Wojna Kaleczy jest prywatną inicjatywą Mariusza Markowskiego, współwłaściciela ośrodka rehabilitacyjnego Dobry Brat w Osieku. W listopadzie 2014 r. Polak przyjął na leczenie pierwszą grupę rannych ukraińskich żołnierzy. Do dziś przy zaangażowaniu fizjoterapeutów, ukraińskiej diaspory, Caritasu oraz wielu prywatnych darczyńców udało się pomóc prawie 100 wojskowym. – Ci chłopcy chwycili mnie za serce – mówi „Codziennej” Markowski.
Przedsiębiorca wspomina, że jego zaangażowanie w pomoc walczącym w Donbasie ukraińskim żołnierzom zaczęło się od wpłacania pieniędzy na rzecz innych organizacji charytatywnych. – W pewnym momencie jednak olśniło mnie, że przecież jestem współwłaścicielem centrum rehabilitacyjnego i że niekoniecznie trzeba patrzeć tylko na samą wojnę, warto też wnikliwie spojrzeć na jej skutki, na pokaleczonych nią żołnierzy – wspomina Markowski. Od tego momentu Dobry Brat zaczął się zajmować pomocą właśnie tym pokaleczonym.
Ośrodek znajduje się w Osieku koło Warlubia, w województwie pomorskim. Pierwsi ranni wojskowi przyjechali nad jezioro Kałębie w listopadzie 2014 r. Do grudnia 2015 r. na miejscu przyjęto już cztery grupy, razem ok. 100 osób. Mężczyźni w wieku od 18 do ponad 50 lat z urazami układu mięśniowo-szkieletowego i nerwowego, amputacjami rąk i nóg. Pokiereszowani fizycznie, ale i psychicznie.
Procedura jest prosta. Kandydaci do rehabilitacji i leczenia są wybierani przy współpracy z Generalnym Sztabem Ukrainy, a ostatnio również z ukraińskimi wolontariuszami. Przed przywiezieniem rannych do Polski przedstawiciele inicjatywy Wojna Kaleczy kontaktują się z każdym kandydatem telefonicznie, konsultują otrzymane karty chorobowe z rehabilitantami, pytają, czy ranny może i chce udać się na leczenie do Polski.
W pomoc rannym zaangażowała się cała rodzina Markowskich. Syn Jakub, który jest dyrektorem centrum Dobry Brat, pomaga przy załatwieniu wszelkich formalności, umawia wizyty lekarskie i dowozi na nie pacjentów. Córka Paulina jest fizjoterapeutką. Aby móc skuteczniej pomagać żołnierzom, dziewczyna ukończyła dodatkowe kursy. Kiedy już wiadomo, że rozpocznie się następny turnus, Paulina zostawia swoją pracę w Trójmieście i poświęca się pomocy w ośrodku. Trudnych przypadków nie brakuje. 21-letni Sasza jeszcze dziś ma kulę w głowie, 40-letni Valera ledwie uszedł z życiem, teraz powoli dochodzi do siebie.
Valera walczył w szeregach 92. Brygady Zmechanizowanej. 1 stycznia 2015 r. na skutek wybuchu pocisku stracił rękę, prawa noga została rozerwana, został ranny w klatkę piersiową i brzuch, narządy wewnętrzne były w fatalnym stanie. Leczeniem Valery zajęła się Paulina. – Pracowaliśmy nad chodem, zmianami pozycji, podnoszeniem się z podłogi. Bał się, że sam nie poradzi sobie ze wstawaniem. Kiedy wyjeżdżał z ośrodka, już bez problemu samodzielnie zmieniał pozycje, podnosił się, chodził bez kuli, a nawet zaczął kłaść się na boku i na brzuchu, robił przysiady – opowiada z dumą fizjoterapeutka.
Koszt leczenia pierwszej grupy wziął na siebie Mariusz Markowski wraz ze swoimi przyjaciółmi z Ukrainy i Polski. Dziś w akcję angażują się wolontariusze z ukraińskiej diaspory z Gdańska i Elbląga oraz osoby prywatne zarówno z Ukrainy, jak i z Polski. – Nadal jest to wyłącznie prywatna inicjatywa, robiona po kosztach, a bywa, że i poniżej – mówi „Codziennej” Paulina Markowska.
– Robimy wszystko, co w naszej mocy, by zebrać pieniądze, ale nie jesteśmy czarodziejami. 30 proc. przyjeżdżających do nas osób potrzebuje stałej opieki specjalistów – wyjaśnia Mariusz Markowski. W związku z tym organizatorzy akcji Wojna Kaleczy prowadzą zbiórkę pieniędzy w Polsce i na Ukrainie. Z tych środków są opłacane koszty utrzymania, wielogodzinna codzienna praca rehabilitantów i psychologa. – Jak coś nam jeszcze zostaje, to przeznaczamy resztę pieniędzy na opłacenie przyjazdu kolejnych grup – dodaje. Markowski traktuje pomoc ukraińskim żołnierzom bardzo osobiście. – Pracuję na Ukrainie od ponad 20 lat i jestem z nią mocno związany. To mój drugi dom. Poza tym zarobiłem, m.in. na Ukrainie, godziwe pieniądze, jestem więc coś winny temu państwu – stwierdza.
Markowski podkreśla, że dzięki ciężkiej pracy całego zespołu medycznego oraz wolontariuszy pacjenci nie tylko wracają do formy, ale niektórzy z nich nawet na front. – Mieliśmy tu na przykład 25-letniego Rostika z raną postrzałową lewego łokcia. Chłopak był u nas na dwóch turnusach. Nie mogliśmy całkowicie przywrócić mu sprawności, bowiem do tego jest niezbędna operacja, a lekarze się na nią do tej pory nie zdecydowali. Po pobycie u nas Rostik wrócił w szeregi żołnierzy walczących w ATO [operacja antyterrorystyczna wojsk ukraińskich w Donbasie – przyp. red]. Powiedział mi, że jego ręka jest w stanie utrzymać karabin – opowiada Mariusz Markowski.
Chcesz pomóc w rehabilitacji ukraińskich żołnierzy? Szczegóły na stronie: www.facebook.com/Wojna-kaleczy-1525437897702908/