Kolejne zwycięstwa wyborcze Donalda Tuska utwierdziły opinię publiczną w przekonaniu, że ma on niezwykle mocną pozycję polityczną. Rzeczywiście premier rządzi największą partią w parlamencie, ma u boku sprzyjający PO Ruch Palikota i dosyć pokorne SLD. Ma wreszcie koalicjanta, który był stosunkowo łatwy do opłacenia. Do niedawna stabilne poparcie społeczne i przychylność mediów cementowały Tuska jako numer jeden polskiej polityki.
Premier oderwany od partii
Skąd więc ostatnio taka nerwowość samego premiera i jego zwolenników? Czy tłumaczy ją spadek poparcia społecznego? Częściowo pewnie tak, chodzi jednak o coś groźniejszego. Pozycja w polityce zależy nie tylko od zajmowanych stanowisk, ale i od możliwości kontrolowania realnych elementów siły. Do nich należą aparat partyjny, media, biznes, a w warunkach Europy Środkowo-Wschodniej również wpływy w służbach specjalnych. Nie do przecenienia jest też poparcie wielkich mocarstw. Czym realnie dysponuje Donald Tusk? Jako szef partii powinien kontrolować cały aparat. Zdolność do hojnego rozdawania stanowisk daje mu możliwość kupowania głosów i rozbijania wewnętrznej opozycji. Każdy liczący się polityk zawsze dysponuje pewną grupą sojuszników, których kupować nie trzeba, są bowiem zdecydowani ryzykować swoje stanowiska w imię grupowej solidarności. Czy istnieje zaplecze Tuska w PO? Pytanie do niedawna wyglądające na absurdalne zaczyna być dla niego aktualne. Jeszcze kilka lat temu szeregów zwolenników Tuska pilnował Grzegorz Schetyna. Obecnie frakcja Schetyny to frakcja najbardziej zagorzałych przeciwników premiera. Może ich kupić, ale na pewno nie odzyskać. Zapleczem nie jest też spółdzielnia Grabarczyka, mocno poszarpana po wyborach przez samego premiera. Najbliższe otoczenie w Kancelarii Premiera nie ma żadnego przełożenia na aparat partyjny. To właśnie problemy ze stabilnością PO wymusiły na Tusku przedziwne decyzje personalne w rządzie i parlamencie. Tusk może wprawdzie dogadać się ze Schetyną, ale za cenę oddania mu realnej części władzy. Czy to nie będzie równia pochyła? Sam premier wyraźnie się tego obawia.
Kto będzie samcem alfa?
Niegdyś poparcie mediów dla Donalda Tuska wydawało się oczywiste. Od rana do nocy wybielano rząd, rozdeptując PiS na miazgę. Co więc się stało, że bardzo życzliwe media zaczęły go stawiać w złym świetle? Otóż Tusk nigdy nie miał „swoich” mediów. Ich właściciele kiedyś zdecydowali się go popierać, ale teraz rozglądają się za jakąś alternatywą. Dla większości dominujących mediów liderem nie jest Tusk, tylko Komorowski wraz ze swoim przyjacielem Palikotem. W wypadku biznesu poparcie dla Tuska jest najbardziej iluzoryczne. Biznes to gmatwanina sprzecznych interesów, a dobre stosunki z jednym zwykle oznaczają złe z innym. Biznes będzie trzymał z najsilniejszym, czyli poczeka na ostateczną rozgrywkę o to, kto jest w Polsce samcem alfa. Premier ciągle ma duże wpływy w służbach specjalnych. Ale relacja ze służbami w jego rządzie wydaje się nieco dziwna. Osłabienie ośrodków kontrolujących te instytucje powoduje, że należy się zastanowić, czy to pies kręci ogonem, czy ogon psem. W takiej sytuacji służby będą się liczyły jedynie z kimś, kto naprawdę może prowadzić tu rozgrywkę.
Koncert potęg
Kluczowe staje się więc pytanie, które z wielkich mocarstw popiera Tuska. Rosja wyraźnie stawia na Komorowskiego. Tusk ze swoją polityką energetyczną ukierunkowaną na przynajmniej częściowe odcięcie się od zależności od Moskwy jest dla Kremla coraz trudniejszy do zaakceptowania. Amerykanie są dużo bardziej elastyczni, ale gdyby mieli wybór, woleliby kogoś bliższego ich polityce. Samo poparcie Angeli Merkel może Tuskowi nie wystarczyć. Niemcy, aby się liczyć, będą musiały wcześniej czy później opowiedzieć się po stronie USA. Być może pewną cesją na rzecz starego sojusznika będzie przekazanie polskich aktywów, czyli Tuska i jego ekipy. Te, ze względu na brak obciążającego zaplecza, są łatwe w użyciu.
