Reasumując: szkoła warszawska widziała źródło polskich tragedii w obcych, szkoła krakowska w nas samych. Nie jestem zwolennikiem mechanicznej tezy, że "prawda leży po środku", choć jest ona wygodna na wiele okoliczności. Ale zapewne owa sentencja sprawdziłaby się w tym przypadku – realną przyczyną naszych narodowych dramatów były i oczywiste powody zewnętrzne, i w pokaźnym wymiarze powody wewnętrzne. Ja osobiście skłaniałbym się nieco bardziej w stronę szkoły krakowskiej, ale może przede wszystkim nie tyle i nie tylko z powodów merytorycznych, lecz ze względów pedagogicznych. Szkoła krakowska upatrując powodów polskich dziejowych przegranych w nas samych, dawała nadzieję, wręcz szansę, że eliminacja naszych narodowych grzechów, wad, przywar, słabości może doprowadzić do zwiększenia realnej siły polskiego narodu i polskiego państwa względem otoczenia międzynarodowego. Szkoła warszawska, widząc winę jedynie czy głównie w obcych, takiej szansy nie prokurowała.
Przekładając rozważania o historii na współczesną politykę, możemy oczywiście słusznie przyjąć, że Rosjanie czy Niemcy mają wobec nas złe intencje, bo ich silna Rzeczpospolita nie interesuje. Mając z nami często, bardzo często, sprzeczne interesy są żywotnie zainteresowani, by Polska była słaba, ba, więcej: by nigdy nawet nie chciała być silna, by nie marzyła o wielkości. Wielkości w sensie realnego znaczenia politycznego, gospodarczego i militarnego na mapie Europy i świata.
Możemy więc te rosyjskie, niemieckie, ale także przecież innych państw, bliższych i dalszych geograficznie, wpisać jako stały element gry i rywalizacji międzynarodowej.
Stąd już tylko o krok do stwierdzenia, że nasi szanowni sąsiedzi będą zawsze robić swoje i grać raczej na osłabienie naszej państwowości, a nie na jej wzmocnienie. Tym większe więc znaczenie ma, czy politycy Polsce, polska administracja to wie, z tym się liczy i na to pozwala. Jeżeli wiedza – a trudno nie wiedzieć, jeśli się widzi – a trudno nie widzieć, to powinni, wręcz muszą temu przeciwdziałać i walczyć "o swoje", czyli o polskie interesy. Jeśli tego nie czynią, to w sposób świadomy robią z polski wasala, klienta, petenta mniej lub bardziej możnych tego świata. Skazują nas na to, że Rzplita staje się sfera obcych interesów politycznych i ekonomicznych.
Ostatnie trzy lata dały wiele dowodów i przykładów, że taką właśnie szkołę niedbania o polskie interesy, swoistego indyferentyzmu w zakresie walki o pozycje Polski na arenie międzynarodowej reprezentuje Donald Tusk i jego ekipa. Ich minimalizm narodowy, ocierający się o bycie z założenia, niejako z definicji podnóżkiem dla zewnętrznych potęg trudno jednak uznać za szkołę "gdańską" czy "sopocką". Bo choć z tymi miastami kojarzony jest szef PO, jednak mieszkańcy tych zacnych metropolii z jednej strony i tej atrakcji turystycznej z drugiej, są Bogu ducha winni, poza niewątpliwym grzechem w postaci głosowania w dużej ilości na partię pana Tuska.