Karetka powinna być podstawiona najpóźniej w momencie dotknięcia kołami samolotu ziemi, a w momencie lądowania czekać na płycie lotniska – tłumaczy płk Grudziński, były wiceszef BOR-u.
Karetek jednak nie było i wciąż nie wiadomo, kiedy faktycznie przyjechały. Z zeznań rosyjskich kontrolerów wynika, że po kilkunastu minutach. Jednak w oficjalnym dokumencie rządowym, jakim jest tzw. raport Millera, mowa jest o kilkudziesięciu minutach.
Ciężko ustalić, jak było, gdyż tuż po tragedii wyłączono mikrofony wieży kontrolerów w Smoleńsku lub co bardziej prawdopodobne, celowo skasowano fragmenty nagrań. Zgodnie z procedurami przebieg akcji ratowniczej powinien być bowiem rejestrowany, podobnie jak wszystkie inne rozmowy prowadzone przez kontrolerów. Tymczasem nagrania z wieży na lotnisku Siewiernyj urywają się tuż po tragedii.
– Tomasz Turowski, zeznając w prokuraturze, nie mógł się wycofać z tego, co powiedział tuż po tragedii, przekazując informację Ministerstwu Spraw Zagranicznych, że trzy osoby przeżyły. W prokuraturze zaczął więc wmawiać śledczym, że „żyzniennyje refleksy”, o których mówił, to „drgawki pośmiertne”. Kto zna język rosyjski, ten wie, że oznacza to „znaki życia” – mówi Antoni Macierewicz, przewodniczący zespołu parlamentarnego badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej. Potwierdzają to w rozmowach z nami rusycyści z wydziałów filologii rosyjskiej na polskich uniwersytetach.
Ciężko mówić też o „drgawkach” pośmiertnych z czysto medycznego punktu widzenia. Jak zeznał Turowski, pojawił się na miejscu katastrofy po pięciu minutach, a po takim czasie nie występują już żadne odruchy u zmarłych. – To, co potocznie nazywa się drgawkami pośmiertnymi, jest tak naprawdę ruchem klatki piersiowej spowodowanym uwalnianiem się z płuc powietrza. Trudno określić, ile to trwa, gdyż to sprawy indywidualne, niemniej mówimy maksymalnie o kilkunastu minutach po śmierci – mówi nam dr Wiesław Czynowski, biegły lekarz sądowy.
