Wszystkie możliwe siły sprzysięgły się, żeby twórcy stanu wojennego pozostali praktycznie bezkarni. Żeby, broń Boże, nie stała im się żadna krzywda, choć w dorobku mają setki krzywd zadanych swoim współrodakom. Nie chroniły ich jednak siły ślepe, przypadkowe. Odwrotnie – były to siły złe, działające w pełni świadomie, które uosabiali prokuratorzy, sędziowie, adwokaci oraz, co najważniejsze, wpływowa część polityków i mediów. W większości o głęboko zapuszczonych korzeniach z okresu PRL, wtedy wyhodowani i ukształtowani lub z różnych powodów pozostający pod ich mocnym wpływem. To dzięki nim i ich rodowodom nikt z autorów decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego nie poniósł żadnego szwanku, w tym dwaj najważniejsi – generałowie Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak, których jak na ironię losu, ale w śmiertelnie poważnym przekonaniu, niektórzy nazwali „ludźmi honoru”.
Kiszczak jak złodziej roweru
Dziś, po 31 latach od pamiętnego, brutalnego stłumienia polskiego zrywu ku wolności i niezależności, sprawcy pacyfikacji własnego narodu pozostają poza zasięgiem ręki sprawiedliwości. Próba rozliczenia tamtej zbrodni, rzutującej negatywnymi dla Polski konsekwencjami do dnia dzisiejszego, zakończyła się klęską. To niepowodzenie jest porażką przede wszystkim polskiego wymiaru sprawiedliwości. Ale też w szerszym wymiarze – przegraną państwa polskiego. Nieudana próba prawnego osądzenia twórców stanu wojennego – jak zresztą wielu innych procesów tzw. rozliczeniowych – odzwierciedla słabość polskiej demokracji. Uwidacznia, że III RP pozostaje nadal w uścisku PRL.
Wprawdzie blisko rok temu gen. Kiszczak skazany został na dwa lata w zawieszeniu na pięć lat, ale wobec zarzutów, jakie na nim i na innych oskarżonych ciążyły, kara ta jest karykaturalnie niska, niemal śmieszna. Ktoś z obecnych w sądzie podczas odczytywania werdyktu trafnie zauważył, że takie wyroki dostają złodzieje rowerów. Nie jest przesadą to, co zawarłem w gorącym komentarzu bezpośrednio po ogłoszeniu wyroku w styczniu 2012 r., że jest to kpina naszego sądownictwa z poczucia społecznej sprawiedliwości.
Dodam, że tego dnia Stanisław Kania, były I sekretarz KC PZPR, został uniewinniony przez warszawski sąd okręgowy. Ten uznał bowiem, że Kania nie należał do komunistycznego przestępczego związku zbrojnego, jakim była Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, znana bardziej pod nazwą „WRONA”, której członkowie pod wodzą gen. Jaruzelskiego praktycznie zdecydowali o wprowadzeniu stanu wojennego. A to dlatego, że Kania przestał być szefem PZPR w październiku 1981 r. Posadzono go na ławie oskarżonych w towarzystwie generałów Ludowego Wojska Polskiego dlatego, że wiosną 1981 r. podpisał dokument „Myśl przewodnia stanu wojennego”.
Sąd natomiast ocenił, że są wystarczające podstawy, aby przyjąć, iż generałowie Wojciech Jaruzelski, premier i I sekretarz KC PZPR; Czesław Kiszczak, najpierw szef Wojskowej Służby Wewnętrznej, a potem minister spraw wewnętrznych, kontrolujący zbrojne formacje takie jak MO czy ZOMO; Florian Siwicki jako wiceszef MON i szef Sztabu Generalnego armii oraz Tadeusz Tuczapski, wiceszef MON i sekretarz Komitetu Obrony Kraju, tworzyli zbrojny związek przestępczy. Doprowadził on do uchwalenia przez Radę Państwa PRL przygotowanych wcześniej dekretów o stanie wojennym, co było również nielegalne, o czym generałowie dobrze wiedzieli. Jednocześnie sąd ocenił, że Kania „nie działał z zamiarem nielegalnego wprowadzenia stanu wojennego, opowiadał się za politycznym rozwiązaniem sytuacji w kraju, nie akceptował siłowych rozwiązań”.
Być może sąd został wręcz przymuszony do skazania 86-letniego gen. Kiszczaka wyrokiem wydanym dosłownie przed kilkoma miesiącami przez Trybunał Konstytucyjny, który uznał, że wprowadzenie stanu wojennego było niezgodne z obowiązującym w PRL prawem, konstytucją i prawem międzynarodowym. W tej sytuacji sąd nie mógł zignorować najwyższej instancji prawnej w Polsce. Wydał wyrok, który i tak ten sąd kompromituje, ale nie pozwala sędziom wytoczyć procesu za stronniczość.
Jaruzelski zawisł w próżni
Pierwsze podejście o ukaranie twórców stanu wojennego zrobili w 1991 r. posłowie Konfederacji Polski Niepodległej. W grudniu tego roku złożyli wniosek o pociągnięcie do odpowiedzialności konstytucyjnej i karnej przed Trybunałem Stanu 26 osób związanych z wprowadzeniem i realizacją stanu wojennego, w tym gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Wniosek rozpatrywała sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej Sejmu I i II kadencji. W 1996 r., kiedy Sejm był zdominowany przez koalicję SLD–PSL, izba postępowanie umorzyła. Obserwowałem jako dziennikarz obrady komisji. Wystąpienia posłów SLD, broniących generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka, były spektaklem potrącającym o kabaret.
Na początku naszego wieku do sprawy wrócili prokuratorzy IPN. Pion śledczy z Katowic w kwietniu 2007 r. przygotował akt oskarżenia, w którym postawił zarzuty dziewięciu osobom, generałom WRONY i członkom Rady Państwa PRL.
Proces ruszył we wrześniu 2008 r., a jak już pisałem, zakończył się w styczniu 2012 r. W tym czasie, niemal na początku, sprawę czterech oskarżonych wyłączono do oddzielnych postępowań, dwoje oskarżonych zmarło.
Najistotniejszym wydarzeniem procesu stało się to, że od sierpnia 2011 r. toczył się on już bez udziału głównego oskarżonego, 88-letniego Wojciecha Jaruzelskiego. Jego sprawę z powodu złego stanu zdrowia sąd wyłączył i zawiesił. To już raczej pewne, że biorąc pod uwagę obecny stan zdrowia generała, oskarżony nr 1, określony przez sąd jako „przywódca tajnego porozumienia”, jako człowiek, który „dopuścił się komunistycznej zbrodni”, wymknął się osądzeniu i zapewne ukaraniu.
Całość tekstu w „Gazecie Polskiej”