Fakty są porażające. W nocy z 2 na 3 stycznia w Oddziale Prewencji Policji trwała libacja z udziałem dowódcy IX kompanii, Marcina J. Krótko po trzeciej w nocy oficer wezwał do siebie młodą stażystkę. „Funkcjonariuszka stawiła się na polecenie przełożonego, a gdy weszła do środka, on zamknął drzwi od wewnątrz. Następne minuty to był horror”. Kobieta broniła się i wzywała pomocy. Jej krzyk usłyszał inny policjant, który zapukał do drzwi. Dopiero wtedy oprawca wypuścił swoją ofiarę.
Choć sytuacja była jednoznaczna, sprawca przez nikogo nie niepokojony opuścił koszary i wrócił do domu. Zatrzymano go dopiero po wielu godzinach.
Formalne zatrzymanie nastąpiło o godz. 14:45 przez funkcjonariuszy Biura Spraw Wewnętrznych Policji, czyli blisko dwanaście godzin po gwałcie.
Mimo to szef MSWiA Marcin Kierwiński przekonywał, że „procedury zadziałały niezwłocznie”. Były wiceszef resortu, Maciej Wąsik, pyta wprost:
„Zastanawia mnie, co się działo przez czas od popełniania zbrodni do ujęcia zwyrodnialca (...) Bo te 12 godzin są bardzo tajemnicze. Jakie siły zadziałały, że trwało to tak długo?”.
Sprawa przez kilka dni była ukrywana przed opinią publiczną. Ujawnili ją dopiero dziennikarze Telewizji Republika. W oficjalnych komunikatach próbowano bagatelizować dramat, nazywając gwałt „wydarzeniem”, a libację „spotkaniem połączonym ze spożywaniem alkoholu”. Zbulwersowany jest insp. Maciej Karczyński, były rzecznik Komendy Stołecznej Policji. „Nie mogę zrozumieć, dlaczego pozwolono mu wrócić do domu” – tłumaczy rozmówca „Gazety Polskiej”. Minister Kierwiński, zamiast wyjaśnić skandal, zaatakował opozycję, krzycząc w Sejmie:
„Na krzywdzie tej kobiety robicie ohydne politykierstwo”.