Po wielu latach opracowywania wydane zostały nieautoryzowane rozmowy z Jerzym Giedroyciem pt. „Uporządkować wspomnienia” (cycero.pl, Toruń 2012). To Mirosławowi A. Supruniukowi zawdzięczamy możliwość odczytywania na nowo słów Księcia z Maisons-Laffitte 11 lat po jego śmierci. „Niemiłosierne dręczenia”, którym Supruniuk poddawał Giedroycia, okazują się dziełem tak pożytecznym i aktualnym, że jestem pewien, iż ten, kto po tę książkę sięgnie, nie odłoży jej nawet wtedy, gdy pogoda się już poprawi, a temperatura wody wzrośnie do możliwej do zniesienia nawet dla lemingów.
Że nie są to pochwały przesadne, niech świadczy fakt, że reklamuję tę książkę już po nominowaniu jej do Nagrody Historycznej tygodnika „Polityka”, z którym przecież nie tylko nie mam nic wspólnego, ale uważam go za zjawisko tak kłamliwe, jak KC PZPR, który sprzeniewierzył tytuł pisma wydawanego przed wojną właśnie przez Giedroycia, a duch tego przeniewierstwa tkwi w tej redakcji nadal. (Przed laty, gdy jeden ze znajomych powiedział mi, że przechodzi z „Tygodnika Powszechnego” do „Polityki”, ze smutkiem mu odpowiedziałem, że jeżeli już musi, to powinien raczej wybrać „Wprost”. Gdy odrzucił tę uwagę pytaniem – „Do tego biuletynu WSI?” – odrzekłem – „A »Polityka« nie jest pismem byłych agentów SB?” – i na to nic już nie powiedział).
Giedroyć należy do tych wielkich patriotów, których III RP skrzywdziła najbardziej. Pokazywano go w kraju tylko wtedy, gdy okrągłostołowi manipulanci mieli wrażenie, że Giedroycia można wykorzystać do własnych podłych gier i antynarodowej propagandy. Korzystali z tego, że Książę był człowiekiem wielkiej pokory, który nie odrzucał nikogo, kto oświadczał się z zamiarem wzmocnienia polskiego bytu państwowego i kulturalnego.
Miałem zaszczyt osobiście poznać tę pokorę i to pragnienie służby ojczyźnie „Na każdym miejscu i o każdej dobie”. W październiku 1981 r. byłem członkiem delegacji Solidarności na spotkania z francuskimi związkami zawodowymi i miejscową Polonią. Byłem przekonany, że jest oczywistością, iż jednym z najważniejszych celów będzie wizyta Lecha Wałęsy w podparyskiej siedzibie „Kultury”. Gdy okazało się, że tak nie jest (Wałęsa tłumaczył, że nie spotka się z Giedroyciem, bo tak uważa Bronisław Geremek, i jednym tchem dołączał odmowę spotkania z Romanem Polańskim ze względu na sprawę pedofilii) zdecydowałem się pojechać tam sam, żeby za tę podłość przeprosić. Giedroyć przyjął mnie z całą swoją wielkoduszną wyrozumiałością i wobec moich prób usprawiedliwiania Wałęsy po prostu zmienił temat.
Tu uwaga, którą warto przy książce Supruniuka zrobić, że to właśnie Książę był wytrwałym wydawcą Witolda Gombrowicza (a ja skromnym krajowym współpracownikiem Instytutu Literackiego, za którym wydałem „podziemnie” w latach 1978–1980, niedrukowane wcześniej dzieła Gombra). Cała smutna wiedza Giedroycia o spotykanej u rodaków nędzy duchowej i intelektualnej może być przedstawiona na przykładzie użytku, jaki robią z dziełem Gombrowicza mainstreamowe media, i przez celebryckie prostactwo III RP od Palikota, Figurskiego i Wojewódzkiego poczynając, a na Tusku czy Głowackim nie kończąc. Takiemu haniebnemu poniżaniu poddawany jest autor, którego książki należą, poza wszystkim, do kanonu polskich dzieł patriotycznych i który z własnego wyboru był publicystą pism narodowych m.in. „Gazety Polskiej”.
Wracając do twórcy prawdziwej „Polityki” i prawdziwej „Kultury” – wielkie dzieło Giedroycia należy dzisiaj przypominać i jeżeli książka Supruniuka zdobędzie sobie taką liczbę czytelników, jaka się jej należy, to wzmocni się nadzieja, że dzieło to nie okazało się pracą syzyfową…
„Supruniuk: Poświęcił Pan »Kulturze« całe życie osobiste. Nie ma Pan właściwie rodziny, żony, dzieci… Czy nie żal Panu?
Giedroyć: Niewątpliwie tak, ale to już mi w tej chwili trudno oceniać. Nie potrafię inaczej żyć, do jakiegoś innego życia byłbym niezdolny. Tego rodzaju prace wymagają całkowitego poświęcenia się i zrobiłem to świadomie. To jest jednak coś w rodzaju zakonu”.