy również, jak długo i w jakich boleściach powstawało Muzeum Historii Polski. Wiemy, jak bardzo liberalne elity gorszyły się każdym projektem, który budował polską, bardziej zdecydowaną, asertywną opowieść choćby o przewinach Niemiec z czasów II wojny światowej. Wiemy, że pedagogika wstydu kazała wierzyć, że „patriotyzm jest jak rasizm”, a obrzydzanie Polakom i Polkom św. Jana Pawła II urządziliśmy sobie właściwie we własnym gronie, z niewielką pomocą obcojęzycznych autorów. A Solidarność? Z wielkiego mitu o bardziej solidarnym społeczeństwie narodził się świat brutalnego kapitalizmu. To jednak też dałoby się przecież opowiedzieć, gdyby ktoś z naprawdę wielkim autorytetem umiał to zrobić. Niestety w pakiecie dostaliśmy rozczarowanie Lechem Wałęsą, który stał się kiepskim memem. To już nie jest nawet facet, który miał swoje za uszami, a
Obserwuj Niezalezna.pl w Google! Wejdź na nasz profil, a następnie kliknij „Obserwuj w Google”
Przemiana ustrojowa po polsku nie stała się także wielką, globalną opowieścią, choć tutaj może najmniej naszej winy: rozpad muru berlińskiego, przez swoją dosłowność, zdominował wyobrażenia globalnej publiczności. A tragedie i bohaterowie II wojny światowej? Przypomnijmy sobie, jak wiele czasu III RP zabrało przypomnienie takich ludzi jak Witold Pilecki i rodzina Ulmów. Zmarnowano co najmniej kilkanaście lat, także dlatego, że postkomunizm na dobre zaznaczył swoje piętno na pierwszych dwóch dekadach transformacji. I choć politycznie wiele stracił w czasach premierowania Leszka Millera, to wciąż jest chorobą duszy polskiej.
Czy to wszystko nasza wina? Pewne jest jedno. III RP od początków budowano na radykalnie fałszywych przesłankach. Po pierwsze w sprawach ściśle geoekonomicznych – warto sobie uświadomić, jak wiele czasu zabrało nam wyzwalanie się od rosyjskich paliw i jak łatwo za sprawą balcerowiczowskiego modelu przemian wpadliśmy w koleiny gospodarki półperyferyjnej. Po drugie w kwestiach szerzej rozumianej obrony cywilnej, czyli ducha narodowej i społecznej odporności. Kto nie wie, o czym mówię, niech koniecznie przeczyta krótką książkę Szymona Opryszka „Jak nie dać się wojnie i innym kryzysom. Lekcja z Finlandii” (Warszawa 2026). Po trzecie wreszcie staro-nowe elity III RP bardzo chętnie, właściwie z marszu, przyjęły paradygmat, który nad Wisłą promowali nie tylko Niemcy: szkodliwy, krótkowzroczny mit, że lewicowo-liberalna Europa gwarantuje Staremu Kontynentowi wieczny pokój.
Niejako ex cathedra uznano, że państwa i narody, które po 1990 r. „dołączyły do Zachodu”, powinny grzecznie przyjąć „europejski” punkt widzenia. Owszem, nie brakowało wizjonerów, takich jak Jan Olszewski, którzy już w początkach III RP mówili, że w ramach „reokcydentalizacji” koniecznie musimy przystąpić do NATO. I to się udało. Tyle że lewica i liberałowie bardzo szybko uznali, że przynależność do zachodnich struktur daje nam nietykalność na z góry sto lat. Z tego wynikały coraz to nowe głupstwa, kłamstwa i coraz jawniejsze podporządkowanie Polski unijnym (czytaj: niemieckim) interesom.
