– Przygotowane w Ministerstwie Zdrowia nowe rozporządzenie dotyczące m.in. dostępu do refundowanych aparatów słuchowych przewiduje, że o ich przyznaniu będą decydowali jedynie audiologowie i foniatrzy – informuje Józef Góralczyk z Małopolskiego Sejmiku Organizacji Osób Niepełnosprawnych. Resort zdrowia nie komentuje tych doniesień. Potwierdza, że trwają prace nad nowymi przepisami.
Według nieoficjalnych informacji projekt ma zostać za kilka tygodni opublikowany i skierowany do konsultacji.
– To absurdalny zapis. W całym kraju jest ok. 300 tego rodzaju specjalistów, w Krakowie tylko trzech. Proszę sobie wyobrazić, jakie będą kolejki – komentuje propozycję ministerstwa Góralczyk.
Obecnie, gdy refundowany aparat może przepisać także laryngolog, niesłyszący czekają od 6 do 15 miesięcy na urządzenia, które pozwalają im normalnie funkcjonować. Psycholog Anna Pacholska ostrzega, że długie oczekiwanie na aparat w wypadku małego dziecka kończy się opóźnieniem rozwoju. Nie wykształca się np. aparat mowy.
Kolejka to niejedyne zmartwienie niesłyszących. Refundacja aparatu na oboje uszu przysługuje dzieciom i młodzieży do lat 18, uczącym się do 26. roku życia, a także osobom czynnym zawodowo. Emeryci i renciści, a także bezrobotni mogą dostać urządzenie tylko na jedno ucho.
– Trudności z uzyskaniem refundacji sprawiają, że ludzie decydują się na zakup urządzenia z własnych pieniędzy. I o to chyba chodzi Ministerstwu Zdrowia – mówi Góralczyk. Fundusz tłumaczy, że ma na ten cel określone środki. Jak widać za małe.
Niestety wielu osób nie stać na aparat. Urządzenie średniej klasy kosztuje od 2,5 do 3 tys. zł, ale ceny dochodzą nawet do 6 tys. zł.
Nic więc dziwnego, że z aparatów słuchowych korzysta zaledwie od 2 do 3 proc. Polaków. – Na Zachodzie nosi je ok. 14 proc. I wcale nie jest tak, że Polacy są zdrowsi. Tam aparaty po prostu są dostępne – wyjaśnia Góralczyk.
