Mezzosoprany w historii opery często były wykorzystane do ról spodenkowych, tzw. Hosenrole. Partie dla nich w swoich operach stworzyli Christoph Willibald Gluck w „Orfeuszu i Eurydyce” (partia Orfeusza), Wolfgang Amadeusz Mozart w „Weselu Figara” (partia Cherubina), Vincenzo Bellini „Capulettie Montecchi” (partia Romea). Tendencje do obsadzania kobiet w męskich rolach znane są od wieków. Początkowo partie takie wykonywali kastraci. Na szczęście dziś już nikt dla muzyki nie ponosi aż takich poświęceń.
Jeszcze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej miłość polsko-niemiecka zakwitła na scenie w postaci ról kreowanych przez Niemkę Karen Leonie Leiber i Polkę – moją skromną osobę w spektaklu „Kronpritz Friedrich”. Siegfried Matthus, który skomponował muzykę do tej opery, jest wybitnym współczesnym kompozytorem niemieckim – jego dzieła są znane, wydawane i wystawiane. Na światową prapremierę jego opery przybyli notable z Berlina i całych Niemiec, recenzenci z największych dzienników i magazynów operowych. Z kolei Orfeusz w „Orfeuszu i Eurydyce” Willibalda Glucka to wśród męskich ról moja ulubiona. Orfeusz walczący o życie współmałżonki jest mi znacznie bliższy niż niejaki Von Katte. Rolę przeżyłam w sposób wyjątkowy i osobisty… Operowa fabuła przeniosła się na moje życie prywatne. Wyrywałam współmałżonka z objęć śmierci, kursując między próbami a szpitalem, gdzie trzy operacje w ciągu pięciu dni miały taką siłę, która zmieniła moje życie w nieszczęśliwe libretto…
Dopiero produkcja w Teatrze Wielkim Operze Narodowej przekonała mnie, że role spodenkowe nie są już dla mnie. Dotkliwą wpadką Opery Narodowej było zaproszenie „największych” i „najwybitniejszych”, choć nie najzdolniejszych reżyserów operowych. Tak było w wypadku produkcji Roberta Wilsona. Wystawienie „Fausta” udowodniło, że reżyser absolutnie nie rozumiał, iż głos jest falą, która przepływa przez całe ciało śpiewaka. Ciało, które staje się niczym instrument. Tymczasem w produkcji „Fausta” śpiewacy byli usztywnieni jak marionetki. Poruszali się po spiralnych bądź sinusoidalnych, precyzyjnie wyznaczonych trasach. Tak oto reżyser swoim chorym pomysłem zablokował potencjał artystów. A mój spodenkowy Siebel, zamiast młodzieńca zafascynowanego Małgorzatą, był starcem z łysiną, przemieszczającym się po wyznaczonych trasach z zeschłym bukiecikiem kwiatków w dłoni... Opera została wybuczana. I słusznie, bo w takiej inscenizacji nie było szans na przekazanie jakichkolwiek emocji.
Cały tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie”