Dopiero późnym popołudniem pojawiła się informacja, że w starciach w Kairze pomiędzy zwolennikami obalonego przez armię prezydenta Egiptu Mohammeda Mursiego a policją zginęło 65 osób, a prawie 270 zostało rannych. Taką wiadomość podało Ministerstwo Zdrowia.
Poprzedni bilans mówił o 23 ofiarach śmiertelnych i 175 rannych. Do tej pory doniesień Bractwa nie potwierdziły niezależne źródła.
Z kolei według telewizji Al-Dżazira, na którą powołuje się agencja Reutera, w porannych zajściach zginęło 120 osób, a 4 500 zostało rannych.
Rzecznik Bractwa Muzułmańskiego Gehad el-Haddad poinformował, że siły bezpieczeństwa dokonały ataku o świcie, jeszcze przed porannymi modlitwami zwolenników Mursiego, którzy czuwali przez całą noc w pobliżu meczetu Rabaa al-Adawija w Kairze. Przed świątynią organizowany jest największy siedzący protest islamistów; w niektóre wieczory gromadził on nawet 10 tys. ludzi.
Według Haddada ok. 3 nad ranem policja zaczęła rozpędzać tłum gazem łzawiącym, a później przy pomocy sił specjalnych - strzelała do ludzi z ostrej amunicji. Snajperzy strzelali z dachów budynków.
"Nie strzelają, żeby zranić, strzelają, żeby zabić" - podkreślił rzecznik Bractwa, zastrzegając że liczba ofiar może okazać się wyższa.
Do zajść nie odniosły się na razie egipskie władze. Jedynie oficjalna agencja informacyjna MENA podała, powołując się na anonimowe źródło w siłach bezpieczeństwa, że do rozpędzenia zgromadzenia zastosowano gaz łzawiący. Według tego źródła siły bezpieczeństwa nie użyły ostrej broni.