Generał Grzegorz Gielerak, wybitny autorytet w dziedzinie medycyny od dawna alarmuje o postępującej zapaści służby zdrowia, zarówno cywilnej jak i wojskowej. Problem ten porusza też w swoim najnowszym komentarzu, przygotowanym dla portalu Polityka Zdrowotna.
Wydawać by się mogło, że im więcej pieniędzy dosypywanych do budżetu, tym sytuacja polskich szpitali i całego systemu ochrony zdrowia powinna się sukcesywnie poprawiać. Gen. Gielerak obala ten mit, wskazując na twarde dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS). Wynika z nich, że nakłady publiczne na zdrowie wzrosły z 77 mld w 2015 r. do 232 mld zł w 2025 r., czyli trzykrotnie. Czy w tym czasie trzykrotnie skróciły się kolejki do specjalistów i dostępność lekarzy? Nie. Co więc stało się z tą górą pieniędzy, finansowaną m.in. z naszych podatków?
Trzykrotnie większy strumień środków niemal w całości absorbują spirala płacowa i nieprzejrzysty rynek umów cywilnoprawnych między szpitalami a personelem medycznym, zwanych potocznie kontraktami.
– wyjaśnia gen. Gielerak w swoim komentarzu.
Recepta ponad podziałami
Ekspert przypomina, że na politycznym stole pojawiły się w ostatnim czasie wspomniane trzy propozycje reform – jedna autorstwa rządu, druga zaproponowana koalicyjne PSL i trzecia, przygotowana przez opozycję (PiS). Jak podkreśla dyrektor WIM, to właśnie w nich można upatrywać szansy na poprawę sytuacji. Musi tu jednak zadziałać jedna zasada. Wyrzucanie do kosza pomysłów drugiej strony z czysto partyjnych pobudek to dziś prosta droga nad przepaść. Zamiast tego konieczne jest wyłowienie z tych projektów merytorycznych rozwiązań i stworzenie z nich jednego, żelaznego, ponadpolitycznego kompromisu.
Wszystkie trzy środowiska polityczne chcą tę spiralę wyhamować, choć każde inną metodą: PiS przez stawki maksymalne i standaryzację umów, PSL przez „jasne zasady podwyżek” i ograniczenie tempa ich wzrostu, rząd przez limity wydatków na wynagrodzenia w szpitalach. Nikt nie powie jednak tego wprost, że każde z tych narzędzi uderza w najbardziej deficytowy zasób systemu – kadrę, której siła negocjacyjna bierze się z niedoboru, a niedoboru nie znosi się ustawą – można go nią najwyżej pogłębić.
– przestrzega ekspert.
Jak sprawę widzą najważniejsi z zainteresowanych, czyli pacjenci? Z raportu „Nowy kontrakt społeczny dla ochrony zdrowia” wynika, że za niewydolność systemu 74 proc. Polaków wini jego organizację. „Siedmiu na dziesięciu badanych chce etatów zamiast kontraktów, a trzy czwarte – odpolitycznienia zarządów szpitali.
Żadna z trzech recept nie trafia w te oczekiwania – ani wprost, ani rykoszetem.
– wskazuje gen. Gielerak.
W odpowiedzi na polityczne ultimatum Tuska, resort zdrowia ogłosił na szybko tzw. pakiet naprawczy. Podstawą są limity płacowe dla lekarzy na kontraktach (maksymalnie 240 zł brutto za godzinę) oraz zapowiedź e-kolejki. Gen. Gielerak ocenia jednak ten plan surowo – samo w sobie to wizerunkowa wydmuszka. Dlaczego? Po pierwsze, bez centralnego rejestru umów narzucanie limitów to strzał w ciemno. Po drugie, jeśli limity obejmą tylko państwowe szpitale, medycy po prostu z nich uciekną. Przeniosą się do placówek prywatnych (też zarabiających na kontraktach z NFZ), gdzie stawki rzędu 500 zł za godzinę pozostaną poza wszelką kontrolą.
Rządowy plan ignoruje przy tym główne żądania pacjentów, czyli pilne oddzielenie sektora publicznego od prywatnego oraz odpolitycznienie szpitali. Gen. Gielerak punktuje brutalną prawdę: politycy wolą gasić medialne pożary dla szybkiego PR-u zamiast wdrażać wieloletnie, mozolne reformy, bo te nie dają natychmiastowych zysków wyborczych.
***
Diagnoza gen. Gieleraka jest jednoznaczna: polskiej ochrony zdrowia nie da się uleczyć samym dosypywaniem pieniędzy ani „politycznymi plastrami”, wymyślonymi na bieżące potrzeby. Fakt jest jednoznaczny: system tonie w długach, a pacjenci nie odczuwają żadnej poprawy. Zamiast szybkiego PR-u i medialnych przepychanek potrzeba merytorycznego, ponadpartyjnego konsensusu.