Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Do boju, Polsko! Ks. Jarosław Wąsowicz o sponiewieraniu polskich kibiców przez Kierwińskiego

PZPN wybrał szaleńczą i destrukcyjną drogę wyznaczoną przez podległych Kierwińskiemu funkcjonariuszy - pisze prezydencki kapelan, ks. Jarosław Wąsowicz, w "Gazecie Polskiej".

Mecz Polska–Holandia pod względem sportowym był jednym z lepszych, jakie przyszło nam oglądać w wykonaniu naszych orłów. Jednak tego dnia nie wydarzenia na boisku, lecz na kibicowskiej trybunie sprawiły, że w mediach wciąż pojawiają się na ten temat dyskusje. Wypowiedzieli się w tej sprawie już niemal wszyscy – od polityków przez działaczy PZPN po kibiców, którzy otrzymali największe ciosy, po raz kolejny oszukano ich i później dyskredytowano w wiadomych mediach. Warto więc uporządkować nieco fakty. 

Od wielu lat doping na meczach reprezentacji Polski był przedmiotem drwin, humorystycznych dowcipów i internetowych memów. Pojawiło się nawet specjalne określenie na kibiców uczestniczących w tych sportowych zmaganiach naszych piłkarzy – „Janusze”. Jak można najprościej scharakteryzować owo zjawisko tego typu kibiców reprezentacji? Bardzo prosto: „Janusze” zawsze na początku śpiewali głośno hymn, bywało, że kilka razy w trakcie meczu.  

Podczas zmagań na murawie najczęściej zabrzmiało też kilkakrotnie chóralne: „Polska, biało-czerwoni!”, a jak przegraliśmy, tradycyjne: „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Całe spotkanie z piwem lub popcornem w ręku, selfie na tle stadionu zrobione i do domu. Próbowano swego czasu nawet owych „Januszy” pobudzić przez spikera, który inicjował doping, wyświetlano na ekranach przyśpiewki, ale i tak niewiele to dało. „Janusze” pozostawali „Januszami”. Tak przez lata wyglądała stadionowa rzeczywistość. Serce się krajało, że tak wygląda doping na meczach naszej reprezentacji. 

Od wielu lat w środowisku kibicowskim dyskutowano, jak to zmienić. Najczęściej rozmawiano na meczach wyjazdowych, bo tylko tam pojawiały się ekipy z całej Polski. I dopingowały tak, żeby chociaż za granicą wstydu nie było. Po środowiskowej wymianie zdań powstało specjalne stowarzyszenie kibiców reprezentacji, które wzięło na siebie ciężar pertraktacji z PZPN, przygotowania opraw i dopingu, także rozmów i ustaleń z klubowymi środowiskami kibicowskimi. Coś drgnęło. Doping od kilku spotkań naszej drużyny był już niezły. Mecz z Holandią miał się stać przełomem. 

Spotkanie rozgrywane trzy dni po Święcie Niepodległości było okazją do wielkiej patriotycznej manifestacji. Niestety, zablokowano patriotyczną oprawę, która miała zostać zaprezentowana podczas spotkania. Policji przeszkadzał orzeł w koronie na tle narodowych barw i hasło: „Do boju, Polsko!”. Nie pozwolono kibicom zbudować tzw. gniazda, czyli miejsca w sektorze na odpowiednim podwyższeniu dla prowadzących doping. Zabroniono także wnieść nagłośnienia, chociaż wszystko było dogadane na odpowiednim szczeblu. PZPN miał jedyną w swoim rodzaju okazję stanąć po stronie kibiców i jako organizator imprezy masowej, pomimo zakazu policji, wpuścić oprawę. Podreperować przez dekady zniszczoną w oczach piłkarskich fanów reputację.

Niestety, tak się nie stało. Z tego, czego można było dowiedzieć się tu i ówdzie od uczestników pertraktacji, MSWiA zagroziło wyciągnięciem konsekwencji wobec związku w razie niezastosowania się do zakazu. No i PZPN wybrał szaleńczą i destrukcyjną drogę wyznaczoną przez podległych Kierwińskiemu funkcjonariuszy. A potem jedni i drudzy kłamali jak najęci we wszelkiej maści mediach.

Prawdopodobnie była to polityczna zemsta za antyrządowe hasła podczas meczu w Wilnie, gdzie premier usłyszał znane chyba wszystkim stadionowe przyśpiewki na swój temat. Mogła to równie dobrze być zwyczajna prowokacja, by kolejny raz uderzyć w środowisko kibicowskie. Wzniecić kolejne napięcia i podziały. Na to może wskazywać fakt, że dosłownie trzy dni później ukraińskim kibicom policja pozwoliła wnieść na stadion w Warszawie sektorówkę [dużą flagę wciąganą z dolnego sektora na górną część trybun – przyp. red.] o jednoznacznie politycznej wymowie. Przedstawiała ona ukraińskiego żołnierza na placu Czerwonym w Moskwie, na tle płonącej cerkwi Wasyla i baszt Kremla. Ukraińcom wolno wnieść bardzo mocną w swojej wymowie oprawę, Polakom w ich własnym państwie patriotycznej oprawy zaprezentować nie wolno. Trudno o lepszy motyw do kolejnego poróżnienia Polaków i Ukraińców, w interesie Rosji oczywiście. 

W każdym razie Polscy kibice zostali sponiewierani, oszukani. Stracili czas, pieniądze, a przede wszystkim złudzenia, że jeśli się poważnie rozmawia, to zawsze się dotrzymuje danego słowa. W tej sprawie nikt z drugiej strony nie mówi prawdy albo całej prawdy – ani policja, ani PZPN. Tyle i aż tyle tytułem podsumowania.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane