Żyjemy w czasach, w których coraz więcej produkcji operowych mogłoby mieć w tytule słowo: „k…”. Jakie będą skutki tego, że do teatrów operowych ściągniemy publiczność, która zamiast prawdziwej sztuki będzie poszukiwała taniej sensacji?
Fekalia na twarzy
Przyglądając się produkcjom operowym w ostatnim dziesięcioleciu, znajdujemy szokujące inscenizacje schlebiające niskim gustom. W „Trubadurze” Giuseppe Verdiego wystawianym w Hanowerze miłośnikom opery zafundowano horror – śpiewaków na scenie betonowano w wannie, do której zresztą załatwiano także potrzeby fizjologiczne, podpalano człowieka prawdziwym ogniem. Główny bohater Manrico ucharakteryzowany był na Elvisa Presleya, a Azucena używała fekaliów jako maseczki na twarz i włosy. W „Kawalerze Srebrnej Róży” Richarda Straussa w Salzburgu zaoferowano publiczności goliznę męską oraz sceny rodem z domu publicznego. W „Don Giovannim” Wolfganga Amadeusza Mozarta wystawionym w Komische Oper w Berlinie na scenę wpuszczono prostytutki, by załatwiały się na śpiewaka. W różnych wersjach „Uprowadzenia z Seraju” Mozarta libretta coraz częściej mają silny kontekst seksualny, w jednym z nich dozwolone jest nawet odcinanie sutków z efektem tryskającej krwi.
Odzieranie opery z magii
Skandalizujące nadinterpretacje, których dokonują operowi interpretatorzy, muszą eskalować. Przebrane w bikini chórzystki szybko się znudzą. Pornografia, która wyparła erotykę, też już nie ekscytuje. Swego czasu w operze w Brukseli w jednej ze scen „Tannhausera” Richarda Wagnera obejrzeć można było nagie ciężarne kobiety. Niedługo potem, w innej produkcji, reżyser, by zadziwić publiczność, musiał zrobić kolejny krok. Na scenie postawił masturbującą się kobietę w zaawansowanej ciąży. Na telebimie widz mógł obserwować ruchy reagującego na te poczynania płodu...
Z opery, w której oryginalna zostaje jedynie warstwa muzyczna, a uwspółcześniony obraz ma jedynie zadanie szokowania, wynurza się jednak ponura tendencja. Gdy utrzymuje się ona na największych scenach operowych, doprowadza do przyciągnięcia publiczności przypadkowej, która pojawi się w operze tylko po to, by oglądać szokujące sceny. Jednocześnie zniechęca to do przedstawień operową publiczność z wyrobionym gustem.
Świat opery według założeń jej twórców ze szkoły florenckiej miał być ucieczką od świata rzeczywistości. Tak jak powiedział twórca plakatu operowego, wybitny malarz Rafał Olbiński: „Świat sztuki bez alegorii czy metafory mnie nie interesuje”. Muszę przyznać, że mnie też nie!
Biedna ta opera
Nie miejmy złudzeń. W produkcjach, które opisujemy, nikt nie dba o uczucia widza. Jedynym celem takich inscenizacji wydaje się zwrócenie uwagi dziennikarzy, a najbardziej pożądanym efektem dla reżysera artykuł w tabloidzie. Biedna ta opera. Skoro nie może zwyciężyć z upadającą zresztą kulturą masową, zaczyna się do niej upodabniać. Czy jednak trzeba posuwać się tak daleko i łączyć operę z peep show? Jedno i drugie ma przecież swoją stałą publiczność, ale tylko publiczność operowa poczuje się urażona zamianą miejsc. Jeśli nie wykształcimy pokolenia młodzieży, która będzie szanowała klasykę, może już w następnym pokoleniu śpiewacy będą pełnili funkcje statystów, a aktorami będą prostytutki, transwestyci i przypadkowi ludzie gotowi na wszystko.
Życzę wszystkim, żeby wróciły czasy, w których skandale w operze odbywały się za kulisami i wynikały z kaprysów wielkich primadonn, a nie z niskiego poziomu przedstawień.
Tekst Alicji Węgorzewskiej ukazał się w ramach cotygodniowego cyklu „Codziennej”