Reset, czyli niepamięć
Skupmy się przez moment na „europejskim punkcie widzenia”, który przez kilka dekad jako jedyny miarodajny przedstawiały nam staro-nowe elity III RP. W praktyce sprowadzało się to do przekonania, że polska tożsamość powinna roztopić się w ideologicznym projekcie „wspólnotowości”. Nazwijmy to pokrótce polskością bez ostrych kantów: w ten sposób pojednanie polsko-niemieckie bardzo szybko zamieniono w potakiwanie interesom Berlina. Głęboko zakorzeniony w mentalności liberalnych elit brak asertywności i upokarzającą wręcz grzeczność wobec sąsiadów zza Odry dobrze pokazuje historia Instytutu Pileckiego, który mało co nie został zgruzowany, gdy na moment jego szefem został Krzysztof Ruchniewicz.
Kto pamięta czas polsko-putinowskiego resetu, gdy w głównym wydaniu „Wiadomości” TVP Piotr Kraśko kazał nam się zachwycać sołdatami na Placu Czerwonym w Moskwie, ten wie, że tej sztuki próbowano również w relacjach z Rosją. A przecież w obu przypadkach Polska ma prawo do własnej pamięci i narracji. I do opowiadania jej głośno na międzynarodowym forum. To są sprawy, które po 1990 r. powinna poznać europejska i globalna publiczność. Czy tak się stało? Śmiem wątpić. Paradoks polega na tym, że na zaściankowość naszych opowieści skazały nas lewicowo-liberalne elity, bardziej skłonne do zachwytów obcymi krajami i ościennymi narodami niźli pokiereszowaną przez stulecia polskością.
Kto się wstydzi polskiej martyrologii
Bardzo mnie rozbawiło, gdy z niesławnej pamięci raportu „Polaków portret własny”, wygenerowanego przez AI, zdobnego podpisem „najwybitniejszej ekspert” Barbary Mróz-Gorgoń, wybrzmiał po raz kolejny trywialny wniosek, że Polacy są narodem cierpiętników, nazbyt zakorzenionych we własnej martyrologii. Taki banał, wart 200 tys. zł, wynikał przecież z wyśmianego przez wszystkich raportu pełnego „suffering”. A przecież moglibyśmy sobie oszczędzić i tych wydatków, i tego blamażu: marki Polska nie trzeba wymyślać. Polska ma już napisane najpiękniejsze historie, które można było pokazać światu. W Świnoujściu już dawno powinno powstać Muzeum Pogranicza, przypominające Niemcom, jaką cenę świat i Polska zapłacili za ich wielkomocarstwowe obsesje. Już dawno powinien powstać kasowy film fabularny o św. Janie Pawle II, Solidarności i Ronaldzie Reaganie. I to taki, który chciałby oglądać świat. Już dawno polonofobia Rosji, białej, czerwonej, postsowieckiej, powinna zostać opowiedziana na znacznie więcej sposobów niż „Katyń” Andrzeja Wajdy. Lewicowo-liberalne elity miały jednak znacznie ważniejsze historie do opowiedzenia, a większość z nich opierała się na przekonaniu, że powinniśmy się wstydzić przed światem swoich realnych i urojonych słabości, przewin, śmieszności.
Czas jakiś temu prof. Andrzej Nowak nie bez racji podkreślił, że pełniący obowiązki elit w III RP poszli w tym znacznie dalej niż komuniści. To tylko hipoteza, ale sądzę, że wynikało to z fundamentalnej sprawy: komuniści mieli świadomość ciężaru historii, daniny polskiej krwi, nawet jako sowieccy namiestnicy. Elitom III RP, czyli ich wnukom i dzieciom, opłacało się uznać, że wreszcie można sobie odpocząć od polskości. Albo opowiadać o niej tak, żeby wstydzili się tylko Polacy. Efekty tej ideologicznej strategii będą nas bolały coraz bardziej.
🗞️ Najnowszy numer #NowePaństwo już dostępny!
— GP Codziennie (@GPCodziennie) September 11, 2026
Polityka, historia, edukacja i geopolityka – sprawdź tematy, na które warto spojrzeć szerzej.
⬇️ Czytaj: https://t.co/yv0MekNlcj
⬇️ Prenumerata: https://t.co/QI25BDHptz pic.twitter.com/OMVA37Nz1S