Mecenas Piotr Pszczółkowski w rozmowie z portalem niezalezna.pl przyznaje, że wczoraj dowiedział się o przekazaniu wojskowym śledczym ekspertyz wykonanych przez biegłych CLK.
- Natychmiast złożyłem wniosek o możliwość zapoznania się z dokumentami, ale muszę czekać. Przypominam, że wcześniej wnioskowałem o udział w badaniach, ale mi odmówiono. Najwyraźniej nie jestem osobą mile widzianą w CLK - mówi nam mecenas Pszczółkowski, który nie chciał komentować publikacji "Naszego Dziennika", bo ważne są szczegóły, a tych w artykule brakuje.
- Mam nadzieję, że biegli wskazali jakie substancje wykryto, ale przede wszystkim także odpowiedzą na pytanie dlaczego wcześniej detektory wskazywały obecność trotylu - tłumaczy adwokat reprezentujący część rodzin smoleńskich.
"Nasz Dziennik" w tytule dzisiejszej publikacji twierdzi "Wybuch wykluczony", choć wojskowi prokuratorzy nie są tak jednoznaczni we wnioskach.
"Tych ekspertyz jest kilka. To dobrych kilkaset kart. Będziemy potrzebowali trochę czasu, żeby się z nimi zapoznać, zanim cokolwiek będziemy w stanie na ich temat powiedzieć – mówi „Naszemu Dziennikowi” ppłk Jarosław Sej, referent śledztwa smoleńskiego".
Prawnicy podkreślają, że opinia dotyczącą konkretnego zagadnienia powinna być jedna i kompleksowa, chyba że eksperci zajmowali się kilkoma wątkami. Na przykład "pancerną brzozą" i jej dotyczą również ekspertyzy powstałe w Centralnym Laboratorium Kryminalistycznym.
Szczegóły poznamy zapewne dopiero w przyszłym tygodniu z komunikatu wojskowej prokuratury. Czy ekspertyzy powinny zostać w całości ujawnione?
- Od początku uważam, że dokumenty dotyczące katastrofy smoleńskiej, poza danymi wrażliwymi i drastycznymi zdjęciami, powinny być jawne. To śledztwo dotyczy bowiem nas wszystkich - mówi niezalezna.pl mecenas Pszczółkowski.
Warto przypomnieć, że w lipcu tego roku "Gazeta Polska" ujawniła, iż Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji, do którego trafiły próbki, nie ma certyfikatu ISO (czyli certyfikatu norm jakości) na badania materiałów wybuchowych i powybuchowych. A to właśnie ich obecność miały potwierdzić bądź wykluczyć badania laboratoryjne.
8 sierpnia prokuratura ujawniła, że biegli zakończyli trwające od 22 lipca prace w Smoleńsku, gdzie zabezpieczono ponad 300 próbek, które polski prokurator oraz czterech biegłych przewieźli następnie do kraju. Próbki pobierano z elementów foteli samolotu Tu–154M, a także z pojedynczych elementów z wraku maszyny znajdujących się w workach zabezpieczających fotele. Oprócz próbek z Rosji przewieziono też dokumentację fotograficzną i zapis wideo obrazujący prace biegłych.
Jesienią zeszłego roku, podczas wcześniejszego pobytu prokuratora oraz biegłych w Rosji, pobrano łącznie 258 próbek - 124 próbki gleby z miejsca katastrofy i 134 próbki z wraku. Uznano jednak, że z uwagi na warunki atmosferyczne panujące w Smoleńsku na przełomie września i października nie ma możliwości pobrania próbek z foteli wraku samolotu.
Próbki pobrane jesienią 2012 r. trafiły do kraju w grudniu, ich badanie prowadziło Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji w Warszawie. W końcu czerwca NPW informowała, że biegli nie stwierdzili pozostałości materiałów wybuchowych na elementach wraku Tu-154M.
Sprawa badania próbek z wraku stała się głośna, gdy w końcu października zeszłego roku "Rzeczpospolita" napisała, że śledczy jesienią 2012 r. na wraku samolotu znaleźli ślady trotylu i nitrogliceryny. Prokuratura wojskowa wielokrotnie wskazywała, że wyświetlenie się napisu TNT na detektorze używanym przez ekspertów podczas pobierania próbek z wraku nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem obecności trotylu.