UE – 25, Polska – zero
Ostatnia decyzja brytyjskiej komisarz Katarzyny Ashton pokazała, niestety, jak mało znaczy Polska pod rządami Donalda Tuska w Unii Europejskiej.
My mamy sukcesy propagandowe, reszta państw – rzeczywiste. Co kto lubi. Platforma widać woli koraliki i świecidełka, niczym afrykańscy tubylcy (niektórzy, już nie wszyscy), a nie konkrety. To znaczy konkrety lubi w spółkach skarbu państwa, bo tam najłatwiej je zdobyć. W strukturach międzynarodowych znacznie trudniej: trzeba mieć na to pomysł i siłę, by go zrealizować.
Skądinąd fakt, że najbardziej obłowili się na tych nominacjach bracia Czesi, jest znamienny. W ostatnim czasie Praga najbardziej „podskakiwała” Brukseli, Berlinowi i Paryżowi. Premier Nečas (pierwszy premier katolik w dziejach tego kraju) najpierw hardo stwierdził, że podczas jego kadencji Czechy nie podadzą nawet przybliżonej daty wejścia nie tylko do strefy euro, ale nawet do tzw. poczekalni, czyli węża walutowo-monetarnego. Potem postawił się – wiadomo komu – w sprawie Niemców Sudeckch. Wreszcie, oczywiście inaczej niż Tusk, skrytykował utworzenie „Europy dwóch prędkości” i odmówił przystąpienia do paktu stabilizacyjnego, który faktycznie jest formalnym zatwierdzeniem niemiecko-francuskiego dyktatu w UE (rząd PO–PSL wskoczył tam, merdając ogonem i z łapami przymilnie uniesionymi do góry).
Ostatnie nominacje w unijnej dyplomacji potwierdziły też triumf politycznej europoprawności: z niepisanych unijnych parytetów wypadało, żeby jedną trzecią w tym rzucie obsadziły kobiety – no i masz babo placek. Osiem stanowisk na 25 przypadło paniom. A czemu nie np. 11, skoro naprawdę damy są dobrymi dyplomatami (wie o tym każdy facet, nawet ten niespecjalnie interesujący się sprawami międzynarodowymi)?
Miss Ashton pokazała z brytyjską precyzją, jak niewiele w Europie liczą się z Polską Tuska. Im mniej się liczą, tym bardziej klepią go po ramieniu. Ten typ tak ma – by użyć słów piosenki Ryszarda Rynkowskiego. Tak ma, bo tak lubi.
Źródło: